logo
FA 6/2026 życie akademickie

Marek Przybylski

Jak robić więcej i lepiej za mniej

Granty jako panaceum na wszystko
 Cz. II


Jak robić więcej i lepiej za mniej 1

Rys. Sławomir Makal

Dobre pomysły podstawowe, innowacje, zaawansowane technologie etc. są jedynym remedium na dalszy rozwój naszego kraju i zbliżanie się do PKB per capita typowego dla takich krajów jak Niemcy, czy Francja. Nauka i szkolnictwo wyższe mają tutaj do odegrania rolę, której nie da się przecenić.

Przedstawiona w pierwszej części tego artykułu (FA 5/2026) analiza sytuacji politycznej i ekonomicznej krajów europejskich pokazuje, gdzie jesteśmy i na co możemy liczyć w najbliższych latach. Świat zmienia się na naszych oczach, powstają nowe strefy wpływów, a coraz wyraźniejszej ekonomicznej i technologicznej przewagi Chin (czy ogólniej Azji) nie da się przecenić. Kraje, w których innowacje są podstawą ekonomicznego rozwoju, które na badania i rozwój przeznaczają znaczący procent PKB, to Izrael (6%), Korea Południowa (5,2%) i Tajwan (3,8%). W Europie najwięcej na ten cel wydaje Szwecja (3,6%). Niestety, w Polsce nakłady na B+R to niewiele więcej niż szacowne 1,4% PKB (za to PKB mamy już prawie 20. na świecie), a na szkolnictwo wyższe i naukę określone w budżecie Państwa ok. 1,1% PKB (kwoty przeznaczane łącznie ze wszystkich źródeł na B+R, a kwoty z budżetu Państwa na „szkolnictwo wyższe i naukę” to dwie zupełnie różne sprawy). Innymi słowy, na B+R, a przede wszystkim na naukę, w szczególności z budżetu państwa, przeznaczamy niewiele, co w połączeniu z niedoskonałościami systemu nie rokuje dobrze na przyszłość.

Uczelnie pełnią dwie role: kształcą studentów i prowadzą badania naukowe. W tym odcinku przedmiotem rozważań będzie system (i możliwości) finansowania badań, natomiast kształceniu studentów (i doktorantów) będzie poświęcona trzecia część tego artykułu. W obu przypadkach fundamentalnym problemem jest jakość, czy to kształcenia studentów, czy prowadzonych badań naukowych w istniejących realiach finansowych, społecznych i kulturowych.

W 2026 roku odbywają się dwie oceny działalności polskich uczelni: ewaluacja za okres 2022-2025 (wszystkich uczelni) i ocena realizacji/wykonania pierwszej edycji programu Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza za okres 2020-2025. Ta ocena będzie decydowała, które uczelnie w programie IDUB pozostaną, a które z niego wypadną (przynajmniej dwie). Równocześnie trwał będzie II konkurs IDUB, do którego przystąpić może 27 uczelni (w tym dwie niepubliczne) dopuszczonych na podstawie kategorii uzyskanych w ewaluacji przeprowadzonej w 2022 roku. Należy zauważyć, że przedmiotem oceny, zarówno w ewaluacji jak i w II edycji IDUB będą efekty działalności naukowo-badawczej (w przypadku IDUB w pewnym stopniu także działalności dydaktycznej), tyle że opisane nieco innymi parametrami. Ideą IDUB jest co prawda przedstawienie programu poprawy „międzynarodowej rozpoznawalności uczelni”, ale w II edycji już z opcją „sprawdzam” dla uczestników I edycji (2020-2026), a nowi kandydaci we wniosku muszą przedstawić potencjał uczelni, czyli dotychczasowe osiągnięcia. Efektem ewaluacji będą kategorie naukowe, a efektem IDUB status uczelni badawczej. Należy zauważyć, że w przypadku ewaluacji oceniane będą osobno poszczególne dyscypliny nauki uprawiane w uczelni, a w przypadku IDUB – osiągnięcia i plany uczelni jako całości. Oczywiście obie procedury są kosztowne, wymagają czasu, zaangażowania, ogromnej pracy administracyjnej etc. Sprawa budzi w środowisku pewne kontrowersje, bo najwyżej oceniony w ewaluacji wydział, np. fizyki, otrzymujący rzadką kategorię naukową A+, może nie być wydziałem w uczelni badawczej i odwrotnie, w uczelni badawczej może być wydział fizyki z kategorią B+. Pewnej pracy i przemyślenia będzie wymagało takie przeprowadzenie ocen, aby obie okazały się przydatne dla poprawy poziomu prowadzonych badań, dobrze przyjęte w środowisku akademickim i aby udało się pokazać, że w obu ocenach chodzi jednak o coś innego: ewaluacja to ocena minionych 4 lat, a IDUB to przede wszystkim ocena pomysłów na lepszą przyszłość. Czy wyniki obu tych ocen/procedur będą dla nas satysfakcjonujące, szczególnie jeśli oceniane parametry porównamy z resztą Europy i świata?

