logo
FA 7-8/2020 filozoficzne jubileusze

Tomasz Kłusek

Filozofia literatury Romana Ingardena

Fot. Stefan Ciechan

Doświadczenie jakości metafizycznych jest warunkiem niezbędnym przekroczenia horyzontalnych ograniczeń ludzkiego bytowania. W życiu codziennym jest to jednak bardzo trudne. Wymiar horyzontalny winien być uzupełniony wymiarem wertykalnym. Niezbędne są sztuka i literatura, gdyż mogą one, przy odpowiednio głębokim ich przeżyciu, doprowadzić do objawienia się jakości metafizycznych.

Roman Ingarden, jako autor monumentalnych prac O dziele literackim i O poznawaniu dzieła literackiego, zajmuje poczesne miejsce w panteonie światowej estetyki literackiej, a tym samym i w literaturoznawstwie. Oczywiście wysokiej rangi polskiego fenomenologa nie da się ograniczyć do tej w gruncie rzeczy wąskiej specjalizacji, niemniej ze względu na tematykę artykułu, problematyka badań literackich będzie tu wyróżniona. Poza tym, jak wiadomo, nie da się oddzielić rozważań Ingardena dotyczących literatury od jego ustaleń ogólnoestetycznych, aksjologicznych, epistemologicznych i ontologicznych. Do tej sprawy trzeba będzie jeszcze powrócić w dalszej części artykułu.

Poświadczenie wysokiej rangi Ingardena można łatwo odnaleźć na kartach prac wielu autorów, i to nie tylko polskich czy europejskich. W formie przypomnienia można przywołać opinię działającego w Stanach Zjednoczonych filozofa Herberta Spiegelberga. Otóż w głośnej swego czasu pracy The Phenomenological Movement z 1960 roku pisał on o Ingardenie jako jednym z najwybitniejszych fenomenologów. W szczególny sposób wyróżnił jednak Spiegelberg dokonania Ingardena w dziedzinie estetyki, stwierdzając m.in., że najbardziej oryginalny był on w fenomenologicznych analizach dzieł sztuki, zwłaszcza pracy O dziele literackim, choć równie istotne były Ingardenowskie ustalenia dotyczące muzyki i sztuk plastycznych.

W polskim literaturoznawstwie przez całe dziesięciolecia panowała paradoksalna sytuacja. Wszyscy mniej lub bardziej doceniali ogromną rolę Ingardena w rozwoju tej dziedziny badań, ale brak właściwie było tych, którzy konsekwentnie stosowaliby wskazania Ingardenowskie w praktyce. Najczęściej ograniczano się do referowania koncepcji warstwowej budowy dzieła literackiego i jego schematyczności, teorii quasi-sądów, a także rozróżnienia dzieła sztuki i konkretyzacji. W związku z tym trudno byłoby się dziwić temu, że powtarzanie wkoło kilku ogólników nie prowadziło do żadnych praktycznych konsekwencji. Poza tym w powojennym literaturoznawstwie dominowały tendencje sprzeczne z dążeniami autora O dziele literackim, a więc marksistowskie czy – szerzej mówiąc – socjologizujące, dalej: hermeneutyczne, strukturalistyczne i ich różne późniejsze warianty z postmodernistycznym antropologizmem na czele. W każdym razie wiele czynników wpłynęło na nieobecność ingardenizmu w praktyce badań literaturoznawczych i krytyce literackiej. Co prawda Maria Gołaszewska, uczennica i w pewnej mierze kontynuatorka Ingardena, już w 1963 roku wydała ciekawą pracę Filozoficzne podstawy krytyki literackiej, ale jej praktyczne konsekwencje były właściwie żadne. Próbowała w niej na podstawie Ingardenowskiej koncepcji dzieła literackiego stworzyć solidny, teoretyczny fundament dla praktycznej działalności krytycznoliterackiej, ale był to jednak tylko początek. Należałoby dalej rozwijać ustalenia badaczki, a tego nie zrobiono i dzisiaj mało kto wspomina tę niewątpliwie pionierską pracę.

Ingardeniści i ingardenolodzy

Już tylko uwzględniając przypadek Gołaszewskiej i jej książki o krytyce literackiej, widać, że wina za to swoiste niedocenienie dorobku Ingardena leży nie tyle po stronie reprezentantów innych opcji, co właśnie kontynuatorów i wyznawców polskiego fenomenologa. Marksiści uprawiali marksizm, strukturaliści strukturalizm, hermeneutycy hermeneutykę, a… fenomenologowie? Praca Gołaszewskiej, która podjęła pewne wątki z Ingardena i na swój sposób je zmodyfikowała, nie spotkała się z należytym oddźwiękiem. Wytłumaczenie powojennych perypetii myśli autora O dziele literackim można znaleźć w kontrowersyjnej, aczkolwiek ważnej książce Danuty Ulickiej Ingardenowska filozofia literatury. Konteksty. Warto przypomnieć uwagi autorki, posiłkując się cytatami trafnie ujmującymi problem.

