logo
FA 6/2026 prawda w nauce, prawda w historii

Sebastian Adamkiewicz

Mikroskop z opcją wehikułu czasu

Sposoby docierania do prawdy w historii


Mikroskop z opcją wehikułu czasu 1

Rys. Sławomir Makal

Podważenie narracji jako głównego celu historycznej opowieści, sprawiło, że historia stała się nauką, której celem było stworzenie metodologii audytu przeszłości i wyjaśniania, jak ona naprawdę wyglądała.

Paweł Edelman opowiadał niegdyś anegdotę o Andrzeju Wajdzie. Reżyser zamiłowany w pejzażach i scenach plenerowych, dostrzegający w przyrodzie wielką tajemnicę świata i wdzięczny obiekt do fotografowania, mniej przepadał za pracą z aktorami. Gdy zbliżały się sceny wymagające obecności grających, mawiał: „Widzisz Pawełku, a teraz przyjdą aktorzy i wszystko nam zepsują”. Historyk może być w tej anegdocie właśnie takim niechętnie widzianym aktorem, który wchodząc na scenę dysput i sporów, wszystko wszystkim psuje nieustanną tęsknotą za prawdą. Ta zaś nie zawsze jest efektowna, ucieka wyobrażeniom, archetypom i oczekiwaniom, jest kamieniem w bucie, za małą marynarką dla rozbuchanego ego.

Gdyby bowiem próbować zdefiniować pojęcie historyka, to jest to badacz, którego celem jest ustalenie, jaki był przebieg przeszłości. Odwołując się do klasycznej definicji prawdy, dziejopis winien dokonywać możliwie dokładnej rekonstrukcji przeszłej rzeczywistości. Nie jest to zadanie łatwe, bo o ile arystotelesowska koncepcja wydaje się adekwatna do oceny teraźniejszości, o ile stwierdzenie co jest rzeczywistością, kiedy nie możemy jej obejrzeć i przeżyć, jest już dużo trudniejsze, a czasem wręcz awykonalne.

Problem źródeł

Historyk działa na ograniczonym zasobie materiału, jego sukces badawczy uzależniony jest w dużej mierze od tego, na ile czas i zdarzenia pozwoliły przetrwać materiałom, które służyć mogą do złożenia skomplikowanej układanki dziejów. Swoje badania dziejopis opiera w dużej mierze na źródłach pisanych. Są to nie tylko dokumenty, akty urzędowe, ale też wspomnienia czy korespondencja prywatna. Oczywiście każde z tych źródeł naznaczone jest subiektywizmem. Nawet dokument nie zawsze może odzwierciedlać rzeczywistość. Już od czasów tzw. donacji Konstantyna, która rzekomo miała być dowodem na nadanie przez cesarza licznych przywilejów Kościołowi Rzymskiemu i samemu papieżowi, a po latach okazała się fałszerstwem, wiadomo że do oceny wiarygodności dokumentu potrzebna jest analiza krytyczna, która pozwala sprawdzić, na ile może być on podstawą do stwierdzenia zaistnienia faktów. Historyk musi zatem sprawdzić wszystkie cechy zewnętrze dokumentu: materiały z jakich jest wykonany, pismo, język czy znaki specjalne. Ważna jest także zawarta treść, np. czy zgadza się z przyjętymi w danym czasie formami, czy nie była kwestionowana już w czasie powstania itp.

