logo
FA 7-8/2020 sztuka biografii

Maciej Nowak

Podróże w badaniach nad biografią

Śladami Andrzeja Bobkowskiego po Gwatemali

Starałem się, aby moja podróż śladami Bobkowskiego po Gwatemali przybrała formę instruktywnego doświadczenia, jak nazywa takie eskapady Richard Holmes. To, co wcześniej przeczytane i przyswojone, konfrontowałem z pejzażem, klimatem, architekturą, widokiem… Wizji wytworzonej na podstawie lektury przeciwstawiłem wizję lokalną.

Pozostając w obszarze dokumentów, zamykając się w murach archiwów i bibliotek, biograf ryzykuje „papierową” jednostronność. Prowadzi ona do wyjałowienia wyobraźni, zablokowania intuicji, osłabienia zdolności do twórczych asocjacji. Wszystkie te uzdolnienia traktuję całkiem serio jako niezbędne kompetencje badawcze, a nie przypadkowe czy dowolne cechy biografa. Powinien on zatem dbać o podnoszenie ich jakości w równym stopniu, jak o podnoszenie jakości wiedzy czerpanej ze źródeł pisanych.

Biograf odtwarza bowiem życie konkretnej osoby, która zanim sięgnęła po pióro, znalazła się w konkretnym miejscu świata, w określonym momencie historii, w otoczeniu tych a nie innych ludzi, zwierząt i roślin. Utytułowany angielski biograf, Richard Holmes, uważa, że najbardziej wartościową, ale i niebezpieczną bronią biografa jest empatia. Potrzebę udania się w ślady bohaterów biografii nazywa „Footsteps Principle”.

Nigdy nie zostały napisane gwatemalskie Szkice piórkiem, choć właśnie w Gwatemali został ukończony maszynopis książki o tym tytule. Owszem, pod wulkanami powstał cykl Z notatek modelarza i pojedyncze wpisy w osobistym dzienniku, który po wielu latach ukazał się jako Notatnik 1947-1960. Lecz Andrzej Bobkowski (1913-1961) nigdy nie zdobył się na napisanie czegoś o tak epickim rozmachu na temat swoich losów w Ameryce Środkowej, jak najsłynniejsze jego dzieło, opowiadające o niecałych czterech latach spędzonych we Francji. A przecież po drugiej stronie Atlantyku spędził aż trzynaście lat z czterdziestu ośmiu, które przeżył. Był to okres najdłużej trwającej w jego życiu stabilizacji – mieszkania w jednym miejscu, pod tym samym adresem, z tą samą zgrają rozdokazywanych kotów. Zatem, jeśli ktoś nie podejmie specjalnie zorientowanej lektury korespondencji Bobkowskiego z tego okresu, i to raczej nie z Jerzym Giedroyciem, a z matką i innym członkami rodziny, to o „jego” Gwatemali niewiele się dowie. Obrazy, anegdoty, wiadomości ściekają cienką stróżką z pism powstałych tutaj. I to także powód, aby biograf do kraju położonego między dwoma oceanami się wybrał.

Listopad to najlepsza pora

Pierwsze wrażenie, kiełkujące już na lotnisku w Atlancie, skąd wyruszałem do Gwatemali – grzeczna żywotność moich towarzyszy podróży. Rozmawiających ze sobą bez skrępowania, ale nie wrzeszczących. Witających się ze sobą wylewnie i z humorem, ale taktownie, bez ostentacji. W lipcu 1948 Andrzej i Barbara Bobkowscy przybyli do Gwatemali również drogą lotniczą. Przez ocean podróżowali na pokładzie transatlantyku „Jagiełło”, który kończył rejs w Panamie. Tam przesiedli się do samolotu. W drodze z lotniska La Aurora do hotelu uderzyła mnie ilość i rozmaitość środków lokomocji, ich zróżnicowany stan techniczny, a także dynamiczny i „niekonwencjonalny” styl jazdy ich właścicieli. Bobkowski musiał dobrze się w tym czuć, gdy swoim renault dauphin śmigał po takiej Avenida La Reforma. Ponoć coś tam sobie poprawił w silniku, aby zwiększyć jego moc, tak że Barbara , żona pisarza, grzecznie zwracała mu uwagę, czy aby nie jeździ zbyt szybko. Z Fernando Quevedo, członkiem klubu modelarzy, który rok po przybyciu założył Bobkowski, oglądamy zdjęcia tuningowanej „delfinki”, przy której pozują obydwoje Bobkowscy. „Samochód miał kolor żółty. I Bob bardzo był z niego dumny – mówi Fernando – choć na dwie sprawy narzekał. Że ma za słabą moc i że jest produkcji francuskiej”. Ostatnia uwaga zaskakująco koreluje z opisywanym przeze mnie w książce Na łuku elektrycznym. O pisaniu Andrzeja Bobkowskiego, odwrocie pisarza od kultury francuskiej i skierowaniu się po opuszczeniu Europy ku kulturze amerykańskiej. Bobkowski wtedy, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, marzył o jakimś wozie z fabryki w Detroit, a nie spod Paryża!

