logo
FA 7-8/2020 filozoficzne jubileusze

Agnieszka Lekka-Kowalik

Należy czytać klasyków, nawet jeżeli się mylą

W sempolu uczestniczyli i studenci, i doktorzy, i uznani profesorowie. Zjeżdżaliśmy się z całej Szwajcarii i Liechtensteinu. Od o. Bocheńskiego uczyliśmy się pracy naukowej niejako przez osmozę. Na seminariach swoje prace przedstawiał on sam lub ktoś z uczestników. I ja miałam ten przywilej.

Ojciec Józef Maria Bocheński to jedna z tych osób, które wpłynęły na moją formację. Poznałam go w 1989 roku dzięki pomocy ks. prof. Andrzeja Bronka, mojego promotora. Studiowałam wówczas w Międzynarodowej Akademii Filozoficznej w Liechtensteinie. Ks. Bronk skontaktował mnie z pracującym w Szwajcarii ks. dr. Dariuszem Gablerem, a ten zabrał mnie na sempol – seminarium polskie organizowane zasadniczo co miesiąc przez o. Józefa Marię Bocheńskiego we Fryburgu. Seminaria te rozpoczęły się w 1979 roku. W posiadanym przez mnie maszynopisie wywiadu Jarosława Kozaka, także uczestnika sempolu, pada pytanie o powody, które skłoniły o. Bocheńskiego do prowadzenia tego seminarium. Warto zacytować odpowiedź: „Gdy jest się profesorem uniwersytetu, to człowiek przyzwyczaja się mieć stale do czynienia z młodymi; później jest się nagle na emeryturze i stara się ten kontakt z młodymi przedłużyć. Poza tym ja jestem takim człowiekiem, że gdy mam zagadnienia, to muszę z kimś dyskutować, by się one we mnie wykrystalizowały. […] Były zatem różne powody, ale głównym powodem był rodzaj tęsknoty za możliwością pracowania dla Polski”. Patriotyzm był trwałym elementem osobowości o. Bocheńskiego.

Gdy przyszliśmy po raz pierwszy na seminarium, na mój widok o. Bocheński wstał – nie dlatego, że wszedł ktoś nowy, ale dlatego, że weszła kobieta. Robił to zawsze, a jeśli nie, mówił: „Bardzo panią przepraszam, że nie wstaję, ale nogi mi dziś nie dopisują”. Oto zakonnik, sławny na cały świat profesor, były rektor Uniwersytetu Fryburskiego, trzy razy starszy ode mnie, zwykłej studentki, wstawał, by wyrazić szacunek lub się usprawiedliwiał, że nie wstaje. Duży to kontrast z dzisiejszymi zachowaniami i profesorów, i studentów.

W sempolu uczestniczyli i studenci, i doktorzy, i uznani profesorowie. Zjeżdżaliśmy się z całej Szwajcarii i Liechtensteinu. Od o. Bocheńskiego uczyliśmy się pracy naukowej niejako przez osmozę. Na seminariach swoje prace przedstawiał on sam lub ktoś z uczestników. I ja miałam ten przywilej. Przechowuję z pietyzmem kartkę od o. Bocheńskiego, w której prosi mnie o przedstawienie projektu pracy doktorskiej. Moje badania dotyczyły pojęcia racjonalności, a odwoływałam się w nich do współczesnych filozofów nauki: Karla Poppera, Thomasa Kuhna i Larry’ego Laudana. Zaproponowałam potraktowanie pojęcia racjonalności analogicznie do pojęcia prawdy, co pozwoliło mi odróżnić „istotę”, kryteria i nośniki racjonalności. Ten pomysł zrodził się podczas intensywnych trzech tygodni pracy i z drżeniem przedstawiłam wyniki rozważań na sempolu. Do dziś brzmi mi w uszach ocena o. Bocheńskiego: „To dobra analityczna robota”. Rozumiał on bowiem analityczność filozofowania szeroko, jako wydzielanie i rozwiązywanie jasno postawionych zagadnień, z argumentacją poddaną rygorom logiczno-metodologicznym. To dlatego mawiał, że takich filozofów analitycznych, jak Arystoteles (zawsze dodawał: „błogosławionej pamięci”) oraz święty Tomasz, to ze świecą szukać. Pozytywna ocena mojego projektu nie raz stawała się źródłem siły, gdy przychodziło zniechęcenie i bezradność wobec materiału. Co prawda moje wystąpienie o. Bocheński podsumował z pewną zadumą: „Ludzie, dobrzy chrześcijanie, kobiety o racjonalności piszą!”. Zwrotem „Ludzie, dobrzy chrześcijanie” o. Bocheński często rozpoczynał swe wypowiedzi, zwłaszcza gdy żartował lub chciał podkreślić swe zdumienie czy zaskoczenie.

