logo
FA 7/2026 rozmowa forum

Rozmowa z prof. dr. hab. Wiesławem Gruszeckim, prorektorem ds. nauki i współpracy międzynarodowej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie

Naukowa fiesta

Naukowa fiesta 1

Nie możemy pozostać hermetycznymi, oderwanymi od rzeczywistości naukowcami. Musimy pokazać, że pieniądze, które otrzymujemy na badania, wydajemy bardzo odpowiedzialnie. Już nie mówiąc o tym, że mamy naturalną empatyczną chęć bycia częścią naszego społeczeństwa.

W ciągu ostatnich 30 lat nakłady na popularyzację nauki znacząco wzrosły. Wyodrębniła się grupa zawodowych popularyzatorów. Robimy to tyle lat i ciągle mówimy: więcej! Jakie płyną stąd wnioski?

Popularyzacja wbrew pozorom jest trudna. Wiem to od bardzo dawna. Często jestem pytany: co ty właściwie robisz na tym uniwersytecie? I nie zawsze wiem, jak odpowiedzieć, bo trudno to wyjaśnić komuś, kto na co dzień nie zajmuje się badaniami naukowymi. Otrzymując jeden grant za 3 miliony złotych, drugi w podobnej wysokości, mam świadomość, jak duże są to kwoty z punktu widzenia przeciętnego Polaka, który się na to składa w postaci płaconych podatków. Czasami nie potrafię mu wyjaśnić, co robię, mimo że rzetelnie prowadzę badania i dobrze przygotowuję sprawozdania z nich.

Gdy pracowałem w Stanach Zjednoczonych, pewnego razu syn szczerze mi wyznał: „Tato, lekarz jest potrzebny, bo leczy ludzi. Mama jest potrzebna, bo jest psychologiem i radzi ludziom, jak się zachować w różnych trudnych sytuacjach. Ale taki biofizyk jak ty chyba nikomu do niczego nie jest potrzebny?”. Opowiedziałem o tym kolegom w pracy. Kiedyś przyszła do nas moja żona Ewa z dziećmi. Już wychodziłem do domu, ale wciąż trwały eksperymenty, m.in. błyskały lasery, słychać było przy tej okazji strzały, bo były to lasery impulsowe. Wszystko wyglądało widowiskowo. Syn, patrząc na to, wpadł w zachwyt. I wtedy mój przyjaciel Trevor zapytał go: „No i co, Ignacy (imię syna – red.), akcje biofizyków wzrosły?”.

Popularyzacja stanowi wyzwanie, bo jeździmy tymi samymi trolejbusami, spotykamy się na tych samych meczach czy koncertach, ale nie jesteśmy rozumiani przez naszych sąsiadów, a nawet przez własne dzieci. Nie możemy pozostać hermetycznymi, oderwanymi od rzeczywistości naukowcami. Musimy pokazać, że pieniądze, które otrzymujemy na badania, wydajemy bardzo odpowiedzialnie. Już nie mówiąc o tym, że mamy naturalną empatyczną chęć bycia częścią społeczeństwa. Czasami oglądam filmy lub słucham podcastów o badaniach w innych dyscyplinach i widzę, ile radości daje mi to, gdy dowiem się czegoś nowego. Bardzo lubię audycje o poprawności językowej. Kiedy na TEDx usłyszałem program Macieja Makselona o feminatywach, pełen polotu, humoru, erudycji, zachwyciłem się. To jest fantastyczne, jak prosto, wesoło, ale kompetentnie pokazuje on zagadnienia językowe. Równocześnie widzę, że nie każdy uczony o głębokiej wiedzy ma dar, żeby jasno i prosto przekazać informacje o tym, co robi.

Czy to znaczy, że człowiek nie rozumie tego, co robi, skoro nie potrafi o tym opowiedzieć?

Dobre pytanie. To, że ktoś nie potrafi wyjaśnić osobom spoza swojej dziedziny, czym się zajmuje, nie świadczy o tym, że jest słabym naukowcem. Popularyzacja to innego typu umiejętność, wymagająca innych kompetencji niż prowadzenie badań naukowych, choć niektórzy z powodzeniem radzą sobie w obu obszarach. Gdy Einstein został zapytany, czy to prawda, że tylko dwie osoby rozumieją teorię relatywistyczną, odpowiedział pytaniem: a kto jest tą drugą?