Listopad to jeden z najlepszych momentów na odwiedzenie Gwatemali. Właśnie skończyła się pora deszczowa i minie trochę czasu, gdy zaczną się dokuczliwe upały. Doświadczam więc tego samego wrażenia, które tylokrotnie opisywał Bobkowski – w stolicy położonej 1500 m nad poziomem morza panuje przyjemny chłód albo niemęczące ciepło. Nie przechodzę szoku klimatycznego – dwa dni wcześnie ślizgałem się w Nowym Jorku po zamarzniętych kałużach – choć wystarczy zjechać około siedemdziesięciu kilometrów w kierunku Pacyfiku, aby trafić w wilgotny tropik. I właśnie tam następnego dnia zabiera mnie Fernando, abym mógł zobaczyć, jak dzisiaj wygląda klub modelarzy lotniczych, który założył Bob. Tak go tu ciągle nazywają. Spotykam najmłodszego z braci Quevedo, Rodrigo, który również poznał założyciela klubu, choć niewiele ma do powiedzenia – w chwili śmierci pisarza był jeszcze dzieckiem. Inni członkowie, a jest ich naprawdę sporo, albo coś tam o „Bobkosky” słyszeli, albo nic, ale życzliwie słuchają mojej gawędy. Przechadzam się między ich stanowiskami. A Fernando powtarza: „To jest właśnie dziedzictwo Boba. Tego nas nauczył”. Modelarstwo lotnicze nadal jest tu sportem dla zamożnych białych mężczyzn. Ich maszyny wyglądają naprawdę profesjonalnie, podobnie jak cały osprzęt, dziś naszpikowany elektroniką. Niektórzy oblatują modele o napędzie odrzutowym! Na zawody wyskakują na Florydę i dalej. Kogo na to stać? Lekarzy, prawników, przedsiębiorców… Teren klubu jest ogrodzony i strzeżony przez mieszkającego na miejscu strażnika z rodziną.

Plac targowy w Chichicastenango, widok na Kościół św. Tomasza

Na przeszkodzie stoją wulkany

Gdy przyjrzymy się fotografiom Bobkowskiego z jego modelarzami, zauważymy brak na nich Indian i Metysów. No właśnie, czy zauważymy? Dopiero po paru wycieczkach w różne strony kraju uderza mnie zróżnicowanie etniczne Gwatemali. Fakt, wcześniej zrobiłem sobie mały kurs jej historii i kultury. Wiem, na co zwracać uwagę. Inaczej teraz czytam akt zgonu Bobkowskiego, wystawiony przez Hospital Americano, w którym zauważam rubrykę Grupo Etnico, zaznaczono w niej – ladino. No tak, dochodzi do mnie, Bobkowscy nawiązywali tu kontakty wyłącznie z obcokrajowcami i Gwatemalczykami ze sfery wyższej, czyli z ladinos. Rodzina Quevedo należy również do ladinos. W powstałej tutaj prozie autora Punktu równowagi znajdziemy wyłącznie bohaterów z tej grupy etnicznej.