Granty i subwencja

W przypadku badań naukowych chodzi nie tylko o to, by były prowadzone na najwyższym możliwym poziomie, ale także, by były prowadzone w zakresie potrzeb wynikających czy to z polityki naukowej państwa (bo na wszystko pieniędzy nie wystarczy), czy z potrzeb wiodących tematyk służących przyszłościowym technologiom, czy też z potrzeb lokalnej gospodarki. A jedynym systemem, który te oczekiwania może zaspokoić, jest system zewnętrznych grantów rozdzielanych przez agencje, krajowe bądź europejskie: bo wymusza konkurencję, bo weryfikuje pomysły naukowe i ich aktualność, bo z zewnątrz ocenia możliwości wnioskodawcy etc. Praca, którą chcemy opublikować w czasopiśmie z najwyższej półki, takim jak „Nature”, musi być nie tylko efektem badań na najwyższym poziomie, ale musi dotyczyć aktualnej tematyki będącej przedmiotem aktualnego zainteresowania i aktualnie prowadzonych badań. Podstawowym zadaniem agencji jest i być powinno dbanie, żeby pieniądze fundatorów badań (najczęściej podatników, krajowych czy europejskich) były wykorzystane w celach, na realizację których zostały przeznaczone. Niektórzy mówią, że „niezbywalnym prawem pracownika naukowego jest wybór tematyki badań”. Ja zwykłem wtedy dodawać: „pod warunkiem, że ktoś za te badania zapłaci”. A żeby ktoś zapłacił, koniecznością powinno być przekonanie go do celowości/słuszności wydawania pieniędzy na taki, a nie inny cel.