Problem tkwi jednak nie tylko w samym dokumencie, ale także dostępie i zachowaniu źródeł. Wojny, konflikty, czasem przypadek czy zwyczajna ignorancja ludzka, sprawiają, że potencjalne materiały badawcze znikają z powierzchni ziemi. Czasem bezpowrotnie, jak chociażby w wyniku pożaru w Archiwum Głównym Akt Dawnych w czasie powstania warszawskiego, a czasem odnajdywane są cudem, jak chociażby akt renowacyjny miasta Łodzi z 1433 roku, który znalazł się w… prywatnych papierach jednej z rodzin. Akt wyniesiony został w latach 20. ubiegłego wieku z Archiwum Diecezjalnego we Włocławku, później trafił najpewniej do ks. Jana Dzioby, a następnie „odziedziczony” został przez jego najbliższych. Być może nigdy by go nie odnaleziono, gdyby nie przypadek i dociekliwość Krzysztofa Laszkiewicza, regionalisty z Głowna, który przeglądając papiery rodzinne znalazł ów łaciński pergamin. Przykładów dokumentów znajdowanych jako zakładki w książkach, owiniętych w niewłaściwe obwoluty, będących fragmentami większej całości, jest więcej. Najsłynniejszym „cudownym” znaleziskiem pozostają np. słynne zwoje z Qumran, odkryte dzięki temu, że pewien beduiński pasterz, chcąc odnaleźć swoją kozę, wrzucił do szczeliny skalnej kamień. Dźwięk tłuczonego glinianego tworzywa zaciekawił go. Okazało się, że w dzbanach zachowanych było blisko 900 zwojów zawierających teksty biblijne gromadzone przez sektę esseńczyków. Dzięki temu odkryciu prześledzić można było, na ile późniejsze kopie były zmieniane i modyfikowane.

Historyk musi pogodzić się jednak z faktem, że do wielu źródeł dostępu nie ma albo są one fragmentaryczne. Dużo łatwiej jest np. zbadać przeszłość z perspektywy elity, która pozostawiła po sobie świadectwa, niż przeciętnego człowieka. Z kolei poznawanie świata za pomocą np. ksiąg sądowych lub kronik kryminalnych w gazetach, może budować wypaczoną i sensacyjną jego wizję. Czy ktoś wyobraża sobie na przykład, żeby opinię o latach 20. XXI wieku budować wyłącznie na podstawie okładek brukowców albo nawet najpopularniejszych serwisów informacyjnych? Przecież zarówno ich forma, jak i dynamika z góry skazują na dobór wiadomości wzbudzający sensację czy emocje. Pokazują zaledwie starannie dobrany wycinek rzeczywistości. Przestrogę o tym, że dobór źródeł może budować mylne przekonanie o rzeczywistości, zawarł Władysław Łoziński w swojej niezwykle popularnej książce Prawem i lewem. Oparta na staropolskich aktach sądowych z Rusi Czerwonej, bywa do dziś traktowana przez niektórych jak papierek lakmusowy obyczajowości dawnej Rzeczpospolitej, podczas gdy sam autor upominał we wstępie, by być ostrożnym przy wyciąganiu zbyt daleko idących wniosków.

Apoteoza i świadectwo

Problemy ze źródłami powodują, że w historii wiele jest białych plam i wydarzeń, o których albo niczego się nie dowiemy, albo trudno będzie powiedzieć o nich cokolwiek nowego. Na pomoc historykom przychodzą oczywiście inne dziedziny nauki: badania genetyczne, chemia, biologia, archeologia, medycyna czy nawet osiągnięcia w rozwoju sztucznej inteligencji, ale nadal dziejopis musi bazować na tym, co ci, o których chce pisać, mu pozostawili. Ludzie i los bywają krnąbrni i bezwzględni, czyniąc często z pracy dziejopisa syzyfowe zajęcie.