Ulicka pisze o „ingardenistach” i „ingardenologach”. Pierwsi posługują się w swych badaniach literatury wyrwanymi z kontekstu filozoficznego propozycjami Ingardena, upraszczając i banalizując je w ten sposób. Drudzy starają się co prawda wiernie odtworzyć owe filozoficzne konteksty, ale ich bezkrytyczny stosunek do mistrza bardziej zaciemnia niż rozjaśnia jego poglądy. Trudno nie zgodzić się z następującą opinią Ulickiej: „W postępowaniu ingardenistów najbardziej może krzywdzące w stosunku do koncepcji Ingardena było pozbawienie jej atrakcyjności. Sprowadzona do kilku nienazbyt odkrywczych dla współczesnego literaturoznawcy twierdzeń, straciła ona całą siłę inspiratorską, stając się szacownym, ale martwym zabytkiem. Interesujące i istotne z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy o literaturze przemyślenia filozofa z zakresu np. semantyki albo jego rozważania o czasowej strukturze dzieła na dobrą sprawę nie doczekały się kontynuacji. Wykładnie ingardenistyczne wyjałowiły Ingardena”. Z kolei „ingardenologia” przyczynia się „przede wszystkim do zatarcia swoistości i odrębności koncepcji fenomenologa na tle tego, co pod wpływem dominujących w XX w. kierunków związanych z pozytywistycznym modelem wiedzy za teorię literatury zwykło się uważać. Koncepcja ta należy bowiem nie do teorii, lecz do filozofii literatury. Nie jest w każdym razie po prostu jedną z gałęzi badań literackich, istniejących równolegle z krytyką i historią literatury”.

Parcelowanie prowadzi do banalizacji

Poglądy przedstawione przez Ingardena w takich pracach jak O dziele literackim, O poznawaniu dzieła literackiego, Szkice z filozofii literatury, Przeżycie – dzieło – wartość czy rozprawach składających się na trzy tomy Studiów z estetyki umożliwiają zrekonstruowanie wieloaspektowej, ale spójnej koncepcji, której nie wyczerpują formuły teorii literatury czy estetyki literackiej. Niezbędne w tym wypadku będzie posłużenie się terminem filozofii literatury. Widać to doskonale na przykładzie problematyki jakości metafizycznych, która przez Ingardena została co prawda tylko zarysowana, niemniej odgrywa w jego koncepcji kluczową rolę. Nie da się w pełni zrozumieć czterech paragrafów z dziesiątego rozdziału O dziele literackim, zatytułowanego Rola przedmiotów przedstawionych w dziele sztuki literackiej i tzw. idea dzieła, gdzie wprowadzona została problematyka jakości metafizycznych, bez znajomości choćby Sporu o istnienie świata. Wszelkie parcelowanie systemu Ingardena prowadzi do banalizacji jego myśli. I tutaj niewątpliwie rację miała Danuta Ulicka.

Jak jednak należy rozumieć kategorię jakości metafizycznych i w jaki sposób łączą się one z zagadnieniem sztuki, a literatury w szczególności? Aby odpowiedzieć na to pytanie, pragnę podzielić się pewną uwagą natury egzystencjalnej, a następnie przywołać niezwykle trafną refleksję samego Ingardena.

Współczesny człowiek, pochłonięty całkowicie tym, co praktyczne i materialne, zatraca poczucie transcendencji. Nie znajduje jednak w tym uspokojenia. Jego egzystencja jawi mu się jako pozbawiona sensu i wartości. Brak owego poczucia transcendencji wywołuje niepokój, lęk i uczucie pustki. Uświadomienie sobie tej sytuacji uruchamia proces dążenia do przekroczenia własnych ograniczeń. Doświadczenie jakości metafizycznych jest warunkiem niezbędnym przekroczenia horyzontalnych ograniczeń ludzkiego bytowania. W życiu codziennym jest to jednak bardzo trudne. Wymiar horyzontalny winien być uzupełniony wymiarem wertykalnym. Niezbędne są sztuka i literatura, gdyż mogą one, przy odpowiednio głębokim ich przeżyciu, doprowadzić do objawienia się jakości metafizycznych. Znamienny jest przykład Paula Claudela, który nawrócił się w katedrze Notre-Dame w Paryżu, słuchając gregoriańskich śpiewów.