Moim zdaniem większa niż dotąd pula środków powinna być przeznaczona na konkursy, nawet kosztem subwencji (co niekoniecznie oznaczałoby zmniejszenie przychodów uczelni, o czym za chwilę), która powinna służyć, tak jak to zresztą jest zapisane w obowiązującej ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, tylko „utrzymaniu potencjału badawczego” przy okazji finansowania kształcenia studentów. I tutaj ważna uwaga: moim zdaniem najważniejszym celem systemu grantowego nie jest finansowanie badań prowadzonych przez najlepszych, lecz zewnętrzna (poza uczelnią) konkursowa dystrybucja środków na badania potencjalnie dostępnych dla wszystkich (bo inaczej nie staliby się pracownikami uczelni!). Warunkiem jest realna szansa otrzymania finansowania, czyli współczynnik sukcesu nie niższy niż 25-30%. Nie oznacza to oczywiście umniejszania roli grantów dla najlepszych, takich jak Maestro w NCN czy w szczególności Międzynarodowe Agendy Badawcze FNP. Np. w USA głównym przychodem uczelni jest czesne płacone przez studentów oraz ewentualnie dotacja od władz stanowych zależna wyłącznie od „przeliczeniowej” liczby studentów (im większa dotacja, tym mniejsze czesne, co koreluje zwykle z polityczną orientacją rządzących w danym stanie). Trzecim źródłem przychodów są granty, a szczególnie koszty pośrednie (indirect costs) w grantach, które w USA mogą stanowić do 65% kosztów bezpośrednich, praktycznie niezależnie od tego, czy fundatorem jest NSF (Narodowa Fundacja Nauki), czy jakakolwiek inna agencja, bo wynikają one z ogólnych kosztów funkcjonowania uniwersytetów. Ubiegłoroczne próby prezydenta Donalda Trumpa ograniczenia kosztów pośrednich w grantach NIH i NSF do 15% nie znalazły zrozumienia w amerykańskim środowisku akademickim. Nie bez znaczenia jest też fakt, że koszty bezpośrednie w amerykańskich grantach są zazwyczaj znacznie wyższe niż w polskich i że grantów jest więcej, bo są praktycznie jedynym źródłem finansowania badań (w amerykańskim uniwersytecie bez grantu badań prowadzić się nie da, chyba że jest się indywidualnie pracującym teoretykiem). Warto dodać, że w zacnych amerykańskich uniwersytetach (w szczególności w tych z tzw. Ligii Bluszczowej) istotny przychód daje fundusz tworzony przez absolwentów (tzw. endowment lub alumni fund), którym obracają specjalnie do tego powołane fundacje (blok artykułów na temat kapitału żelaznego uczelni opublikowaliśmy w FA 4/2026 – red.). Wreszcie uniwersytet amerykański może realizować specjalne zadania ważne dla całego USA, wtedy może liczyć na dodatkowe środki bezpośrednio z budżetu federalnego.

Granty powinny zapewniać środki na badania: zatrudnianie postdoków i doktorantów, materiały, drobną aparaturę, delegacje. Powinno ich być więcej, aby współczynnik sukcesu zachęcał do aplikowania, czyli był na poziomie 25-30%. Natomiast kwoty grantów powinny być większe nie tylko dlatego, że byłyby jedyną możliwością zatrudniania postdoków i doktorantów, ale także z powodu kosztów pośrednich, które muszą być znacząco wyższe, jeśli miałyby stanowić drugie po subwencji źródło utrzymania uczelni. Warto dodać, że dzisiaj przychody polskich uczelni z grantów NCN często kształtują się na poziomie pojedynczych procentów ich budżetów przy około 20-procentowych kosztach pośrednich. Jeżeli źródłem finansowania badań naukowych miałyby być tylko granty, to poza kosztami bezpośrednimi badań ktoś musiałby pokryć koszty ogólne budynków, ich infrastruktury technicznej, wreszcie wynagrodzeń w części służącej zabezpieczeniu działalności badawczej uczelni; subwencja służyłaby tylko pokryciu kosztów kształcenia studentów. Naturalnym źródłem, z którego te koszty powinny być pokrywane, są koszty pośrednie w grantach, oczywiście pod warunkiem, że byłyby na tyle duże, aby to zadanie zrealizować.

I najważniejsze: na jakiej zasadzie lepsza naukowo uczelnia miałaby więcej pieniędzy niż słabsza? Po prostu, lepsza uczelnia miałaby więcej grantów. Po drugie, jeśli kwoty grantów byłyby większe, bo pokrywałyby większą gamę kosztów (np. doktorantów) i wyższe byłyby koszty pośrednie (np. 40%), to przychody uczelni z tego źródła znacząco by wzrosły, co razem kompensowałoby mniejszą subwencję. Ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy pozyskiwaliby granty. Znacząco większe przychody z kosztów pośrednich z większej liczby grantów to więcej pieniędzy m.in. na wyższe wynagrodzenia dla pracowników przynoszących uczelni pieniądze z grantów (zamiast honorariów), etc. Może nie trzeba by wtedy robić kosztownej ewaluacji, może uczelnie/dyscypliny ewaluowałyby się automatycznie wielkością przychodów z grantów? Podkreślę, że chodzi o konkursy na pozyskanie środków na badania przez naukowców, a nie przez zatrudniające ich instytucje. Tak np. świetnie pomyślany program Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza przyniósł najlepszym uczelniom (wyłonionym w konkursie) dodatkowe znaczące środki finansowe. Ale już wewnątrz uczelni stały się one zwiększeniem środków rozdzielanych pracownikom bez zewnętrznej weryfikacji ich pomysłów badawczych, czyli środkami łatwiejszymi do pozyskania niż granty NCN, o europejskich nie wspominając. A że kryterium sukcesu w konkursie IDUB jest m.in. dynamika wzrostu liczby pozyskiwanych grantów zewnętrznych, ważnym załącznikiem do wniosku jest „Lista najważniejszych międzynarodowych grantów uzyskanych w latach 2021–2025”, a liczba międzynarodowych grantów to wskaźnik obligatoryjny nr 5, to zasady wewnętrznej dystrybucji środków IDUB-owych okazały się kluczowe.

