logo
FA 7-8/2020 życie akademickie

Jacek Wojciechowski

Dla bibliotek są prognozy złe

Nie można uprawiać zawodu ani wykonywać profesjonalnej specjalności, jeżeli nikt do tego nie przygotowuje, nie wdraża ani nie kształci. W takiej sytuacji to już nie jest żaden zawód, lecz najwyżej amatorszczyzna.

Rys. Sławomir Makal

Akademickie bibliotekarstwo w Polsce, które jak wszędzie jest podstawą uczelnianego kształcenia na poziomie wyższym oraz stanowi bazę do uprawiania nauki, zostało niedawno odesłane do kąta albo wręcz na śmietnik. Z decyzji i najprawdopodobniej również woli jednego człowieka rozpoczął się proces degrengolady oraz de facto stopniowej likwidacji bibliotek na polskich uczelniach. Dokonała się dramatyczna kastracja akademickich instytutów bibliotekoznawczych w następstwie wykreślenia bibliotekoznawstwa, nazywanego też bibliologią, z rejestru dyscyplin naukowych.

Wprawdzie decydent przestał tymczasem decydować o sprawach nauki i edukacji, ale co uległo popsuciu, naprawione nie zostało. Ani rozliczone. Bądź przynajmniej ujawnione, że takie psujstwo miało miejsce. I to – co trzeba powtórzyć – wyłącznie u nas. W Bułgarii, Albanii, Urugwaju, a nawet Burkina-Faso – nie. Co więcej, wydarzyło się to jeszcze przed nadejściem ogólnoniszczycielskiej pandemii. Która do tego, co już uległo popsuciu, dołożyła jeszcze kasacje swoje.

Kasacje

Poczynania kasacyjne zaczęły się w Polsce od likwidacji zawodowego kształcenia bibliotekarzy na poziomie pomaturalnym, które istniało, ale przeszkadzało komuś jak drzazga w tyłku, dokonano więc zabiegu uwolnienia. Od umiejętności. Uprawiało wtedy ten zawód blisko 100 tys. osób i ktoś akurat dopuszczony do decyzji uznał, że żadne umiejętności ani żadna wiedza nie są im potrzebne. W związku z tym po prostu skreślił takie kształcenie i już. Zresztą żadnych dostrzegalnych protestów nie było. Z niczyjej inicjatywy i z niczyjej strony.

Później nastąpił dalszy ciąg dewastacji. Intencjonalnych – bo to, co spowodowała pandemia, to odrębna lawina złych przypadłości nadająca się do osobnego zreferowania. Mianowicie spośród czternastu instytutów uczelnianych, którym wpisano w profilu powinność kształcenia bibliotekoznawców, jako kierunek (więc już nie całości tych instytutów) bibliotekoznawstwo uchowało się na razie w czterech uniwersytetach. Ale na tym kasacji nie koniec.

W każdym razie rzuca się w oczy redukcja liczby ośrodków z tą specjalnością, degrengolada jakości kształcenia, a tym bardziej uprawiania tej gałęzi nauki, oraz pauperyzacja profesji. No i tym razem również obyło się bez protestów. Widocznie bibliotekarze zatrudnieni w bibliotekach mają się tak do bibliotekarstwa, a bibliotekoznawcy przypisani do bibliotekoznawczych instytutów – do bibliotekoznawstwa, jak osoby niesłyszące do kompozycji muzycznych.

Sytuacja wygląda tak oto. Bibliotekoznawstwo, nie wiadomo dlaczego i po co przemianowane na jakąś bibliologię oraz jeszcze pożenione z nauką o informacji, lecz jednak dotychczas wciąż uchowane w garniturze naukowej dyscypliny, w następstwie pseudoreformy nazwanej szumnie nauką 2.0, stało się (wyłącznie w Polsce) kierunkiem. Podobno studiów, ponieważ nauki to już chyba nie. To tak, jakby Wierzynek stał się nagle McDonaldem.

Tego też nikt nie oprotestował. Bibliotekoznawstwo bowiem, albo bibliologia, znalazło się pod dodatkowo tłumiącym (protesty) wpływem informatologii, biorącej na uczelniach górę za sprawą niedostatku osób o statusie naukowym, wiedzących jak wygląda biblioteka. Informacja takiego rozeznania nie wymaga, dlatego informatologów jest więcej. No więc w taki oto sposób przebiega u nas publicznie dogorywanie naukowej dyscypliny bibliotekoznawczej. Warto powtórzyć: wyłącznie tutaj.

