logo
FA 6/2026 życie naukowe

Marta Wróblewska

Ucieczka od niepewności – w ramiona punktozy

Ucieczka od niepewności – w ramiona punktozy 1

Rys. Sławomir Makal

Jako społeczeństwo dążymy do unikania ryzyka oraz do stabilizacji norm za wszelką cenę. W konsekwencji, podchodzimy rygorystycznie do przepisów, oczekując jasnych i jednoznacznych instrukcji. Unikamy sytuacji niedookreślonych, generujących ryzyko.

W tym roku akademickim składałam aplikacje w dwóch programach dla młodych naukowców. Ubiegałam się o Stypendium MNISW dla wybitnych młodych naukowców i grant Lider Up z NCBR-u. W obydwu przypadkach proces aplikacji był czasochłonny, a aplikacja została mi zwrócona przez instytucję do poprawy. Czy chodziło o uzupełnienie szczegółów moich projektów badawczych, uzasadnienie wkładu do rozwoju dyscypliny lub inne informacje niezbędne do merytorycznej oceny mojego profilu? Nie, za każdym razem poprawki dotyczyły aspektów formalnych. W jednym przypadku musiałam umieścić podpis kwalifikowany na załączonych dyplomach, w drugim przesłać dodatkowe potwierdzenie odbytego lata temu stażu.

Łatanie formalnych dziur

Nie skarżę się na proces aplikowania o środki na naukę jako taki. Nie przeszkadza mi żmudne opracowywanie nowego projektu, pogłębianie znajomości literatury czy nawet praca nad budżetem, matrycą ryzyk itd. To wszystko są elementy pracy naukowej, które, niezależnie od ostatecznego wyniku procesu, wzmacniają mnie jako badaczkę. Zadaję sobie jednak pytanie, czy rzeczywiście najlepszą inwestycją czasu naukowców, a także pracowników instytucji państwowych jest skrupulatne dokumentowanie każdego stwierdzenia w każdym CV?

Jedna z instytucji nie chciała mi uwierzyć na słowo, że jestem współautorką artykułów, w których figuruje moje nazwisko. Musiałam zebrać podpisane deklaracje współautorów, którzy potwierdzali mój „wkład procentowy” w dane dzieło. Inna jednostka nie zaakceptowała zrzutu ekranu ze strony unijnego programu, który wskazywał, że zatwierdzono raport z odbytego stażu. Musiałam zdobyć opieczętowane zaświadczenie od koordynatora. A to wszystko na etapie aplikacji – jeśli nie dostanę grantu, wysiłek mój oraz instytucji poświęcony na papierologię można uznać za zmarnowany.

Dla porównania, w tym samym roku aplikowałam (z sukcesem) o mały grant badawczy od prywatnej brytyjskiej firmy zarządzającej danymi. Aplikacja miała cztery strony długości. Nie musiałam załączać ani dyplomów, ani oświadczenia instytucji o zatrudnieniu, ani potwierdzenia autorstwa artykułów. Umówmy się: wszystkie te rzeczy dość trudno byłoby mi sfingować. Zaoszczędzony czas zarówno ja, jak i pracownicy firmy możemy przeznaczyć na merytoryczną pracę nad projektem. Sam proces oceny trwał zaś dwa miesiące, a nie sześć do dziesięciu.

Tęsknota za wskaźnikami

Ucieczka od niepewności – w ramiona punktozy 2

Wykres 1

Głęboki brak zaufania między polskimi instytucjami a obywatelami jest widoczny w wielu aspektach życia naukowego. Przykładem jest trzecie kryterium ewaluacji, czyli wpływ społeczny. W toku moich badań nad instytucjonalizacją tego pojęcia dość często spotykałam się z zarzutem „uznaniowości” oceny wpływu społecznego. Wiele osób twierdzi, że kryterium należałoby „owskaźnikować”, a ocenę uczynić bardziej obiektywną. Tymczasem już teraz ocena wpływu społecznego w dużej mierze opiera się na aspektach formalnych (zgodność dokumentu głównego z załącznikami). Dwa kryteria oceny ujęto zaś w sztywne ramy punktowe. Odeszliśmy daleko od modelu jakościowej oceny eksperckiej, w który pierwotnie miało wpisywać się to kryterium. W efekcie „miękką” materię, jaką są relacje jednostek z zewnętrznymi podmiotami, interakcje, przepływ wiedzy i inspiracji, na siłę wciskamy w sztywny gorset formalizmów.