Gdy coś wnikliwie analizujemy, łatwiej przychodzi nam opowiadanie o tym. Ta umiejętność rodzi się wraz z tym, jak głęboko wnikamy w obszar badawczy i czy potrafimy umiejscowić problematykę w szerszym kontekście niż tylko ściany własnego laboratorium. To nie jest już akt badawczy, ale taki, w którym szukamy „wtyczki” do zewnętrznego środowiska, do społeczeństwa, poszukujemy wspólnego języka i musimy to zrobić tak, jak prowadzimy badania, czyli bardzo odpowiedzialnie i profesjonalnie. Gdy mam zaplanowany wykład popularnonaukowy, pytam o odbiorców. Jestem świadomy, że muszę dostosować się do słuchaczy, przedstawić temat tak, żeby go zrozumieli – to moja odpowiedzialność. Oni nie muszą być przygotowani do wysłuchania wykładu, natomiast ja powinienem być przygotowany do jego wygłoszenia. Jestem biofizykiem, czyli pracuję na granicy dyscyplin i czasem słuchają mnie biolodzy, chemicy, medycy, a innym razem fizycy. Muszę więc przygotować przekaz z odpowiedniej perspektywy badawczej, nawet jeśli zwracam się do odbiorców bardziej zaznajomionych z daną problematyką.

Popularyzacja jest obowiązkiem naukowców?

Nie każdy uczony, nawet najwybitniejszy, ma talent do popularyzowania nauki. Zmuszanie wszystkich naukowców do takich działań byłoby szkodliwe zarówno dla odbiorców, dla badań naukowych, jak i dla samej popularyzacji. Mogłoby negatywnie wpływać na społeczny odbiór nauki, pokazywać, że jest niezrozumiała i nudna. W przypadku grantów Narodowego Centrum Nauki jest wymóg tzw. popularnonaukowego streszczenia projektu. Czytam je z ciekawości i niestety w większości są one tak nudne, że na ich podstawie na opisywane badania nigdy nie przeznaczyłbym pieniędzy. Ale to nie oznacza, że są to złe badania, tylko że ktoś nie potrafi pokazać, jak bardzo są potrzebne i wartościowe. Natomiast organizacja działań popularyzatorskich powinna być obowiązkiem społeczności naukowych, np. katedry, instytutu czy uniwersytetu.

Czyli w ewaluacji nie należy uwzględniać popularyzacji?

A czemu nie? Ewaluujemy dyscypliny, a zatem osiągnięcia wspomnianych społeczności naukowych, na które oczywiście składa się dorobek poszczególnych jej członków. W ewaluacji można brać pod uwagę aktywność popularyzacyjną, ale na poziomie dyscypliny, instytutu, wydziału albo uniwersytetu. Nie powinniśmy natomiast nakładać tego obowiązku na wszystkich naukowców.

Z popularyzacją wiedzy po raz pierwszy spotkałem się już w latach 70. XX na pokazach z fizyki na UMCS. Chodziliśmy na nie całą klasą w czasie przeznaczonym na lekcje fizyki.

To mamy podobne wspomnienia. Poszedłem na studia z fizyki do Lublina głównie dzięki pokazom, o których pan mówi. Podjąłem decyzję, gdy w ciągu dwóch godzin zobaczyłem mnóstwo eksperymentów: kolorowych, wybuchowych, przeważnie prowadzonych z lekkością i humorem. Nawiasem mówiąc, mama ucieszyła się, że przyjechałem do tego miasta, bo tutaj mieszkała babcia i cała jej rodzina, podczas gdy większość kolegów z Białej Podlaskiej, skąd pochodzę, wybrała studia w Warszawie.

Na zajęciach w liceum była niewielka liczba eksperymentów, dlatego że zwykle na początku musiało być odpytywanie, potem rozwiązywanie zadań, a na opis zjawisk zostawało niewiele czasu. Tymczasem fizyka to nauka eksperymentalna, a doświadczenie jest największym magnesem, który do niej przyciąga. Do tego dochodzi oczywiście opis matematyczny, ale tym, co uwodzi, co jest najciekawsze, jest właśnie doświadczenie. Na przykład wrzucamy arbuza do wody i pytamy, czy zatonie. Większość ludzi mówi, że tak, bo jest bardzo ciężki. Tymczasem arbuz pływa po powierzchni. Ale to trzeba pokazać lub pozwolić komuś wykonać eksperyment samodzielnie, bo inaczej zjawisko, którego istnienie chcemy udowodnić, nie rozbudzi ciekawości słuchaczy. Chodzi nie tylko o efektowność, ale również o pokazanie, że doświadczenie może zaskakiwać, przedstawiając świat inaczej, niż się tego spodziewamy. Wkraczamy na ścieżkę zachwytu nad naturą, a dzięki temu nad fizyką.