Tego rodzaju dystynkcje są elementem gwatemalskiej codzienności. Mój przewodnik po Antigua, niezwykle kompetentny sympatyczny młody człowiek, wtrąca przy okazji jakiegoś tematu, że jest mestizo. I dorzuca krótkie wyjaśnienie tego stanu rzeczy. Dziwnie się z tym czuję, bo z tyłu głowy wibruje mi myśl o wstrętnych słowach na temat „tubylców” (Indian i „mieszańców”), które znaleźć można w listach Bobkowskiego z Gwatemali. Po jego śmierci w czerwcu 1961 roku Barbara jeszcze przez wiele lat korzystała z usług „jednego indianina” (pisownia oryginalna), a następnie jego syna, którzy w soboty sprzątali jej mieszkanie i szorowali podłogi.

Bobkowscy, zapracowani i przez kilka lat – jak określał to Andrzej – „mocno ściśnięci z forsą”, początkowo jeździli tylko do paru miejscowości. Samemu mierząc się z odległościami i systemem dróg, zrozumiałem, że w zasadzie wybierali się do tych położonych stosunkowo najbliżej, tam gdzie najłatwiej dotrzeć. Gwatemala nie jest krajem rozległym i odległości w linii prostej są niewielkie. Tyle tylko, że prostych dróg na przeważającej powierzchni kraju nie daje się tu wytyczyć. Na przeszkodzie stoją wulkany. Są najbardziej rozpoznawalnym elementem krajobrazu, liczy się je w dziesiątki, wiele z nich to tak zwane wulkany czynne, sporo dwutysięczników, najwyższy ma ponad cztery tysiące metrów. Podczas oswajania się z tym krajobrazem Bobkowscy snuli interesujące rozważania na temat plastycznych aspektów takiego stanu rzeczy.

Andrzej na początku pobytu w Gwatemali zorganizował swoim modelarzom wyprawę na koronę nieczynnego wulkanu Agua (3766 m). Opisał tę eskapadę w liście do matki. Mnie zaproponowano wejście na zbocze czynnego wulkanu Pacaya. Ostrożnie stawiając nogi po zastygłej niedawno lawie, obserwowałem inne „samowary”, w tym groźnie pykającego Fuego. W jego cieniu przez wiele lat prowadzili swe rozległe gospodarstwo przyjaciele Bobkowskich, małżeństwo Róży i Władysława Włudyków. Na terenie ich finki spotykali się gwatemalscy Kosmopolacy, od czasu do czasu w gronie gości z innych części świata.

Indianin we wnęce kościoła w Chichicastenango

Śladami Małego księcia

Agua góruje nad miastem, które Bobkowscy najchętniej odwiedzali, zapewne z powodu niewielkiego oddalenia od stolicy, ale również z uwagi na jego dawność. Kolonialna architektura Antigua, pierwszej stolicy Gwatemali, zniszczonej w 1773 roku przez trzęsienie ziemi, kojarząca się dzisiaj z rycinami Piranesiego, musiała poruszać w Bobkowskich ich europejską strunę i może trochę koiła ukrywaną tęsknotę za Starym Kontynentem. Po wizycie w tym wabiącym melancholijnym pięknem miejscu w ten sposób wyjaśniam ich liczne wypady tutaj i serię powstałych tu fotografii. Na większości z nich za tło służą ruiny jakichś sakralnych budynków. Właśnie w Antigua, przy kościele La Merced, w całości ocalałym z kataklizmu, osadził Bobkowski finał swego opowiadania Spadek. W jednym z pomieszczeń przylegających do kościelnych krużganków zobaczyłem spełniającą ważną funkcję w tym tekście platformę, używaną w okresie słynnych wielkotygodniowych procesji. Na jej szczycie umieszcza się figurę Chrystusa, a całość dźwiga grupa pięćdziesięciu mężczyzn. W opowiadaniu dołącza do nich Karl Niemann i pragnie iść „aż do La Merced, aż do końca”.

Piękno krajobrazu, przybliżane korespondentom poprzez porównanie z jeziorami alpejskimi i pamięć o Antoine Saint-Exupérym, przyciągało Bobkowskich nad Jezioro Atitlán. Cenili twórczość pisarza-lotnika, którego samolot rozbił się w Gwatemali w 1938 roku. Wiedzieli o tym epizodzie w jego życiu. Ponoć właśnie nad brzegiem Atitlán zaczął on szkicować jeden z rozdziałów Małego księcia, a bryła wzgórza Cerro de Oro posłużyła mu za wzór do rysunku słonia z wężem boa, ilustrującego tę część książki. Chcę przez to powiedzieć, że krocząc po śladach Bobkowskiego w Gwatemali, uświadomiłem sobie tkwiący w jego wyborach motyw europejski. A przecież właśnie tu przed Europą, czy od niej, uciekł i w wielu pisanych tekstach deklarował stan euforycznego zadowolenia z podjęcia tej decyzji.