Kolejny krok w tej destrukcji stanowiła „liberalizacja” zawodowej kategorii bibliotekarstwa dyplomowanego, które od kilku miesięcy w bibliotekach uczelni wyższych może sobie być, ale też wcale być nie musi. Dotychczas była to obligatoryjna grupa pracowników akademickich, ze specjalnym przysposobieniem bibliotekoznawczym, uprawnionych do pełnienia co ważniejszych funkcji w bibliotekach uczelnianych. Teraz takich obowiązkowych wymagań już nie ma. Do zatrudnień więc i do nominacji dochodzi tam pozakryterialnie.

Żeby zaś wszystko to nie wyglądało na przypadek, dopowiem, że również w praktyce waloryzującego punktowania akademickich periodyków naukowych, pozostawiono z punktami raptem siedem bibliotekoznawczych czasopism, spośród 32, jakie istniały poprzednio. Czyli jak dobijać, to dobijać! Wszystkie zresztą z najmniejszą liczbą możliwych punktów – poza jednym charakterystycznym wyjątkiem. Mianowicie rocznik „Archiwa, Biblioteki i Muzea Kościelne” uzyskał liczbę punktów podwójną, wbrew opinii stosownej komisji merytorycznej oraz na przekór naprawdę niskiej wartości naukowej. To jest zatem potwierdzenie, że w tym wszystkim na pewno nie zadziałał żaden przypadek. Ktoś miał taki właśnie plan i dopilnował realizacji.

Przedsięwzięcia następne

Na razie dokonały się pierwsze kasacje wstępne. Coś jak inauguracyjne wystrzały startowe. Z tym jednak, że o konsekwencjach fundamentalnych: jak początkowe rozłupanie kręgosłupa. Przecież nie można uprawiać zawodu ani wykonywać profesjonalnej specjalności, jeżeli nikt do tego nie przygotowuje, nie wdraża ani nie kształci. W takiej sytuacji to już nie jest żaden zawód, lecz najwyżej amatorszczyzna.

Nie da się zrozumieć, czemu do czegoś takiego doszło właśnie teraz oraz właśnie i jedynie u nas. Jak również niełatwo pojąć, czemu to nikogo nie obeszło. Bo przecież jedynym możliwym efektem jest cywilizacyjny regres, barbaryzacja, akces wsteczny do grupy krajów, w których wiedza potoczna kształtuje się poniżej poziomu godziwego. I to już następuje. W razie wątpliwości wystarczy rzut oka i ucha na medialne turnieje oraz konkursy (nie)wiedzy. Stopień nieoczytania, jak też zakres abnegacji przekracza wszelkie wyobrażenie.

Z co smutniejszych „kwiatków”. Oto pani doktor (?!) nie potrafiła przypisać Bolonii do żadnego kraju. A znowu dwufakultetowy pan od informatyki nie wyszedł zwycięsko z pytania o jakiegoś Mickiewicza. Przy takich seryjnych decyzjach w odniesieniu do edukacji, studiów i nauki absolwenci szkół wyższych mogą nie osiągnąć biegłości w pisaniu oraz w czytaniu. Rzecz w tym, że cała współczesna wiedza oraz pokaźna część obecnej kultury opierają się na piśmiennictwie. Inne komunikacje są tylko dopełniające. Skoro zaś polikwiduje się biblioteki, to obieg piśmiennictwa upadnie też. Tworzono je w ciągu wielu lat, natomiast gilotynizacja przebiegnie w tempie zawrotnym. I to będą przedsięwzięcia kolejne, które zdewastują podstawy istniejącej wiedzy potocznej.

To nie jest konkluzyjna wydmuszka. Oto mianowicie inicjatywne pomysły centralnego likwidatora bibliotek zaczynają być przejmowane i kontynuowane szerzej – mimo, że on sam już w tym zakresie niczego więcej nie psuje. Ale przykład oraz możliwość zauważono. A jednocześnie skutki pandemii rzeczywiście okazały się takie, że pieniędzy na cele publiczne zaczyna dramatycznie brakować. Poza tym zauważono, że z tytułu bibliotekopsujstwa nikt złych konsekwencji nie poniósł. No to…

To dopiero początki, a już mamy w tym zakresie rekord Europy. Oto rada gminy Limanowa (nie mylić z miastem Limanową: to inne obszary administracyjne), w uzgodnieniu z wójtem, postanowiła zlikwidować wszystkie tamtejsze biblioteki publiczne. Nie jedną, nie trzy albo cztery, lecz od razu wszystkie siedem. Naśladowcy na pewno się znajdą. No i protestów zapewne znowu nie będzie.