Jednym z najbardziej znanych sposobów popularyzacji wiedzy są festiwale nauki. Dlaczego właśnie ta forma cieszy się dużym zainteresowaniem?

Festiwal – jak sama nazwa wskazuje – to święto, fiesta, zabawa. Festiwal nauki to wydarzenie popularnonaukowe, łączące naukę z zabawą, pokazujące w przystępnej formie badania oraz radość z odkrywania świata. Podczas Lubelskiego Festiwalu Nauki otwieramy drzwi swoich pracowni, laboratoriów i archiwów, głównie dla dzieci i młodzieży, ale wychodzimy także w przestrzeń miasta, organizując choćby Lubelski Piknik Naukowy na Placu Litewskim. Dzięki temu docieramy nie tylko do zorganizowanych, wcześniej zgłoszonych grup uczniów, ale także do przypadkowych przechodniów. Wszystko po to, żeby pokazać, że nauka jest fascynująca, a przy okazji bliska codzienności, otwarta i dostępna dla każdego. Z kolei twórców projektów festiwalowych zachęcamy, aby przygotowywali ciekawe zajęcia, które mogą zatrzymać uwagę i oczarować odbiorców.

Od dawna uczestniczy pan w Lubelskim Festiwalu Nauki?

Od samego początku. Podczas pierwszego festiwalu byłem jego koordynatorem na Wydziale Matematyki, Fizyki i Informatyki UMCS. Dziekan wyznaczył mnie do tego zadania, ponieważ często brałem udział w wykładach popularnonaukowych dla szkół, podczas których występowałem z eksperymentami. Kiedyś np. ożywiałem Frankensteina. Zrobiliśmy wielką kukłę, która leżała na stole przykryta prześcieradłem, a wyładowania elektromagnetyczne z generatora Van de Graaffa – setki tysięcy woltów, przeskakujące iskry – poruszały ręką odlaną z gipsu. Ludzie na sali niemal mdleli z wrażenia. Do dzisiaj mam tę „łapę”, którą zrobiła dla mnie córka.

Koordynatorem pierwszego festiwalu nauki był Dobrosław Bagiński, teoretyk sztuki, malarz i rzeźbiarz, który miał wyobraźnię plastyczną i przestrzenną oraz marzenie, żeby w centralnym punkcie miasta, na Placu Litewskim, powstała ogromna figura, np. pegaz symbolizujący naukę. Oczywiście środki finansowe na to nie pozwoliły, ale odbyła się jedna mała impreza plenerowa. Pamiętam uczucia towarzyszące nam podczas tej pierwszej edycji. To była mieszanka entuzjazmu i niepewności. Wtedy większość szkół wyższych nie chciała brać w tym udziału. W 2001 r. byliśmy tylko my, czyli UMCS, i ówczesna Akademia Rolnicza, ale też w niewielkim zakresie. Potem stopniowo dołączały inne uczelnie. W 2004 r. podpisaliśmy deklarację o powołaniu Lubelskiego Festiwalu Nauki jako cyklicznej imprezy popularyzującej naukę w społeczeństwie. Sygnatariuszami listu byli rektorzy UMCS, Akademii Rolniczej, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Politechniki Lubelskiej i Akademii Medycznej oraz dyrektor Instytutu Agrofizyki PAN. Chociaż dzisiaj festiwal odbywa się głównie w Lublinie, to staramy się, żeby był obecny w całym regionie, choćby w Zamościu, Chełmie, Białej Podlaskiej i Puławach.

Mam wrażenie, że festiwale nauki stały się imprezami masowymi. Ile osób w nich uczestniczy?

Rzeczywiście, to są teraz wielkie wydarzenia. Zwykle podczas jednego takiego festiwalu realizowanych jest ponad 1500 projektów. Na podstawie danych z poprzednich lat przewidujemy, że ok. 10–12 tys. osób weźmie udział w Lubelskim Pikniku Naukowym, ok. 30–40 tys. osób będzie uczestniczyło w projektach wymagających rezerwacji miejsc oraz tysiąc osób stacjonarnie i online w wydarzeniach specjalnych, tj. w 10 wykładach popularyzujących naukę i 5 panelach dyskusyjnych. W organizację festiwalu zaangażowanych jest kilka tysięcy osób – pracowników naukowych i administracyjnych oraz studentów. Przez ten wrześniowy tydzień nasze kampusy po przerwie wakacyjnej zaczynają tętnić życiem zanim jeszcze na dobre wrócą do nas studenci.