Środki zewnętrzne

Nawet jeśli redystrybuujemy środki, częścią środków subwencyjnych zasilimy NCN, zwiększymy budżet NCN w ramach realnych możliwości, to łączna kwota w budżecie państwa przeznaczona na subwencje i granty i tak pozostanie niewystarczająca. Jedynym wyjściem będzie więc (teraz zresztą też jest) sięgnięcie po środki zewnętrzne, a więc po granty europejskie. W szczególności dlatego, że są środkami pozyskanymi spoza (i tak nadwyrężonego) budżetu państwa. Jeżeli nie ma realnej możliwości zwiększenia środków na finansowanie grantów NCN, a co za tym idzie na zwiększenie success ratio do przyzwoitego poziomu, to trzeba szukać dofinansowania gdzie indziej. Możliwości jest wiele, w tym artykule pozwolę sobie zwrócić uwagę tylko na dwie: Europejską Radę Nauki (ERC) i Europejską Radę Innowacji (EIC), szczególnie ścieżka badawcza (tzw. badania wczesnej fazy), czyli Pathfinder. Ścieżki postrzegane jako trudne, m.in. z powodów, o których będzie poniżej.

Od powstania Europejskiej Rady Nauki w 2007 roku do dzisiaj do naszego kraju trafiło 106 grantów ERC wszystkich kategorii, w tym 56 Starting Grants, 22 Consolidator Grants, 17 Advanced Grants, 9 Proof of Concept Grants i 2 Synergy Grants, o łącznej wartości 192 mln euro. W tym okresie (od 2007 roku) łącznie przyznano 18605 grantów na łączną kwotę 32,7 mld euro, co oznacza nasz udział ilościowy na poziomie 0.57%, a udział kwotowy na poziomie 0.58% co daje nam to jedno z ostatnich miejsc wśród wszystkich uczestniczących krajów, w szczególności Unii Europejskiej (ale także krajów stowarzyszonych, takich jak Szwajcaria, Wielka Brytania etc.). Warto zauważyć, że liczba ludności Polski w stosunku do całkowitej liczby ludności Unii Europejskiej to 8,5%, a polski PKB to ok. 4,4% całkowitego PKB Unii (średnio 6,5%), czyli liczba przyznanych Polsce grantów była około 10 razy mniejsza niż wynikałoby to z naszego potencjału ludnościowo-gospodarczego. Gdyby udział Polski w dzielonej kwocie zwiększyć do tych 6.5% dzielonej puli, to byłaby to kwota ok. 2,13 mld euro (ok. 9,14 mld PLN), czyli ok. 5.5 razy tyle ile NCN przeznaczy przeznaczy na granty w 2026 roku! Czy to możliwe? Jeśli porównamy Polskę do Hiszpanii (47 mln ludności, czyli o 25% więcej niż ludność Polski), to w 2025 Polska otrzymała 6 grantów Starting i 3 Consolidator (na łączną liczbę 827 grantów przyznanych w tym roku w obu tych kategoriach), a Hiszpania odpowiednio 60 i 22… (w tym samym roku w konkursie ERC Advanced Hiszpania otrzymała 29 grantów, a Polska 1). Można nie lubić rankingów, ale może warto popatrzeć, czy te europejskie uniwersytety, które skutecznie pozyskują europejskie granty, nie są znacznie wyżej notowane np. w rankingu szanghajskim. Warto zauważyć, że rozkład przyznanych Polsce grantów ERC wśród realizujących jednostek badawczych nie jest jednolity: blisko połowę otrzymał i realizuje Uniwersytet Warszawski (41), nieco mniej Uniwersytet Jagielloński (15). To właśnie UW i UJ są najwyżej notowanymi polskimi uczelniami w rankingu szanghajskim. Kolejne miejsca zajmują instytuty Polskiej Akademii Nauk, pojedyncze granty trafiają do innych uczelni. Większość, bo 69 spośród 106 grantów ERC jest realizowanych w instytucjach badawczych zlokalizowanych w Warszawie.