Referując swoje rozważania, pokazywał w praktyce, na czym polega owa analityczność filozofowania. I choć kiedy go poznałam, uważał jeszcze, że nie można robić wielkich syntez, później twierdził – choć nie wiem, czy pogląd ten znalazł odzwierciedlenie w jakiejkolwiek jego opublikowanej pracy – że one są możliwe, przynajmniej parcjalne, ale bardzo trudne.

Należy czytać klasyków, nawet jeżeli się mylą 1

Seminarium polskie – sempol – obok o. Józefa Bocheńskiego Autorka artykułu.

Punkt wyjścia do rozważań

Uczył samodzielności i odwagi myślenia. Na jednym ze spotkań poskarżył się, że deformują mu studentów. Oto idąc przez Uniwersytet Fryburski, spotkał polskiego księdza, który pisał doktorat z teologii o – jak się okazało w trakcie rozmowy – Trójcy Świętej. „Zapytałem, co twierdzi – relacjonował o. Bocheński – a on mi na to, że św. Augustyn to uważał tak, a św. Tomasz tak… Tak jakby sam nie odważył się pomyśleć”. Przekonywał nas, że dzieła filozoficzne są jedynie punktem wyjścia rozważań, a nie materiałem do „streszczania ze zrozumieniem”. A wobec tego – podkreślał – trzeba dobrze ów punkt wyjścia dobierać. Na jednym ze spotkań zapytał nas, czy wiemy, ile dzieł znajduje się w Bibliotece Kongresu USA. Nie wiedzieliśmy. Podał liczbę, a następnie oszacował, że dzieło filozoficzne można czytać ze zrozumieniem pięć godzin dziennie, nie więcej niż sześć stron na godzinę, przez sześć dni w tygodniu. Wykonał obliczenia na własnym przykładzie niemal siedemdziesięciu lat studiowania dzieł filozoficznych i okazało się, że to zaledwie ułamek promila tego, co zawiera Biblioteka Kongresu. „Jaki z tego płynie wniosek?” – zapytał. Milczeliśmy. Pamiętam jego słowa: „Należy czytać klasyków. Nawet jeśli Hegel się myli, to są to wielkie błędy”.

Imponował wiedzą. Nieraz prosił kogoś do dopełnienia wypowiedzi osoby referującej. Kiedyś wezwał profesora, by na tablicy zapisał leibnizjańską zasadę tożsamości; gdy tamten nie potrafił, ze zdumieniem zapytał: „Czego was teraz uczą”? Oczywiście po powrocie do domu rzucaliśmy się wszyscy do książek, by uzupełnić wiedzę. Uświadamiał nam też inny parametr pracy naukowej – czas. Kiedyś omawiał temat poświęcony bodaj logikom modalnym i poszukiwał w pamięci nazwisk. Patrzył na nas z nadzieją, że mu pomożemy, ale nikt się nie odezwał. Po chwili sam o. Bocheński przypomniał sobie owe nazwiska, o których chyba nikt z nas nie słyszał, i skomentował sytuację: „Pamiętajcie, pracujcie, póki jesteście młodzi. Ja już zaczynam zapominać”. Miał wtedy 91 lat. Co cztery lata rozpoczynał studiowanie jakiejś dziedziny pozafilozoficznej. Kiedy go poznałam, referował wyniki swoich badań z zakresu egiptologii. Doceniał komputer jako narzędzie pracy naukowej. Twierdził, że gdyby wcześniej go wynaleziono, zrobiłby trzy razy więcej.

Byliśmy też świadkami pewnego dramatycznego zwrotu. Powiedział nam (choć nie pomnę, jakiej pracy to dotyczyło), że w jego dowodach formalnych logik i przyjaciel Albert Menne znalazł błędy. To wtedy usłyszeliśmy: „Jeśli po siedemdziesięciu latach uprawiania logiki formalnej robię błąd, to znaczy, że to jest koniec mojej pracy naukowej”. Na wszystkich nas owa pokora wobec własnej kondycji i wobec powagi filozofii zrobiła ogromne wrażenie. W wydanych w roku 1993 Wspomnieniach deklaruje natomiast: „Zapełniłem wiele tomów moją pisaniną. Zaprzestanie pisania byłoby rodzajem antycypowanej śmierci. Ja wiem, że jest ona niedaleko – ale nie chciałbym jej przyspieszać. Zdecydowałem się więc na kompromis: będę pisał, ale nie twórczo – napiszę wspomnienia”.