Czy uważa pan, że powinien powstać zawód popularyzatora?

W czasach, gdy studiowałem fizykę, istniał zawód demonstratora. Była to osoba, która przeprowadzała eksperymenty, one zawsze wychodziły jej poprawnie, a do tego spektakularnie. To nie takie proste pokazać na przykład, jak działają siły bezwładności i jednym ruchem wyciągnąć obrus spod zastawy stołowej, nie niszcząc jej. Kiedyś taki starszy pan, który był u nas na wydziale demonstratorem, tłumaczył mi, na czym to polega: szukamy stołu ze śliskim blatem i obrusa ze śliskiej tkaniny, następnie w odpowiednich miejscach ustawiamy na nim różne, najlepiej ciężkie przedmioty, sam ruch musi być bardzo szybki i zdecydowany, a obrus musimy trzymać za rogi i pociągnąć wzdłuż przekątnych, aby zapewnić właściwe napięcie materiału. Nawet w tak z pozoru prostym doświadczeniu trzeba pamiętać o wielu rzeczach i mieć pewną praktykę. Kiedy np. z butelki plastikowej z otworem w korku robi się rakietę, wstrzykując do środka metanol, też należy znać tajniki tego doświadczenia. Musimy bardzo dynamicznie wstrzyknąć tę substancję, żeby zrobił się z niej aerozol, tak jak w silniku. Trzeba także wiedzieć, w jaki sposób zbliżyć do otworu zapaloną zapałkę, aby nie poparzyć ręki, i żeby rakieta poleciała tam, gdzie chcemy ją skierować. Zatem są do tego potrzebne pewne kompetencje.

Czy nie jest tak, że przez masowość, przez tę wielką liczbę wydarzeń, tracimy świeżość festiwali nauki?

Gdyby to był ciągle ten sam odbiorca, to byśmy po prostu zanudzili siebie nawzajem. Ale cały czas udoskonalamy pokazy, choćby po to, żeby zachować świeżość i samych siebie nie zmęczyć. Poza tym na festiwal przychodzą wciąż inni ludzie, którzy widzą nasze prezentacje po raz pierwszy.

Jaki jest koszt organizacji Lubelskiego Festiwalu Nauki?

Koszty finansowe rozdzielamy pomiędzy uczelnie, różne instytucje naukowe i miasto Lublin, które jest nie tylko naszym wiernym partnerem, ale również zaangażowanym współorganizatorem. Co roku staramy się zapraszać nowe organizacje, które także wnosiłyby swój wkład. Ubiegamy się też o dofinansowanie z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, choć niestety nie zawsze udaje się je otrzymać. Płacimy głównie za materiały do pokazów, wynajem dużych sal, które nie są przestrzeniami akademickimi, za ochronę. Te wydatki często ponosimy w ramach działalności statutowej naszych jednostek. Największe są jednak koszty ludzkie. Musimy tak to zorganizować, żeby nie obciążać pracowników w kolejne weekendy czy po godzinach pracy, bo jeśli osoba prowadząca warsztaty czy doświadczenia jest przemęczona, nie będzie miała entuzjazmu i świeżości umysłu i nie wykona swojej pracy dobrze, nie rozbudzi ciekawości wśród odbiorców. Chcemy, żeby festiwal był świętem nauki i wspólną radością. Zależy nam na tym, żeby dzielić się entuzjazmem i zachęcać do samodzielnego odkrywania świata.

Czy w UMCS jest stała grupa koordynująca działania festiwalowe?