W latach 2021–2025 zaledwie około 50 podmiotów z Polski otrzymało finansowanie w ramach EIC, licząc razem Pathfinder, Transition i Accelerator na łączną kwotę 32,8 mln euro. Nie udało mi się ustalić, ile z łącznie przyznanych w tym okresie 402 projektów w Pathfinder przypadło Polsce (i mogło być realizowanych we współpracy z uczelniami). Wiadomo natomiast, że polskie jednostki badawcze w programie Pathfinder najczęściej odgrywają rolę „członków i partnerów konsorcyjnych”, a nie liderów; zaledwie kilka polskich instytucji było liderami konsorcjów. Z dostępnych źródeł wiadomo, że zaledwie 10 naszych projektów, dofinansowanych kwotą 23,8 mln euro, było w akceleratorze, czyli najbliżej rynku. Łatwo policzyć, że to średnio dwa projekty rocznie, co w skali Europy daje nam drugie miejsce od końca. Gorzej, że od 2021 roku na projekty EIC w skali całej Unii wydano już ok. 6,5 mld euro, co oznacza, że do polskich firm trafiło około 0,5% z wydanej kwoty. A gdyby trafiło 6,5%, mielibyśmy dodatkowe 1,82 mld zł (więcej niż roczny budżet NCN) zewnętrznych środków wydanych na badania naukowe (i wdrożeniowe) w Polsce. Można oczywiście zrozumieć brak sukcesów bezpośrednio po przemianach ustrojowych, bo polska nauka nie była przygotowana do międzynarodowej konkurencji, podobnie jak nie była przygotowana polska gospodarka. Ale od tamtej pory minęło 35 lat, gospodarka odnosi sukcesy. Co więcej, polityk powiedziałby pewno, że nie odzyskujemy składki, którą wpłacamy do budżetu Unii Europejskiej, a więc niejako finansujemy badania prowadzone w innych krajach.

Szukam recepty

Jak powszechnie wiadomo, liczba projektów zakwalifikowanych do finansowania jest w jakimś stopniu proporcjonalna do liczby składanych projektów, a tych składamy zastraszająco mało. Patrząc na nasz udział w przyznanych finansowaniach w obu programach, ERC i EIC Pathfinder, można domniemywać, że podstawowym problemem jest brak dobrych i przełomowych pomysłów, które w tych programach miałyby szansę powodzenia. I wracamy do pytania, dlaczego tak się dzieje? Myślę, że odpowiedzi są dwie. Po pierwsze, całokształt polskiego, mało konkurencyjnego systemu edukacji i nauki, czyli to, co wyrażamy narzekając na obniżający się poziom kształcenia studentów, poziom prac doktorskich, poziom habilitacji (co ciekawe, na obniżający się poziom absolwentów szkół średnich i studentów narzekają też Amerykanie, co wskazuje na cywilizacyjny charakter tego zjawiska). To oznacza też, że dorobek potencjalnych aplikantów z Polski może nie być konkurencyjny w porównaniu z dorobkiem aplikantów z innych krajów, a dorobek autora jest drugim obok pomysłu czynnikiem decydującym o sukcesie wniosku.