W ciszy

To już taka prawidłowość: biblioteki umierają bezgłośnie. Oraz pojedynczo, pomimo że licznie. Znikają z pejzażu biblioteki szkolne, publiczne, akademickie i pedagogiczne. I nikt w ich obronie nie występuje. Milczy około dziewięć milionów korzystających, nie mówiąc o kilku milionach użytkowników bibliotek szkolnych. A to nie są wielkości małe. Nie odzywa się też około 80 tysięcy samych bibliotekarzy (było kilka głosów), w końcu z uprawiania tego zawodu żyjących. No i nie zabiera głosu kilkanaście bibliotekarskich stowarzyszeń.

Za granicą bywa rozmaicie. Na ogół jednak jest tak, że standardy bibliotekarstwa pozostają w związku przyczynowo-skutkowym z poziomem cywilizacyjnym. Tymczasem w Polsce nikt na to nie zwraca uwagi. Wbrew społecznemu interesowi oraz na przekór stosownej ustawie można tu zrobić z bibliotekami cokolwiek się chce. Czy na pewno bez cywilizacyjnego uszczerbku?

W resorcie nauki antybiblioteczne procedury uruchomiły się i zrealizowały łatwiej niż łatwo. A znowu resort kultury nie zareagował na to w żaden sposób. Czasami więc trudno zgadnąć, jaki jest sens istnienia urzędów centralnych.

Jednak równie przykra jest bierność elity akademickiej. Likwidacja kadry bibliotekarzy dyplomowanych, bądź co bądź partnerskiej, kasacja bibliotekoznawstwa (bibliologii) jako dyscypliny naukowej oraz wycinanie kolejnych bibliotek instytutowych dokonuje się bez słowa protestu ze strony uczelnianych senatów albo rad wydziałów bądź instytutów. Było się razem przez dziesięciolecia, a niekiedy dłużej i z tej symbiozy coś pożytecznego wynikało. Ale kiedy jeden decydent, akurat z takimi możliwościami, przystąpił do poczynań kasacyjnych, nagle wszyscy zaczęli udawać, że nic się nie dzieje.

Być może w doraźnym wymiarze oraz w tymczasowej perspektywie tak to wygląda. Zwłaszcza kiedy dochodzi do tego postpandemiczny kontekst rozmaitych przypadłości dramatycznych. Jednak w dłuższej perspektywie dla pokoleń młodszych skutki wydają się dramatyczne.

No bo czy ktoś naprawdę uważa, że bez akademickiego bibliotekarstwa rzeczywiście da się uprawiać prawdziwą naukę oraz użytecznie kształcić studentów? A jeżeli tak, to dlaczego miałoby to w ten sposób wyglądać wyłącznie w Polsce?

Nakładki

Decyzje i rozwiązania złe często zapadają stadnie lub w niekorzystnych okolicznościach. Po prostu bywają takie wzajemne nakładki. I tym razem również było tak właśnie. Zrządzeniem losu bowiem w ślad za destrukcyjnymi wobec bibliotekarstwa postanowieniami pojawiły się jeszcze pandemiczne wymuszenia rozwiązań, zarówno praktycznych, jak i koncepcyjnych, odmieniające całą codzienność. A przede wszystkim w innym kierunku skierowały powszechną uwagę, jak też narzuciły inne hierarchie wartości. Nie można powiedzieć, żeby bezzasadnie. W sumie przez cały ten czas nie dało się myśleć pozamaseczkowo. A czy to już koniec, to się dopiero okaże.

Biblioteki, zresztą nie tylko uczelniane, tak jak inne ośrodki, pozamykano, i okazało się, że na krótką metę nauka jakoś sobie z tym radzi. Nikt nie powiedział, że produktywnie, ale też nikt temu nie zaprzeczył. W końcu chodziło głównie o to, żeby jakoś przetrwać niedługi relatywnie czas. Natomiast procesy studiowania w ogóle stanęły na głowie, nie tylko w bibliotecznym kontekście.

Paradoksalnie próby podtrzymania przez ten pandemiczny czas bibliotecznej oferty zdalnej, w trybie digitalnym, na pierwszy rzut oka i wtedy pożyteczne oraz racjonalne, w późniejszym przeniesieniu do warunków już mniej więcej normalnych okazały się zdradliwe i nieefektywne. Przynajmniej w wariancie wyłącznym, autonomicznym. Podobnie zresztą jak cała próba edukacji zdalnej, która w takiej postaci, jak to miało miejsce, nie stanowi samodzielnego surogatu kształcenia. Sprawdza się (na razie?) wyłącznie jako dopełnienie.