Dobrym duchem festiwalu, koordynatorem uczelnianym na UMCS jest dr Monika Baczewska-Ciupak. Każdy wydział oraz jednostki takie jak np. Biblioteka Główna UMCS czy Akademickie Centrum Kultury i Mediów UMCS Chatka Żaka mają swojego koordynatora. Czasem dana osoba pełni tę funkcję przez lata, a na niektórych wydziałach pracownicy zmieniają się co roku. Jest to grupa ludzi pełnych energii i pasji, co dobrze wróży, bo przecież nie możemy przekazać komuś tego, czego sami nie mamy. Festiwal nauki służy zaprzyjaźnianiu otoczenia i społeczeństwa z nauką, naszą działalnością i nami – pracownikami uczelni i instytucji naukowych. Myślę, że gdyby świadomość faktu, że nauka jest bardzo ważna, była większa, to mielibyśmy mniejsze problemy w rozmowach z politykami o tym, żeby „nie głodzić” tego obszaru działalności państwa.

Czy festiwal i bezpośredni kontakt z młodzieżą przekłada się także na rekrutację?

Na pewno ma swoje przełożenie na wyniki rekrutacji, choć nigdy tego nie badaliśmy. Widzę to np. na kierunkach ścisłych, jak chemia czy fizyka. Osoby składające dokumenty często mówią wprost, że nasze pokazy były jednym z motywów podjęcia decyzji o takich studiach i to właśnie w Lublinie. Chociaż nasz cel jest o wiele większy niż tylko reklama studiów. Przede wszystkim zależy nam na propagowaniu nauki i rzetelnej wiedzy o świecie po to, aby społeczeństwo stawało się bardziej racjonalne i świadome. Chcemy, zgodnie z tym jak brzmi hasło tegorocznego LFN, pokazywać, że ciekawość to vis vitalis nauki.

Od lat robimy bardzo dużo w zakresie popularyzacji nauki – to już całe pokolenie „poddane” systematycznej popularyzacji. Ale społeczeństwo wcale nie stało się przez to bardziej racjonalne.

Bo może nie robimy tego w sposób optymalny. A może po prostu nauka to nie wszystko. Staramy się być coraz lepsi, ale też musimy zdawać sobie sprawę, że procesy społeczne toczą się zupełnie innymi torami. Coraz mniej osób w ogóle chce iść na studia, coraz częściej spotykamy się z tym, że pierwsza trudność, większy egzamin sprawiają, że młodzi rezygnują z kształcenia. To pokazuje, że są już zupełnie innymi studentami niż ci, którzy byli 30 lat temu. Myślę, że teraz życie bez studiów jest łatwiejsze. Można sobie na to pozwolić. Kiedyś wyglądało to nieco inaczej. Z pewnością młodzi ludzie, tak dawniej, jak i obecnie, mają potężne zasoby otwartości i ciekawości poznawczej i naszym zadaniem jest „skontaktowanie się” z tą ich wrażliwością.

Jaki będzie najbliższy festiwal? Co czeka nas w Lublinie we wrześniu?

Tradycyjnie chcemy, żeby to było masowe poruszenie i święto nauki. 20 września gościem wielkiej imprezy plenerowej – Lubelskiego Pikniku Naukowego na Placu Litewskim – będzie światowej klasy paleontolog dr Grzegorz Niedźwiedzki z Uppsala University.

Podczas LFN będą miały miejsce również wydarzenia specjalne: wykłady wybitnych specjalistów, światowej klasy popularyzatorów nauki z kraju i zagranicy, a także dyskusyjne panele eksperckie. Wśród zaproszonych prelegentów są m.in.: prof. Jerzy Bralczyk – językoznawca i popularyzator wiedzy o języku polskim, prof. Andrzej Dragan – fizyk kwantowy i artysta, dr Irving Leonard Finkel – angielski filolog i asyriolog, kurator British Museum oraz prof. Włodzisław Duch – fizyk zajmujący się zagadnieniami z pogranicza informatyki, fizyki i kognitywistyki. Na uczestników czeka ponad 1500 projektów popularyzujących naukę: wykładów, warsztatów, pokazów, gier edukacyjnych i naukowych, wystaw itp.

Na koniec warto przytoczyć ciekawostkę organizacyjną. Zapisy na projekty festiwalowe rozpoczęły się 25 czerwca o godz. 12.30. Termin jest symboliczny, ponieważ tego samego dnia w 1903 r. odbyła się obrona pracy doktorskiej Marii Skłodowskiej-Curie pt. Badanie ciał radioaktywnych. Ponadto w tym samym roku nasza patronka otrzymała wraz z mężem Nagrodę Nobla za badania nad radioaktywnością.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Zachęcamy do odwiedzania strony internetowej festiwalu: www.lubelskifestiwalnauki.eu.„Forum Akademickie” jest patronem medialnym Lubelskiego Festiwalu Nauki

Wróć