Zanim odpowiem na pytanie, po co historyk chce dociec do prawdy, trzeba by było postawić inne: czy historia u swych początków w ogóle była narzędziem prawdy albo w jakim stopniu? Jaki był motyw tego, że ludzkość czuła potrzebę dowiadywania się, co było w przeszłości? Żeby spróbować odpowiedzieć na te pytania, warto sięgnąć do pierwszej książki uznawanej przez historiografię za symboliczny początek historii – Dziejów Herodota. We wstępie autor wyjaśnia nam motywy, dla których podjął się jej napisania. W pierwszym zdaniu grecki pisarz stwierdza, że czyni to, żeby dzieła Greków i Persów (określonych mianem barbarzyńców) nie zostały zapomniane. Dziejopis dostrzega, że ludzka pamięć jest zawodna, że szybko wyrzuca to, co uznaje za zbędne. Istniało zatem w Herodocie usilne pragnienie, by zgromadzić w jednym miejscu wszystko to, co w jego opinii wymagało utrwalenia. U źródła tej potrzeby stał nieskrywany podziw dla ludzkości jako takiej. Dzieła ludzkości, które Herodot uznaje za warte zapisania, są chwalebne i godne podziwu. Wydaje się zatem, że w Dziejach zawarte jest pragnienie apoteozy człowieczeństwa. W przeciwieństwie do dawniejszych opowieści i mitów człowiek nie jest w jego opowieści wyłącznie narzędziem w rękach bogów, ale istotą twórczą, której dzieło należy utrwalić.

Jak twierdzą historycy, Herodot materiały do swojego dzieła zbierać zaczął w 450 r. p.n.e. Nie jest to informacja bez znaczenia. Ukrywa motyw, który mógł wzbudzić potrzebę spisania wyżej wspomnianych „wielkich dzieł”. Był to przecież czas końca wojen perskich. Ich zakończenie mogło generować poczucie niezwykłości, przełomowego momentu historii. Grecki świat triumfował nad imperium ze Wschodu, które jeszcze na początku stulecia zdawało się być niezwyciężone. Dodatkowo żyli jeszcze bohaterowie spod Maratonu, Salaminy czy Platejów. Atmosfera tryumfu mogła zatem sprzyjać potrzebie podsumowań, zarejestrowania świata. Wpływ wojen jest zresztą przez samego Herodota odnotowany. Wśród motywów spisania Dziejów wymienia przecież także chęć analizy przyczyn tych konfliktów.

Autor zatem chce napisać Dzieje, bo jest pod wpływem emocji każącej mu myśleć, że jest oto świadkiem przełomu historii. Tym co wprowadza go w ten nastrój, jest zakończenie wojen perskich, które były zdarzeniem tak istotnym dla greckiej wspólnoty, że z jednej strony Herodot ma potrzebę odnotowania wydarzeń, a z drugiej wyjaśnienia przyczyn tego, co się wydarzyło. Jest natomiast jeden element, który spaja wszystkie te przyczyny. To ciekawość. Ona skłania autora do dalekich podróży, gromadzenia materiałów, notowania wysłuchanych opowiadań. Właśnie to zbieranie z ciekawości określone jest przez Herodota słowami „historíēs apódexis”, które dosłownie przetłumaczyć można jako „przedstawienie dociekań” lub bardziej współcześnie „ogłoszenie wyników śledztwa”. Samo „histor” oznaczało zaś świadka, tego, który widział. Nie było to zatem śledztwo przypadkowe, lecz polegające na wysłuchaniu świadków. Sprowadza się do roli odnotowującego wypowiedzi innych. Dzieje tym samym stają się przykładem wielogłosu pragnącego opowiedzieć otaczający świat. Metoda ta skutkuje tym, że choć Herodot nie chce opowiadać bajek, to w gruncie rzeczy część z legend przekazuje. Taką jest np. opowieść o poselstwie perskim do króla Amyntasa wytraconym przez Aleksandra Macedońskiego. Obok wymiaru dydaktycznego (Persowie mieli stracić życie za próbę gwałtu na greckich kobietach), opowieść miała charakter tożsamościowy. Podkreślała, że Macedończycy – wbrew opinii niektórych – są związani z kulturą grecką i mają do niej prawo. Z jednej więc strony Herodot miał zatem ambicje stworzenia dzieła w oparciu o świadectwa, ale nie uniknął umieszczania w historii opowieści bardziej przypominających literacki wymysł. Czasem zaznaczał co prawda, że nie we wszystkie wierzy, ale nie dokonywał ich krytycznego rozbioru.