Ingarden w O dziele literackim w następujący sposób przedstawia kontrast między niezwykłością przeżycia jakości metafizycznych a banalnością powszedniości: „W codziennym naszym życiu, nastawionym na drobne praktyczne cele i ich urzeczywistnianie, stosunkowo rzadko zdarzają się sytuacje, w których objawiają się tego rodzaju jakości. Życie nasze płynie – jeżeli tak można powiedzieć – bez sensu, w codziennej szarzyźnie i powszechności, bez względu na to, jak wielkie dzieła udaje się nam realizować w tym mrówczo czynnym i ruchliwym życiu. Aż wreszcie pojawia się dzień – jak dar łaski – w którym z nic nieznaczących i niezauważonych na razie przyczyn, z przyczyn zresztą zazwyczaj ukrytych, rodzi się «zdarzenie», które spowija nas i świat dokoła nas się rozpościerający jakąś przedziwną, nie dającą się opisać atmosferą. Jakąkolwiek mogłaby być jej szczególna jakość, straszliwa czy zachwycająca, aż do zupełnego urzeczenia i zapomnienia o sobie, ona to sprawia, że dane zdarzenie odcina się od powszedniej szarzyzny dni świetnym przepychem barw i staje się punktem szczytowym naszego życia. I nie ma przy tym znaczenia to, czy u jego podłoża leży wstrząs nielitościwie zbrodniczego mordu, czy też duchowa ekstaza w ujednieniu się z Bogiem. Te, od czasu do czasu pojawiające się jakości «metafizyczne» – tak je bowiem pragnę nazywać – są tym, co nadaje życiu naszemu wartość «przeżycia», i tym, za czego tajemniczym, konkretnym objawieniem się w naszym życiu żyje w nas utajona tęsknota, kryjąca się poza wszystkimi naszymi działaniami i czynami”.

Sens uprawiania sztuki

Schodząc teraz z poziomu roztrząsań ogólnych, powiedzmy filozoficznych, należałoby znów powrócić w rejony badań natury estetycznej. Ingarden zdecydowanie rozróżniał dzieło sztuki i przedmiot estetyczny. Dzieło sztuki stanowi efekt wieńczący proces twórczy, ale niezamykający go jednak ostatecznie. Aby to zamknięcie mogło się dokonać, musi dojść do spotkania dzieła sztuki z jego odbiorcą, perceptorem. Wtedy dokonuje się proces konkretyzacji dzieła sztuki i w tym momencie staje się ono przedmiotem estetycznym. O ile dzieło sztuki można rozpatrywać, posługując się wartościami artystycznymi, to przedmiot estetyczny wymaga wprowadzenia tego, co określa się mianem jakości i wartości estetycznych. Tutaj rodzi się szereg problemów, które wciąż budzą liczne wątpliwości, wywołują polemiki i trudno – jak się zdaje – oczekiwać definitywnego ich rozstrzygnięcia. Przykładowo: czy wartości estetyczne wynikają w jakiejś mierze z wartości artystycznych oraz czy wartości estetyczne nie mają żadnego zakorzenienia w dziele sztuki, a są jedynie owocem procesów odbiorczych? Ingarden rozstrzygał tę kwestię następująco: wartości artystyczne przysługują dziełu sztuki, jakości i wartości estetyczne nadbudowują się niejako na wartościach artystycznych, z kolei jakości metafizyczne na jakościach i wartościach estetycznych. Jakości metafizyczne nie są jednak kreowane, gdyż w ich przypadku mamy do czynienia z ujawnianiem bądź objawianiem „głębszego sensu” życia i bytu. Ingarden stwierdza: „Przy ich ujrzeniu odsłaniają się nam głębie i praźródła bytu, na które zwykle jesteśmy ślepi, i których istnienie w codziennym życiu zaledwie przeczuwamy”.

Prawdziwa sztuka w ujęciu Ingardenowskim jest czymś nader ważnym i poważnym. Literatura, film i teatr, plastyka, ba, muzyka nawet nie są igraszkami mającymi zapełniać czas wolny i dostarczać błahych przyjemności. Zadaniem sztuki jest poniekąd dopełnienie realności. Jak to rozumieć? Ingarden tak odpowiada: „W życiu realnym jednak – jak powiedziałem – sytuacje, w których realizują się jakości metafizyczne, są stosunkowo bardzo rzadkie. Realizacja ich zresztą zazwyczaj zbyt silnie nami wstrząsa, żebyśmy przy ich ujrzeniu potrafili nasycić się w pełni tym wszystkim, co się w nich zawiera. Żyje w nas jednakże tajemna tęsknota za ich realizacją i za ujrzeniem ich w «przeżyciu» – nawet wówczas, gdyby chodziło o coś straszliwego. Gdy jednak nadchodzi moment, w którym stają się rzeczywistością, to ich realizacja lub, ściślej mówiąc, one same w swej realizacji są tak potężne, że porywają nas w swoją moc i opanowują nas. Nie mamy siły ani czasu, żeby zatopić się w kontemplacji […] W szczególności sztuka może nam dać jakby w miniaturze i tylko w dalekim odblasku to, czego nie możemy, ściśle biorąc, osiągnąć w codziennym realnym życiu: spokojną kontemplację jakości metafizycznych”. I w tym tkwi sens uprawiania sztuki.