Czarny piasek

Bobkowscy wyraźnie lubili fotografować się nad wodą, na plaży, w sytuacjach odpoczynkowych. Trochę takich zdjęć powstało jeszcze w Polsce, wiele we Francji, sporo w Gwatemali. Te datują się raczej na ostatni okres życia Andrzeja. Wszystkie – pomijam robione u Włudyków i wiejskiej posiadłości Quevedo – które udało się zlokalizować, wykonano nad Pacyfikiem. W jaki sposób ustalić miejsce, na fotografii pstrykniętej na plaży, gdy za fotografowanym widać jedynie wodę, najbardziej niezmienny z ziemskich krajobrazów? Po kolorze piasku – jest czarny! Na wszystkich barwnych zdjęciach (Bobkowski korzystał z systemu Kodaka) widać powulkaniczny czekoladowy piach. Jego sypkość skojarzyła się pisarzowi z kondycją współczesnego człowieka. Stała się impulsem do napisania jedynej jego sztuki teatralnej, zatytułowanej, a jakże, Czarny piasek.

W kolejną wyprawę udaliśmy się więc tropem dramatu Bobkowskiego. Autor osadził jego akcję w topografii Iztapa, miasteczka położonego nad wpadającą do Pacyfiku rzeką Maria Linda. Już dawno zniknął stąd symbol zachłannej żarłoczności tropikalnej przyrody, który oczarował Bobkowskiego. Chodzi o parowóz z całym składem, unieruchomiony tu na początku XX w. przez powódź, która zmyła nasyp wraz z torami. Wokół wyrosła mała osada. Parowóz i wagony z wyrastającymi z nich palmami tkwił tu jeszcze na początku lat pięćdziesiątych, wtedy zobaczył go Bobkowski. Odtąd obraz pozostawał w jego głowie. Aż po latach trafił na karty Czarnego piasku, jednak z informacją, że tą cywilizacyjną osobliwość już rozebrano. Dałem więc sobie spokój z jej szukaniem.

Stanęliśmy na moście nad Rio Maria Linda, a ja próbowałem sobie wyobrazić, gdzie mógł stać bar-sklep Hermana Rosenberga, gdzie fabryka taniny Jana Węglewskiego… Oczywiście miejsce uległo daleko idącej transformacji, ale rozmieszczenie w przestrzeni, czyli że sklep „nad brzegiem rzeki wpadającej poniżej do morza”, a fabryka nad Pacyfikiem po prawej od mostu, się zgadzało. I jeszcze fragment z mojego dziennika podróży z tego dnia: „21/11/2019 Jesteśmy nad Pacyfikiem. Gorąco, około 35 stp. Myśl o Bobie. On lubił ciepło, nawet gorąco, wszędzie marzł, w Paryżu nabawił się reumatyzmu. Stąd jego miłość do Gwatemali, do klimatu, do ludzi, do przyrody. No i element nieporządku, swobody, anarchii w życiu społecznym, w zachowaniach Gwatemalczyków, musiał mu się podobać”.