Dziadek przy ognisku

Widoczny jest w tym pierwotny cel historii rozumianej przede wszystkim jako opowieść o przeszłości. Opowieść ta nie musi być prawdziwa w pełni, lecz na ogół zawiera w sobie elementy prawdy lub opowiada o jakieś prawdzie, którą zdefiniować można jako mądrość, pokazanie świata, jakim jest. Traktuje ona przeszłość jako czas świata doskonałego, w którym osadzone są – jak w platońskiej jaskini – zdarzenia i rzeczywistości idealne. Doskonale pasuje do tego użyta kiedyś przez Konstantego Geberta alegoria ogniska i dziadka. Polski reportażysta stwierdził w rozmowie ze mną, że początek wszelkiej historii wziął się od ogniska, przy którym siadali przedstawiciele plemienia i wysłuchiwali się w opowieść najstarszego, który snuł narrację o tym, jak to bywało za czasów jego młodości. Ten przykład był konstytutywny dla słuchających, pokazywał, jaki ma być świat. Dawał fundament obyczajom i pierwotnym prawom, zwłaszcza w strukturach niemonarchicznych. Tam zaś, gdzie monarchia się ukształtowała, dawał jej przyrodzone prawo do władzy.

Myśl Geberta była oczywiście próbą zamienienia realnego procesu w sielski obrazek, być może wcale nie odbiegający od rzeczywistości. Jej odzwierciedlenie widać jednak w historii. Tożsamościowotwórcze są np. historyczne księgi tzw. Starego Testamentu, których główny kanon – jak twierdzi prof. Niesiołowski-Spanò – kształtować miał się w okresie niewoli babilońskiej, czyli czasie silnego budowania odrębności żydowskiej, zarówno religijnej, jak i czerpiącej z rzekomego doświadczenia historycznego. Nawet jeśli odrzucilibyśmy tezę warszawskiego historyka, to nie można zaprzeczyć, że w kulturze żydowskiej księgi ukazujące prawdziwą lub koloryzowaną historię Izraela służyły konstruowaniu własnej wyjątkowości. Nazwać można to narracyjną funkcją historii. Historia nie jest w niej badaniem tego, co było, ale opowieścią, która ma praktyczny wymiar scalania wspólnoty. Zespalać może co prawda wspólny cel, ale przeszłość, którą trudno jest zweryfikować, może być dodatkowym spoiwem.

Funkcjonują zatem jakoby dwie historie: ta, która jest badaniem i dociekaniem jak było, oraz ta, która jest opowieścią korzystającą z przeszłości jako instrumentu do sankcjonowania teraźniejszości. One ścierają się u Herodota, który z jednej strony deklaruje ciekawość i chęć stawiania pytań i szukania odpowiedzi, z drugiej zaś wiele historyjek tożsamościowych powtarza. Ten sposób uprawiania historii utrwalił się w kolejnych epokach. Doskonałym przykładem jest chociażby nasza rodzima kronika Galla Anonima, która z jednej strony próbuje być zbiorem spisanych faktów, z drugiej zaś jest konstruktem literackim niosącym klarowny cel zbudowania mitu Bolesława Krzywoustego jako historycznego dziedzica dwóch wielkich Bolesławów na polskim tronie. Opowieść autora nie stroni od legend dydaktycznych, takich jak chociażby ta o Popielu, choć niewykluczone, że jest one także echem zbiorowej pamięci o jakimś dziejącym się przed latami buncie, który splótł się w dramatyczną bajkę o złym władcy pozbawionym życia przez myszy. Taką rolę pełniły też zamawiane przez rodziny możnowładcze panegiryki czy herbarze. Jasne, częściowo próbowały rekonstruować prawdę, ale jeśli jakaś narracja zdawała się atrakcyjna, to bezwiednie ją powtarzały. Ciekawym przykładem są teksty powstające ku czci rodu Firlejów. Bogaty ród małopolski, odgrywający niezwykle ważną role w Królestwie Polskim w XVI stuleciu, stworzył rękoma swoich panegirystów interesującą legendę rodzinną opartą na kulcie trzech mężczyzn: Mikołaja, Piotra i Jana Firlejów. Mikołaj był wzorem wojownika, Piotr gospodarza, a Jan polityka. Opisywano tym samym cnoty kardynalne, którymi winni odznaczać się synowie magnaccy. Czy opowieść ta była całkowicie zmyślona? Nie, ale z pewnością twórczo dobierała fakty, odpowiednio je przedstawiała, a niektóre sprawnie napełniała znaczeniem i doniosłością. Utworami na pograniczu literatury i dzieła prenaukowego są też kroniki Kadłubka czy Jana Długosza, a także wiele innych dzieł mających ambicję przedstawienia dziejów Polski, ale z jasno określonym przesłaniem.