Legendarne poczucie humoru

Referował więc nam wspomnienia, ale też dzielił się z nami innymi „nietwórczymi” pracami, np. o religii w Sienkiewiczowskiej Trylogii czy o etyce żołnierskiej. Omawialiśmy też pracę Was ich glaube (posiadam kserokopię tej pracy z odręcznymi poprawkami Bocheńskiego, datowaną przez niego na 13.09.1993). To w kontekście tej dyskusji szczególnie mocno ujawnił się szacunek o. Bocheńskiego dla każdego uczestnika seminarium, nawet dla najmłodszego i najmniej utytułowanego, który zadaje pytania i wraz z nim chce poszukiwać rozwiązania. Ośmielona już niemal czteroletnią znajomością z o. Bocheńskim, wystąpiłam przeciwko jednemu z twierdzeń i wdaliśmy się w coraz intensywniejszą polemikę. Gdy wyczerpaliśmy przychodzące do głowy „na gorąco” argumenty, o. Bocheński pochwalił mnie za zaangażowanie, a do uczestników powiedział: „Dobrze, że w Kościele katolickim kobiet nie święcą, bo jakby była biskupem, ani chybi pastorałem by mi po głowie przyłożyła”. Zapamiętałam tę żartobliwą uwagę jako wskazówkę co do sposobu dyskutowania. Do serca też wzięłam wprowadzone przez o. Bocheńskiego rozróżnienie na filozofów i filozofastów – ci pierwsi, gdy wykaże im się błąd, potrafią to przyjąć i dobrze wykorzystać, podczas gdy ci drudzy „idą w zaparte”.

O. Bocheński miał legendarne poczucie humoru. Żartował z uczestnikami i z uczestników, ale przede wszystkim z samego siebie. Uczył i nas tego dystansu do siebie i własnej ważności. Często też opowiadał anegdoty o sobie. Ilustrując wieloznaczność terminów modalnych, opowiedział, jak kiedyś pieszo wracał z późnej kolacji i w pewnym momencie zaczął gwałtownie poszukiwać toalety. Nie znalazł, wobec tego przystanął za drzewem w parku. Niespodziewanie pojawił się policjant i – rozpoznając o. Bocheńskiego – zgorszonym tonem powiedział: „Ojcze, nie może Ojciec…”. „Synu – opowiedział – skoro robię, to mogę”.

Jego wielką pasją było latanie samolotem. Kiedy go poznałam, nie latał już, ponieważ nie odnowiono mu licencji (o co miał zresztą pretensje), ale niekiedy zabierał uczestników sempolu do kawiarni na lotnisku. Mawiał, że dopiero siedząc za sterami samolotu i płynąc przez nieograniczoną niczym przestrzeń, naprawdę można się poczuć wolnym. We wspomnieniach napisał: „latając, człowiek przełamuje mocą swojego ducha naturalne granice działalności zapisane w jego istocie psycho-fizycznej. […]. Tak więc sądzę, że radość jaką daje latanie zawdzięczamy poczuciu przezwyciężenia naturalnych granic nałożonych nam przez przyrodę. To jest wolność, ale wolność wyższego rodzaju. Niż owa wolność poruszania się w przestrzeni”.

Lubił też szybką jazdę samochodem, podczas której słuchał – nucąc do wtóru – piosenek wojskowych. Kiedyś drogę na lotnisko przebyliśmy przy akompaniamencie Przybyli ułani, Rozkwitały pąki białych róż i Jak to na wojence ładnie. Zatrzymany kiedyś przez policję za nadmierną prędkość, zapytał pokornie: „Czyżbym jechał za szybko? „Nie – odpowiedział policjant – Ojciec leciał za nisko”.

W połowie roku 1992 odbyła się konferencja naukowa z okazji dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin o. Bocheńskiego. Za chichot historii Bocheński uznał obecność uczonych z byłego Związku Radzieckiego. Oto na spotkanie zorganizowane ku czci bezkompromisowego krytyka komunizmu, założyciela Instytutu Europy Wschodniej, gdzie rozwijano studia sowietologiczne, autora Handbuch des Weltkommunismus (1958), przyjeżdżają niegdysiejsi oponenci. A samą konferencję z właściwym sobie humorem uznał za „próbę pogrzebu w nieobecności zwłok”.