Czy jednak jedyną alternatywą wobec wskaźników i punktów jest zdanie się na „arbitralną” ocenę ekspertów? Absolutnie nie! W ramach jednego z moich projektów prowadzę obecnie wywiady z pracownikami uczelni dotyczące ewaluacji w trzecim kryterium. Respondenci zgodnie potwierdzają, że im dłużej pracują w przestrzeni pomiędzy badaniami naukowymi a ich wdrożeniem, tym ostrzejszy staje się ich „zmysł dostrzegania wpływu”. To zjawisko znane naukom społecznym pod nazwą „professional vision”. Tak jak księgowy w mig dostrzega błąd w PIT-cie, a nauczyciel wypracowanie napisane przez AI, tak ekspert od wpływu potrafi niemal bezbłędnie oddzielić realny wpływ od tego „napompowanego” na potrzeby ewaluacji. Co więcej, widzi też obszary badań, w których tkwi potencjalny wpływ, czekający na wdrożenie.

Właśnie dlatego w Wielkiej Brytanii – „ojczyźnie” ewaluacji wpływu społecznego – stawia się nie na obudowywanie ewaluacji kolejnymi wskaźnikami, a na tworzenie wokół tego obszaru działalności „infrastruktury”. Większość uniwersytetów ma już dziś oddzielnych specjalistów od wpływu (niekiedy całe zespoły), którzy wspierają badaczy przez cały cykl ewaluacji, a nie tylko poganiają na „ostatniej prostej”. Wyniki ewaluacji skrupulatnie się analizuje, żeby wychwycić niewykorzystane jeszcze szanse na wpływ i zainspirować się osiągnięciami konkurencji. Opowieści o własnych sukcesach wykorzystuje się zaś marketingowo. Tymczasem ogromna baza danych o wpływie społecznym polskiej nauki, jaką jest RAD-on, leży niewykorzystana. Jako sektor podeszliśmy do ewaluacji wpływu społecznego jak mało ambitny student, na zasadzie: zakuć, zdać, zapomnieć.

Dążenie do stabilizacji (za wszelką cenę)

Teoretycznie nikt nad Wisłą nie chce punktozy. Każdy widzi jej absurdy. Bo sztywne regulacje, listy czasopism oraz KEN-owskie przewodniki nie przystają do zniuansowanej rzeczywistości. Ale z drugiej strony wzdrygamy się przed oddaniem władzy w ręce ekspertów. No bo kto ich wybiera? Kto ich szkoli? Jest dużo wątpliwości (które i ja podzielam).

Istnieje naukowe wyjaśnienie tego „rozdwojenia jaźni”. Dużo można wyczytać ze słynnej matrycy wymiarów kultury psychologa Geerta Hofstede. Polska ma wyjątkowo wysoki wynik w wymiarze „unikania niepewności” (UAI). Co to oznacza? Że jako społeczeństwo dążymy do unikania ryzyka oraz do stabilizacji norm za wszelką cenę. W konsekwencji, podchodzimy rygorystycznie do przepisów, oczekując jasnych i jednoznacznych instrukcji. Unikamy sytuacji niedookreślonych, generujących ryzyko. Społeczeństwa, które mają niski wynik w wymiarze niepewności, podchodzą do przepisów bardziej elastycznie i są bardziej otwarte na ich zmianę.

Wykres 1 (źródło danych: https://www.theculturefactor.com/) zestawia wynik Polski w wymiarze UAI z wynikami innych państw, które wprowadziły ewaluację „wpływu społecznego”: Australią, Zjednoczonym Królestwem, Norwegią i Hongkongiem. Wykres jest spójny z wynikami moich własnych badań. W krajach o niskim UAI ewaluacja wpływu społecznego jest przedsięwzięciem służącym przede wszystkim udzieleniu informacji zwrotnej i planowaniu strategicznych zmian. W krajach o wysokim UAI staje się narzędziem kontroli i dyscypliny.

Temat aż prosi się o pogłębienie. Warto by przyjrzeć się danym z projektu GLOBE, który niuansuje wymiary Hofstedego, zestawiając status quo i stan pożądany. To rzuciłoby światło na kwestię czy trzymamy się sztywno zasad, bo uważamy że tak być powinno, czy może jednak chcielibyśmy mieć więcej elastyczności? Można też pochylić się nad przykładem Ukrainy, która ma bardzo zbliżony do Polski profil w wymiarze unikania niepewności i także niedawno wprowadziła ewaluację wpływu społecznego. Chętnie przeprowadziłabym szerszą analizę. Może nawet wyniki zainteresowałyby twórców polityk ewaluacyjnych? Ale, ale… wzywają mnie moje papiery!

Marta Wróblewska – filozofka, doktor językoznawstwa. Impact Ninja. Adiunkt w Instytucie Nauk Humanistycznych Uniwersytetu SWPS. Autorka poradnika „Jak napisać opis wpływu społecznego”.

Wróć