Tymczasem jak na złość pojawiła się bez koniecznego przemyślenia prawdziwa nakładkowa lawina opinii bezkrytycznie akceptujących kształcenie i studia zdalne. Które przecież nie zostały wymyślone wczoraj, ale praktyka nie przyjęła ich z otwartymi ramionami. Więc niby teraz ma być inaczej?

Towarzyszy im zaś równie intensywna apologia zdalnego edukacyjnego zaplecza sieciowego. Co zatem charakterystyczne: już nie bibliotecznego. Tak nigdzie na świecie nie jest! Mimo że koronawirus dotarł przecież wszędzie. W rzeczywistości, na podstawie tego, co wiadomo teraz, formy zdalne mogą jedynie dopełniać oraz wspomagać naukę i życie naukowe, lecz nie zastępować.

A jednak opinia, żeby studia i naukę radykalnie wtłoczyć w mechanizm relacji zdalnych, z czasem wręcz wyłącznie na dystans, zdobywa coraz większy poklask. Wcale nie dla efektywności, bo tej nikt nie weryfikował ani nie porównywał, lecz głównie za sprawą prostoty, łatwości oraz radykalnie niższych kosztów. Złe skutki przyjdzie rozpoznać dopiero za jakiś czas, kiedy już mniej więcej wszystko zostanie popsute. W rezultacie zresztą przyczyn rozmaitych, ale głównie w następstwie niekompetentnych decyzji.

Owszem, jest teraz trudny czas wydobywania się z wielu zapaści, przede wszystkim postpandemicznych. Bibliotekarstwo to zatem, w ujęciu całościowym, działka poniekąd poboczna; przynajmniej w obecnym momencie. Na razie więc chodzi o to, żeby z procesów naprawczych oraz przywracania normalności nie zostało wyłączone. Nawet jeżeli nie wszystkie zarejestrowane szkody spowodowała epidemia.

Konkretnie: pożądane są odpowiednio ukierunkowane decyzje i przedsięwzięcia resortu nauki reperujące to, co resortowe pomysły w tym zakresie popsuły. Jak też bardzo potrzebne jest parcie w tym kierunku pracowników nauki jako zbiorowości. Bo to w końcu ich wspierające zaplecze.

Czas remontu

Wprawdzie porównywanie skutków pandemii do tego, co miało miejsce po ostatniej wojnie, to niewyobrażalne nadużycie oraz zawracanie głowy, ale dewastacje są jednak rozległe i jest co naprawiać. Nie wiadomo nawet, czy wszystko uda się zreperować ani kiedy, a w dodatku za co. W takich okolicznościach to, co przydarzyło się bibliotekarstwu, nie tylko akademickiemu, oraz bibliotekoznawstwu, nie musi wyglądać na przypadłość priorytetową. Ale jednak trzeba, żeby w ogólnym postępowaniu remontowym nie zostało przeoczone. A takie niebezpieczeństwo istnieje.

Już bowiem wyraźnie widać, że w tym zakresie nie ma co liczyć na żądania publiczności i na interwencje bibliotecznych użytkowników, ponieważ wirówka oczekiwań potocznych jest różnorodna, niezwykle rozchwiana, przyporządkowana innym a zmiennym hierarchiom. Nie zadbają o biblioteki różnej maści władze akademickie, szkolne lub samorządowe. W codzienności potocznej priorytetów z takim ukierunkowaniem nie widać. Przydarzyły się bowiem akurat katastrofy różnorodne a liczne, na dodatek rozmaicie spowodowane. No więc następnie wcale nie musi być tak, żeby wszystko, co się w rezultacie popsuło, odżywało potem w całości i samorzutnie.

Logika podsuwa pomysł, że w bibliotekarstwie (przynajmniej) akademickim oraz w bibliotekoznawstwie należałoby liczyć na wspierające głosy kadr akademickich, a przede wszystkim na zrekonfigurowane poczynania resortu nauki, przez przyhamowanie zapędów likwidacyjnych wobec bibliotek na uczelniach oraz wzmocnienie ich funkcjonowania: w formule przede wszystkim usług bezpośrednich. Czyli na miejscu oraz na wynos, a jedynie dodatkowo – również zdalnie, online. Tymczasem taka hierarchia ulega załamaniu. To bardzo niedobrze.