Konfrontacja źródeł

W XIX wieku ukształtował się w historiografii nurt krytyczny, który tym różnił się od dotychczasowego uprawiania historii, że poszedł krok dalej niż Herodot. Już nie tylko powątpiewał w prawdziwość niektórych opowieści, ale pokusił się o to, aby wyjaśnić, dlaczego wątpi, biorąc oczywiście pod uwagę to, że próba falsyfikacji nie zawsze zakończy się sukcesem. To podważenie narracji jako głównego celu historycznej opowieści, sprawiło, że historia stała się nauką, której celem było stworzenie metodologii audytu przeszłości i wyjaśniania, jak ona naprawdę wyglądała. Można wręcz powiedzieć, że historiografia krytyczna wypracowała metody rozbrajania narracji poprzez ich skrupulatne sprawdzanie i podważanie.

Nie oznacza to, że przestały one istnieć. Historycy – nawet ci, którym nie można zarzucić tendencji bajkopisarskich oraz docenić należy ich wkład w naukę – wpadali w pułapkę nadmiernego „zawierzania świadkom”. Władysław Konopczyński, doskonały dziejopis, autor kilkudziesięciu książek i biogramów w Polskim Słowniku Biograficznym, opisując panowanie Michała Korybuta Wiśniowieckiego stworzył zdanie, które na trwale przylgnęło do tego władcy i trafiło nie tylko do obiegu naukowego, ale także pod strzechy. Niemal każdy wie przecież, że król był człowiekiem znającym siedem języków, ale w żadnym z nich nie miał nic do powiedzenia. Dopiero po latach na twardą polemikę z tym określeniem zdobyła się prof. Ilona Czamańska, która w książce Wiśniowieccy. Monografia rodu wskazuje, że oskarżenia tego typu miały charakter czarnego PR, tworzonego przez niechętną monarsze grupę malkontentów, a zarzut o brakach intelektualnych pomimo obfitego wykształcenia językowego pojawiał się w ich paszkwilach. Konopczyński zawierzyć mógł zatem nie tyle swej intuicji badacza, co językowi źródeł, z których korzystał. Uwierzył tej narracji i puścił ją dalej, nadając jej stosowny rozgłos.

Mikroskop z opcją wehikułu czasu 2

Rys. Sławomir Makal

Innym ciekawym przykładem walki z narracjami jest sprawa łódzkiego prezydenta okresu międzywojennego, Aleksego Rżewskiego. Przez lata historycy próbujący opisać jego życie korzystali głównie ze spisanych przez niego wspomnień, traktując je często jako wyrocznię. Rżewski opisuje swoje barwne życie, działalność w PPS, udział w walkach rewolucyjnych, aresztowania, podróże. Sęk w tym, że nie zawsze trzyma się faktów lub… ma do nich bardzo swobodne podejście. Tak wynika przynajmniej z najnowszych badań historyków, w tym łódzkiego regionalisty Wojciecha Źródlaka i prof. Jarosława Kity, którym udało się podważyć szereg opowieści spisanych w autobiografiach, m.in. dotyczących rzekomej podróży na zachód Europy. Te badania pozwoliły spojrzeć na pamiętniki Rżewskiego nie jako na życiorys, ale formę literacką, która obok przekazania niektórych faktów miała także zadania autokreacyjne i mitotwórcze w odrodzonej II RP.