Wszystko albo nic

Ingarden podkreślał, że ujawnianie jakości metafizycznych stanowi najważniejszą funkcję dzieła literackiego. Rzecz ta udaje się jednak tylko twórcom wybitnym i to w ich największych osiągnięciach. W przypadku literatury pośledniejszej jest to niemożliwe, ale przecież nie zwalnia to nikogo z obowiązku dążenia do tworzenia arcydzieł. Władysław Stróżewski określał jakości metafizyczne mianem wartości nadestetycznych. Wiesława Tomaszewska postulowała odróżnianie jakości metafizycznych i religijnych, które u Ingardena wszystkie stanowiły jedną kategorię. Wielu kwestionowało potrzebę odróżniania jakości metafizycznych od wartości estetycznych. Np. Henryk Markiewicz uważał, że mieszczą się one w polu semantycznym wzniosłości, a samo określenie tych jakości jako metafizycznych uznał za niefortunne. Przyjmując postpozytywistyczny kontekst światopoglądowy, należałoby zgodzić się z tym ostatnim stanowiskiem. Jednak zniekształca i upraszcza ono koncepcję Ingardena. Jawi się ona jako jeszcze jedna spośród wielu teorii literackich, a nie filozofia literatury, którą należy odczytywać i przyjmować en bloc bądź całkowicie odrzucić. W przeciwnym razie Ingarden, okaleczony i rozparcelowany, staje się mało znaczącą pożywką dla eklektyków wszelkiej maści, hochsztaplerów i symplifikatorów.

Zbliżając się do końca artykułu, warto z jednej strony przypomnieć bardzo pesymistyczne, choć też w dużej mierze uzasadnione, uwagi Rolfa Fiegutha o znikomym zainteresowaniu dorobkiem autora O dziele literackim we współczesnym świecie. W rozmowie sprzed kilku lat z Beatą Garlej dosadnie określił on poziom zainteresowania spuścizną Ingardena w dziedzinie badań literaturoznawczych, mówiąc: „ręce opadają”. Z drugiej strony Sejm RP ogłosił rok 2020 Rokiem Romana Ingardena. W ubiegłym roku ukazał się pierwszy tom doskonałej biografii polskiego fenomenologa pióra Radosława Kuliniaka i Mariusza Pandury pt. „Jestem filozofem świata” (Κόσμου φιλόσοφός εἰμι). Roman Witold Ingarden (1893-1970). Część pierwsza: lata 1893-1938. Stwarza to uzasadnione nadzieje na odwrócenie złych trendów, o których mówił znakomity literaturoznawca i propagator twórczości Ingardena w krajach niemieckojęzycznych. Tym bardziej że kontynuatorzy Ingardenowskiej myśli literaturoznawczej, tacy jak Andrzej Stoff, Andrzej Tyszczyk i Bernadetta Kuczera-Chachulska, doczekali się już grona uczniów. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu Beata Garlej, autorka wielu prac, które dotyczą dokonań badawczych Ingardena odnoszących się do literatury.

W listopadowym numerze „Nowych Książek” z 2002 roku ukazała się interesująca rozmowa Tadeusza Gadacza z profesorem Władysławem Stróżewskim. Na jedno z pytań pada następująca odpowiedź: „Jeśli zaś chodzi o jego estetykę, mój Boże, uważam ją za największe osiągnięcie. Nie ma większej estetyki, ontologii dzieła literackiego, ontologii dzieła sztuki w ogóle. Nie ma głębszej filozofii wartości estetycznych od tej, którą stworzył Ingarden […]. Uważam, że jest to jeden z największych umysłów, jakie polska wydała. A co do filozofii – podzielam opinię ojca Bocheńskiego, że jest największym polskim filozofem”. Trudno byłoby nie zgodzić się z tą opinią. Celem mojego krótkiego artykułu było oddanie hołdu dokonaniom najwybitniejszego polskiego myśliciela XX wieku, w tym przede wszystkim na polu jego filozofii literatury.

Wróć