Poza tym samo przez się naprasza się przywrócenie (decyzją resortu nauki) kategorii bibliotekarzy dyplomowanych jako obligatoryjnej kadry w całym bibliotekarstwie akademickim, w konkretnym zastosowaniu przynajmniej do uczelnianych bibliotek głównych. To przecież mają być kompetentni partnerzy pracowników nauki, a nie bezkwalifikacyjni amatorzy. Nie ma żadnego powodu, żeby nowe kierownictwo resortu nauki, nieobciążone przez odium decyzji poprzedników, nie mogło takiego rozwiązania restytuować jako obowiązkowego. W interesie nie tyle samego bibliotekarstwa akademickiego, ile przede wszystkim dla pożytku całej naszej nauki.

No i zachodzi potrzeba wykonawczo akurat zdecydowanie najtrudniejsza. Trzeba mianowicie odtworzyć, w ogóle od podstaw, kształcenie bibliotekarzy w Polsce. Trudno wszak zakładać, że będziemy w tym celu wysyłać kandydatów do Mongolii lub do Ekwadoru. Popsucie istniejącego i wcale wydolnego systemu zawodowej edukacji bibliotekarzy było wyczynem niewyobrażalnie bezsensownym. A jest oczywiste, że zawód oraz profesjonalna specjalność bez stosownego przysposobienia kadr nie ma prawa pożyć długo.

Na poziomie pomaturalnym, powiedzmy że licencjackim, potrzeba nam takich ośrodków w kraju około dziesięć – w już istniejących uniwersytetach oraz innych szkołach wyższych. Dla jasności: aktualnie nie ma ani jednego. Przy dobrej woli tych uczelni oraz ze wsparciem resortu nauki byłoby to możliwe do osiągnięcia. Ponadto nie zawadziłaby jeszcze pomoc resortu kultury (zajmuje się bibliotekarstwem publicznym) i resortu edukacji (nadzoruje bibliotekarstwo szkolne i pedagogiczne), ale przejawy tego zajmowania się i tego nadzoru są niedostrzegalne, toteż raczej nie ma na co liczyć.

No i jeszcze konieczne jest takie sprofilowanie kształcenia, jak też promocja samego zawodu, żeby ktoś skusił się na ową edukację, a potem zechciał tę profesję uprawiać. Bo po takich przepychankach i perypetiach wcale to nie jest oczywiste.

Jednak w takim kraju jak Polska, potrzeba jeszcze pięć do siedmiu ośrodków akademickich kształcących bibliotekarzy (bibliotekoznawców) na poziomie magisterskim i doktoranckim. Także zresztą na szczeblu ponaddoktorskim, a więc z przywróceniem rangi dyscypliny naukowej. Da się to zrobić? Musi się dać! I trzeba dopowiedzieć wyraźnie: to ma być bibliotekoznawstwo. Czyli nauka i wiedza o bibliotekarstwie, takie bowiem jest praktyczne zapotrzebowanie. Powymyślane atrapy inne, rzekomo zastępcze, a więc jakieś bibliologie, informatologie, nie mają w tym zakresie przydatności żadnej. Przynależą do innych obszarów. Ewentualnie możliwe, że nauki.

Być może w ogólnej panoramie wydarzeń (było ich bowiem bardzo dużo) i połączonych złych następstw pandemii oraz chybionych decyzji, destrukcyjnych odniesień do bibliotekarstwa i do tego, w czym ono macza palce, chwilowo jeszcze w całości nie widać. Ale jednak naprawdę tak jest, że w następstwie zniszczenia podstaw bibliotekarskiego zawodu, więc profesjonalnej w tym zakresie edukacji, rozpoczął się bez rozgłosu odwrót od jednego z ważniejszych osiągnięć cywilizacji. W tle towarzyszy mu wszak postpandemiczne zawieszenie (?) funkcjonowania szeregu wydawnictw oraz zamknięcie licznych księgarń. Prognozy dla intelektualnego poziomu społeczeństwa w przyszłości są więc w związku z tym dalekie od optymizmu. Nie wiadomo dlaczego, ani z jakiego powodu, akurat u nas – dalsze niż gdziekolwiek indziej.

Rujnacja, chociaż postępuje, jest na razie w fazie wstępnej, zatem ewentualnie możliwa do powstrzymania. Przynajmniej dopóki efekty nie okażą się nieodwracalne. Ale wobec tego najwyższa pora, żeby wszyscy przestali udawać, że nic się nie dzieje.

Wróć