Kluczem do analizy krytycznej narracji jest przede wszystkim konfrontowanie możliwe dużej ilości źródeł i stawianie im pytań. Historyk nie może zatem poprzestać na jednym źródle, lecz znaleźć możliwie dużą ich ilość, tak aby kontrolować pozyskanie treści. Doskonałym przykładem takiej analizy jest książka Mariana Plezi Sprawa św. Stanisława, fascynujące śledztwo, w którym autor dokonuje skrupulatnej i koronkowej analizy różnego rodzaju źródeł. Sięga do wiedzy medycznej, językowej, archeologicznej. Rozkłada teksty na czynniki pierwsze, próbując oddzielić prawdę od mitu. Lektura przypomina wzorowe prokuratorskie śledztwo, w którym każda poszlaka może być brakującym elementem układanki.

Oczywiście dekonstruowanie narracji nie służy wyłącznie ośmieszaniu czy deprecjonowaniu ich autorów czy wyznawców. Służyć winno przede wszystkim lepszemu poznaniu człowieka, jego marzeń, pragnień, sposobów budowania prestiżu, autokreacji czy uprawiania polityki. Wrócić należy tym samym do Herodota, który swoje Dzieje pisał z fascynacji nad człowieczeństwem. Każde poszukiwanie prawdy winno się zaczynać od takiego zachwytu, który następnie rodzi pytanie, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Tym samym, tak jak biolog bada człowieka pod kątem działania jego organizmu, tak historyk pod lupę bierze jego zachowania, przyglądając mu się przez mikroskop z wbudowaną opcją wehikułu czasu.

Rzecz jasna dochodzenie do prawdy nie jest tylko funkcją zachwytu, ciekawości czy dekonstrukcji. Ma także wymiar czysto utylitarny. Od jesieni 2025 roku zasiadam w Niezależnej Komisji Historycznej ds. Nadużyć Seksualnych w Archidiecezji Łódzkiej. Jej cele są czysto praktyczne: określenie skali przestępstw i odnalezienie ewentualnych pokrzywdzonych. Już na obecnym etapie badań można stwierdzić, że przyszły raport będzie zawierał szereg porad praktycznych dotyczących funkcjonowania instytucji, prowadzenia działalności formacyjnej czy narzędzi kontroli. Docieranie do prawdy może budować także elementarne poczucie sprawiedliwości czy pomagać w kształtowaniu wiarygodności.

W analogiczny sposób misje historyków rozumieją ofiary drugowojennych represji lub ich rodziny. Gdy w moich rodzinnych Pabianicach odsłaniano pomnik ofiar likwidacji tamtejszego getta, uświadomiłem sobie, że przywracając imiona pomordowanych, działamy wbrew reżimowi, który chciał ich pozbawić życia. Zagłada przewidywała przecież nie tylko fizyczny mord, ale też pozbawienie człowieczeństwa i pogrążenie w zapomnieniu. Praca historyka może mieć w tym wymiarze znaczenie doniosłe, bo służące odwróceniu zła, jakie dokonało się ludzkimi rękoma.

Ostatecznie jednak warto wrócić do wspomnianej alegorii dziadka i ogniska. Zadaniem naczelnym historyka jest opowieść. Od potrzeby słuchania wszystko się przecież zaczęło. Wtórnym jest już wszystko to, co z przyjętą informacją robiono. A jeśli istotą dobrej opowieści jest to, aby była ciekawa, to przecież prawda o człowieku bywa najciekawsza, choć czasem tak trudno do niej dotrzeć.

Dr Sebastian Adamkiewicz, kustosz Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, członek Niezależnej Komisji Historycznej ds. Zbadania Nadużyć Seksualnych w Archidiecezji Łódzkiej

Wróć