Po drugie, czy problemem nie jest przekonanie o słabo opłacanych kadrach (i realia kariery naukowej, takie jak nadmiar dydaktyki, znaczne obciążenie biurokracją etc.)? Większość z nas pewno od razu powie, że skoro stypendium doktoranckie wynosi 3570,50 zł (i 5500,50 zł brutto po ocenie śródokresowej), to który młody człowiek na taką karierę się zdecyduje? Ale przecież promotor może dołożyć doktorantowi 5 tys. zł stypendium naukowego z posiadanego grantu NCN, nie mówiąc o tym, że ustawa nie zabrania już zatrudniania doktorantów. To prawda, że możliwości wielu instytucji naukowo-badawczych (np. instytutów PAN) skutkują wynagrodzeniami bliskimi tym minimalnym wynikającym z rozporządzenia ministra nauki (co np. dla adiunkta oznacza 73% minimalnego wynagrodzenia profesora wynoszącego teraz 9650 zł brutto, a na tytuł – i wynagrodzenie – profesora trzeba czekać średnio do 56 roku życia). Faktycznie wiele uczelni płaci lepiej, dodatek stażowy rośnie z czasem do 20%, są dodatki funkcyjne i zadaniowe, a wynagrodzenie brutto profesora dochodzące do 20 tys. zł nie jest już czymś wyjątkowym. Może więc niewiele już trzeba, aby młody utalentowany człowiek, wewnętrznie umotywowany do fascynującego zawodu naukowca, na robienie doktoratu nie uciekał już za granicę i tam zostawał (co jeśli się zdarza, to jest kolejną stratą finansów publicznych, bo za nasze pieniądze przygotowujemy kadry dla innych krajów)?

Zaryzykowałbym stwierdzenie: niskie ustawowe stypendia doktoranckie, a szczególnie niepotrzebnie „rozreklamowane”, incydentalnie rażąco niskie początkowe wynagrodzenia (odbierane jako słaba motywacja do podjęcia pracy naukowej) i słaba efektywność pozyskiwania środków europejskich na badania są jak naczynia połączone. Atrakcyjność stanowiska profesora wynikająca ze społecznego poważania, godziwego wynagrodzenia, prostego dostępu do infrastruktury, ograniczona biurokracja to argumenty, które zachęciłyby do pracy w sektorze nauki osoby twórcze i przebojowe. A to natychmiast objawiłoby się większą liczbą składanych wniosków w szczególności o granty europejskie i większą liczbą wniosków zakwalifikowanych do finansowania, odciążając skromny krajowy budżet na naukę.

Ale mamy jeszcze drugi problem, który wymaga systemowego rozwiązania: jak uczynić granty ERC i EIC, a także inne granty europejskie, atrakcyjniejszą formą pozyskiwania środków na badania niż np. granty NCN (też trudne, bo success rate w wielu konkursach jest ciągle na poziomie kilkunastu, a w niektórych panelach kilku procent, nie mówiąc o rzeszy tych, którzy nie aplikują, bo nie wierzą w sukces: success rate 13% oznacza, że tylko co ósmy wniosek jest kwalifikowany do finansowania i potencjalni wnioskodawcy tracą zainteresowanie aplikowaniem). W przypadku EIC niechęć do aplikowania była dość jednoznaczna, szeroko opisana w prasie (i w internecie) po roku 2023: łatwiej było uzyskać środki finansowe na realizację projektów zarówno w NCBR, PARP, jak i w RPO. A jak sytuacja się odwróciła, to szybko się okazało, że nie jesteśmy przygotowani do konkurowania z najlepszymi w Europie, co dotyczy zapewne także potencjalnych aplikantów o granty ERC.