Należy czytać klasyków, nawet jeżeli się mylą 2

Źródło: Internetowy Polski Słownik Biograficzny – Instytut Audiowizualny

Byłem człowiekiem szczęśliwym

Zmarł 8 lutego 1995 we Fryburgu, ale wcześniej napisał szkic mowy pogrzebowej, co wspomina w homilii podczas nabożeństwa pogrzebowego o. Guy Benouelle. I nam mówił o tym – miało to „czasu i wysiłku zaoszczędzić temu biedakowi, któremu to zlecą. Mowy pogrzebowe są dla żywych, bo nieboszczyk na to gwiżdże”. Powtórzył to w swym autonekrologu (tak określił ten tekst o. Benouelle, przywołując w homilii cytaty, które wywoływały uśmiech uczestników mszy pogrzebowej). Jak się okazało, autonekrolog ten pisał już od 1957 roku: „Te słowa zostały skreślone, aby ci pomóc w zredagowaniu mojego nekrologu. Jest to zadanie nużące i trudne, podczas którego można łatwo zafałszować nie tylko charakter zmarłego, lecz i fakty z Jego kariery. Takie nekrologi nie służą zmarłemu, ponieważ gwiżdże on na nie i są mu całkowicie obojętne. Jednakże przyczyniają one pewnego pożytku pozostałym przy życiu, szczególnie grupie, do której zmarły należał”. W tym cytacie ujawnia się coś, co widzieliśmy i czego doświadczaliśmy, obcując z o. Bocheńskim: umiłowanie prawdy oraz wdzięczność i troska o tych, których Bóg postawił na Jego drodze.

Redagowanie obecnego tekstu przywołało falę wspomnień i zapewne rozrósłby się on do rozmiarów przekraczających objętość „Forum Akademickiego”. Tekst ten nie jest pracą naukową, ale świadectwem – i to świadectwem podwójnym. Świadectwem osobistej wielkości o. Bocheńskiego, która promieniowała na uczestników sempolu, oraz świadectwem tego, że realizował on nakreślony przez Tadeusza Czeżowskiego ideał „człowieka uniwersytetu”: twórczej indywidualności wyposażonej w kulturę intelektualną, moralną i estetyczną (T. Czeżowski, O ideale uniwersytetu).

Pisząc o sensie życia, o. Bocheński podkreślał, że jest on sprawą indywidualną, i to w trojakim aspekcie. Po pierwsze, chodzi o sens mojego życia, życia tej oto osoby, z takimi a takimi zdolnościami i ułomnościami, „wrzuconej” w ten oto czas. Po drugie, chodzi o sens mojego życia dla mnie, a nie dla innych. Wszak moje życie może przecież być sensowne dla mojego trenera, który liczy, że pobiję rekord w biegu przez płotki, czy dla nauczyciela, który ma nadzieję, że wygram centralny etap olimpiady z matematyki, ale nie dla mnie. Po trzecie, sens życia sama muszę znaleźć i zachować. Przeświadczenie, że moje życie ma dla mnie sens – konkluduje o. Bocheński – owocuje moim przekonaniem, że warto żyć. Nasze życie ma sens – podpowiada – gdy dążymy do jakiegoś celu: gdy budujemy dom, zdobywamy wiedzę, piszemy książkę i gdy oddajemy się kontemplacji chwili. Odwołuje się tu do własnego doświadczenia: gdy po kąpieli morskiej leży na piasku, zażywa słońca, nie ma myśli o bezsensie życia, bo cieszy się życiem i żyje intensywnie. Przywołuje też przykład Bernharda Riemanna, który zbudował system geometrii nieeuklidesowej i przeżył chwile wielkiej radości, kontemplując całość systemu w jego pięknie.

Sam o. Bocheński uważa, że spośród wielu aktywności w jego życiu najważniejsza była filozofia. Pisze: „Brałem moje powołanie i nakaz przełożonych na serio. Wszystko inne było w porównaniu z nimi, to jest z uprawianiem filozofii, marginesowe. Jeden z wybitniejszych myślicieli zakonu, Kajetan de Vio, powiedział kiedyś, że dominikanin, który nie studiuje cztery godziny dziennie, popełnia grzech śmiertelny. Otóż wydaje mi się, że tego grzechu nie jestem winny. Filozofowaniu poświęcałem zwykle więcej niż owe kajetanowe minimum. Najważniejszą bodaj rzeczą, której się nauczyłem w zakonie, jest wytężona praca naukowa. Jej oddawałem się z rozmachem i, muszę powiedzieć, z niemałą przyjemnością”. Każdy, kto zna bodaj wyrywkowo życie i działalność o. Bocheńskiego, nie ma wątpliwości, że było to życie emanujące sensem, wypełnione wielorakimi celami i chwilami kontemplacji. To dlatego w swym „autonekrologu” napisał: „Trzeba, abyś wiedział: byłem człowiekiem szczęśliwym prawie podczas całego mojego życia”. Mam nadzieję, że intelektualny i wychowawczy wpływ o. Bocheńskiego na mnie – a zapewne na innych uczestników sempolu – jest trwały i że pozwoli mi tak pracować i działać, by także w podsumowaniu mojego życia znalazło się zdanie: „Byłam człowiekiem szczęśliwym”.

Dr hab. Agnieszka Lekka-Kowalik, prof. KUL, dyrektor Instytutu Jana Pawła II KUL, Wydział Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II

Wróć