Gwatemalskie wulkany, na pierwszym planie Agua, za nim dymiący Fuego

Pominięte, niezauważone

Zupełnie inny klimat niż w Antigua i nad Atitlán panuje w Chichicastenango, z jego słynnym placem targowym, rozciągniętym między kościołem św. Tomasza a kaplicą Męki Pańskiej (Capilla del Calvario). Bobkowscy zabierali tu swoich znajomych. Chichi, jak się tu mówi, leży w górskim regionie Quiché, zamieszkałym przez Indian, i wizyta w tym miejscu daje okazję do zobaczenia „etnicznej” strony Gwatemali. Do osobliwości tego miejsca należą sprawowane przez liczne bractwa religijne nabożeństwa, którym towarzyszy palenie dużej ilości świec i aromatycznego kadzidła. Wierzenia z epoki Majów mieszają się z chrześcijaństwem. Świece o różnych kształtach stawia się na niskich platformach pośrodku kościoła św. Tomasza. Bobkowski sfotografował jedną z takich ceremonii, które swój prolog mają na stromych schodach wiodących do kościoła. Natomiast przed kaplicą Męki Pańskiej na niskim postumencie pali się rodzaj intensywnie dymiącego kadzidła – copal. Barbarę Bobkowską mogły tutaj zainteresować wyroby rękodzieła, tkane ręcznie kolorowe materiały, wyroby ceramiczne, fantastyczne maski. Lecz czy tę wychowaną na modernizmie lat trzydziestych plastyczkę mogły skusić prace prostych Indian? Na fotografiach wnętrza domu Bobkowskich dostrzegam akwarelę Józefa Czapskiego i rysunki Barbary, nad łóżkiem kadr z Jezusem z Ostatniej wieczerzy Leonarda da Vinci. Wizyta w tym mieście nie pomogła mi w zrozumieniu tego, co Bobkowski napisał, ale uświadomiła zakres tego, co w jego tekstach uznaję za pominięte, niezauważone, obok czego przeszedł obojętnie. Bo Chichicastenango, z całym jego bogactwem i osobliwością – prawdopodobnie właśnie dlatego – nie weszło na karty żadnego utworu pisarza. Zbyt mocno jest ono „tutejsze”, aby uznał je za scenerię dla dramatu uniwersalnego, a dramat lokalny go nie interesował.

Nic mi nie wiadomo o wyprawach Bobkowskich w inne miejsca zróżnicowanej geograficznie i kulturowo Gwatemali. Nie znalazłem śladów na białym piasku, czyli informacji o wyprawach nad atlantycki czy karaibski brzeg tego kraju. Niemniej fakt, iż zamieszkuje go czarnoskóry lud Garifuna, wyjaśnił mi pojawienie się w dramacie Bobkowskiego ciemnoskórego bohatera. Potencjalny zięć polskiego Żyda rasisty mógł się wziąć właśnie z malowniczego Livingstone nad Morzem Karaibskim. Czy Bobkowskich nie pociągała tamta część kraju? Czy wyprawa tam była zbyt kosztowna? Czy też odkładali ją na później? A może wystarczył im obraz tamtego regionu, jaki zostawił Aldous Huxley w wydanej u nas w roku 1938 książce Nad Zatoką Meksykańską (Wydawnictwo J. Przeworskiego). Brak zainteresowania bądź rozsądna obawa przed niebezpieczeństwem ze strony ludzi i przyrody sprawiły, że Bobkowscy nie wybrali się również w rejon El Petén, obfitujący w najświetniejsze zabytki Majów.

Starałem się, aby moja podróż śladami Bobkowskiego po Gwatemali przybrała formę instruktywnego doświadczenia, jak nazywa takie eskapady Richard Holmes. To, co wcześniej przeczytane i przyswojone, konfrontowałem z pejzażem, klimatem, architekturą, widokiem… Wizji wytworzonej na podstawie lektury przeciwstawiłem wizję lokalną.

Zapewne powstało wiele cennych biografii, których autorzy nie ruszyli się z miejsca, poprzestali na zgromadzeniu materiałów w segregatorach albo na twardych dyskach. Być może istnieją tacy bohaterowie biografii, wobec których ten tryb postępowania dobrze się sprawdza. Nie wiem, wybrałem inną drogę, wiodącą poprzez archiwa nad huczący Pacyfik.

Dr hab. Maciej Nowak, adiunkt w Ośrodku Badań nad Literaturą Religijną KUL, historyk literatury, edytor, krytyk. Autor monografii Na łuku elektrycznym. O pisaniu Andrzeja Bobkowskiego, Warszawa 2014. Opracował i wydał pierwszy odczytany z rękopisu dziennik Bobkowskiego (Notatnik 1947-1960, Łomianki 2013). Autor studiów poświęconych dziennikom polskich pisarzy. Obecnie przygotowuje biografię Andrzeja Bobkowskiego.

Wszystkie fotografie wykonał autor tekstu w listopadzie 2019 roku.

Wróć