Jak to zmienić? Ci, którzy są merytorycznie przygotowani i mają przełomowe pomysły, powinni być dobrze umotywowani do aplikowania (wyższym wynagrodzeniem?), powinni mieć pewność, że dostaną pomoc w każdej czynności poza stroną naukową grantu. Przypuszczam, że perfekcyjna obsługa prawno-administracyjno-finansowa na wszystkich etapach, czyli wnioskowania, realizacji i sprawozdawania grantów, jest jedną z podstaw grantowych sukcesów Uniwersytetu Warszawskiego. A może trzeba sięgnąć głębiej, może trzeba powrócić do twardych wymagań np. przy habilitacji? Może habilitacja nie powinna być możliwa bez odbycia przynajmniej jednego (a lepiej dwóch) 2-letniego stażu w charakterze postdoka w dobrych ośrodkach zachodnich? Bo jak inaczej przygotować się do skutecznego konkurowania z najlepszymi w Europie?

A może pozyskanie grantu europejskiego typu ERC powinno być podstawą np. uzyskania statusu distinguished professor (czyli przynależności do 1% profesorskiej elity) czy np. otrzymania specjalnej emerytury, jak olimpijscy medaliści? Pamiętam, jak Minister Gowin sugerował podwojenie kwoty przyznanego grantu ERC już ze środków krajowych. Przyznaję, że z zazdrością patrzę na moich niemieckich kolegów, którym nie brakuje wewnętrznej motywacji, pozyskują granty europejskie, rozbudowują zespoły, publikują dziesiątki prac rocznie, marzą o nagrodzie Nobla etc., etc., i nie do końca rozumiem, dlaczego tak nie dzieje się u nas. Trochę usprawiedliwiając naukowców powinienem dodać, że sposób funkcjonowania instytucji pośredniczących w pozyskiwaniu środków europejskich (NCBR, PARP) i rozdzielających środki w Polsce coraz bardziej zniechęca do aplikowania, a krytyka ta nie omija już nawet NCN (choćby z powodu rozbudowanej sprawozdawczości i skomplikowanego rozliczania grantów). Problemem jest też obsługa administracyjno-finansowa grantów w jednostkach naukowych.

Podsumowując: dobre pomysły podstawowe, innowacje, zaawansowane technologie etc. są jedynym remedium na dalszy rozwój naszego kraju i zbliżanie się do PKB per capita typowego dla takich krajów jak Niemcy, czy Francja. Nauka i szkolnictwo wyższe mają tutaj do odegrania rolę, której nie da się przecenić. Tyle, że trzeba działać szybko i skutecznie, choćby z powodu tego, co dzieje się wokół nas. W sferze nauki trzeba to robić bez realnych szans na lepsze finansowanie z budżetu państwa, przynajmniej w najbliższej perspektywie czasowej. Trzeba więc optymalizować środki, którymi sukces nauki, rozumiany jako osiągnięcie jej najwyższego poziomu, mógłby być osiągnięty. Trzeba tak zorganizować system badań, aby nie marnować tego, co mamy, doceniać najlepszych, skutecznie pozyskiwać zewnętrzne finansowanie (w szczególności granty europejskie) etc. i znacząco wpływać na gospodarczy i społeczny rozwój kraju.

Podtrzymuję zaproszenie do dyskusji i szukania pomysłów, które pozwolą polskiej nauce odegrać oczekiwaną rolę we wszystkich aspektach, które już miałem i będę miał okazje przedyskutować, w szczególności w aspekcie technologicznego, cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju naszego kraju, ale także w aspekcie społecznej i politycznej roli nauki. Szukam recepty na większą skuteczność naszych działań zarówno w zakresie kształcenia studentów, jak i prowadzonych badań naukowych. Piszę o tym, będąc głęboko przekonanym, że rolą polskich instytucji naukowych jest tworzenie intelektualnych podstaw rozwoju gospodarki i społeczeństwa, na miarę XXI wieku i na miarę ambicji jednej z dwudziestu najsilniejszych gospodarek świata. Z punktu widzenia polityków spełnienie tej oczekiwanej roli powinno przełożyć się na lepsze finansowanie nauki.

Prof. Marek Przybylski, Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie

(Prezentowane poglądy są indywidualnymi poglądami autora i nie stanowią oficjalnego stanowiska uczelni)

Wróć