logo
FA 6/2026 informacje i komentarze

Przemysław Piotr Damski

Bezsens (obecnej) matury

Bezsens (obecnej) matury 1

Dr Przemysław Piotr Damski, adiunkt w Katedrze Teorii i Historii Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, pełnomocnik dziekana ds. kontaktów z otoczeniem, pisze, dlaczego obecna matura nie spełnia funkcji skutecznej kwalifikacji na studia uniwersyteckie i zastanawia się, jak można to zmienić.

Przy okazji tegorocznych matur pojawiło się wiele głosów krytycznych. Ich autorzy wytykali błędy w arkuszach egzaminacyjnych, zwracali uwagę na zasadność zdawania matematyki i mnóstwo innych kwestii. Głosy te koncentrują się na maturze, jako czymś co decyduje o życiu abiturientów. Tymczasem egzamin maturalny, przynajmniej w obecnej formule, jest zbędny. Wypowiadam się z pozycji nauczyciela akademickiego reprezentującego nauki społeczne i humanistykę. Nie zamierzam wchodzić w obszar nauk przyrodniczych oraz ścisłych i wypowiadać się na temat kompetencji potrzebnych studentom tych dziedzin wiedzy. Jednocześnie nie jestem nieopierzonym belfrem, lecz nauczycielem z trzynastoletnim stażem i doświadczeniem zdobywanym na uczelniach prywatnych i publicznych. Regularnie biorę udział w konferencjach dydaktyki akademickiej i mogę o sobie mówić jako pasjonacie dydaktyki. Nie czyni to mojego poglądu jedynie słusznym, lecz wyrobionym w zderzeniu z realiami i licznymi rozmowami w środowisku akademickim.

Tak zwana „nowa matura” z 2005 r. miała być ramą obiektywnego, ogólnokrajowego systemu sprawdzania i oceny wiedzy oraz umiejętności uczniów. Stała się także głównym kryterium rekrutacji na studia po likwidacji egzaminów wstępnych i w praktyce je zastąpiła. Obiektywizm oceniania miał zapewnić klucz odpowiedzi. W praktyce jest on jednak ograniczający, gdyż zmusza uczniów do przewidywania odpowiedzi, a nie poszukiwania dobrej drogi do rozwiązania zadania. Krytyka klucza nasiliła się, gdy do matury w ramach zabawy przystępowali znani twórcy i badacze (np. Wisława Szymborska czy ostatnio Tomasz Rożek). Podczas egzaminu analizowali oni teksty, których byli autorami, a następnie sprawdzano zgodność ich odpowiedzi z kluczem. W rezultacie często uzyskiwali wyniki przeciętne lub niedostateczne. Egzaminatorzy bronili się przed zarzutami, wskazując, że uznają poprawne odpowiedzi spoza klucza. Nie dysponujemy jednak statystykami, które pozwoliłyby sprawdzić, jak często się tak dzieje bez konieczności odwoływania się od ich decyzji.

Kolejną kwestią jest przygotowywanie egzaminu oraz jego ewaluacja przez nauczycieli szkół średnich, tj. osoby, które nie wiedzą, jakich kompetencji oczekuje się od studentów. Matura sprawdza to w sposób znikomy. Wymaga informacji zbędnych, a umiejętności przydatne na studiach sprawdza nieprawidłowo.

Uczelnie często organizują drzwi otwarte, aby zachęcić uczniów do studiowania w ich murach. Często słyszałem od nich pytanie: „Czy będziemy musieli zawsze zgadzać się z nauczycielem tak jak jest to w szkole? Jaki jest zatem sens aby uczniowie opisywali coś „własnymi słowami”, skoro i tak nie mogą zgadzać się z nauczycielem i muszą wpisać się w oczekiwania egzaminatora? W dodatku „własne zdanie” może być wyrobione dopiero, gdy umie się korzystać ze źródeł, powoływać się na nie i argumentować za lub przeciw zawartych w nich tezom. Tego jednak się nie wymaga.

Szkoły średnie stały się maszynami przygotowującymi, i to kiepsko, do zdania egzaminu maturalnego. Jego istnienie zdaje się stanowić uzasadnienie ich bytności, a konkretnie sposobu, w jaki nauczają. Sposobu opartego na konformizmie, obawie przed stosowaniem rozwiązań kreatywnych i niesztampowych. Tym samym szkoły wymagają, aby uczniowie wpisywali się w sztywno określony wzorzec rozwiązywania problemów obecny na maturze, lecz nieprzydatny po ukończeniu szkoły średniej.

Osoby, które przychodzą na studia licencjackie są często przestraszone. Znajdują się w nowej rzeczywistości, wśród nowych ludzi, wśród nauczycieli akademickich, o których często słyszeli w szkołach średnich, że ci ich „przeorają”. Często boją się odezwać, zaprezentować własne zdanie, nie wiedzą, jak mają to zrobić. W dodatku studia dają dużą swobodę, która bywa przytłaczająca, zwłaszcza że oceny numeryczne zdobywa się rzadko lub wcale. Pierwsze dwa lata na uniwersytecie polegają zwykle na otwieraniu studentów, wydobywaniu ich potencjału, pozyskiwaniu zaufania. Ich lęki są często powiązane konstatacją, w jak niewielkim stopniu umiejętności i wiedza ze szkoły średniej przydają im się na studiach. Wdrożenie w nową rzeczywistość jest zatem trudniejsze.

Skoro zatem matura nie przygotowuje do studiów i studiowania, to jakie argumenty mamy za jej istnieniem? Często słyszymy, że „przecież bez matury nie będą się uczyć”. Strach bywa silnym motywatorem, jednak jeżeli wiedza i umiejętności nie są utrwalane, to sprowadzają się do „zakuć, zdać, zapomnieć”. Ponieważ zaś z takim zjawiskiem mamy do czynienia przed i po maturze, argument ten upada. Jak już wspomniałem, matura w niewielkim stopniu przygotowuje do studiów. Poloniści mogą zakrzyknąć, że bez matury uczniowie nie będą umieli pisać. Tylko, że studenci na ogół nie umieją pisać. Mają problemy z przelaniem swoich myśli na papier, z argumentacją czy wspomnianym już korzystaniem ze źródeł. Historycy mogą podnosić argumenty z patriotyzmu, konieczności znajomości „pewnych faktów, dat i nazwisk” oraz umiejętności „krytycznej analizy źródeł”. Widząc jak łatwo nasze społeczeństwo ulega dezinformacji w zakresie historii, myślę, że z pierwszego zadania matura wywiązuje się kiepsko. W drugim przypadku informacje można sprawdzić, choć absolwenci szkół średnich często nie wiedzą, gdzie i czym się charakteryzuje rzetelne źródło. To zaś prowadzi do trudności z krytyczną analizą materiału.

Obiecałem, że nie będę podnosił zagadnień związanych z dziedzinami ścisłymi, ale zrobię jeden wyjątek. Nie chciałbym, aby marginalizowano wiedzę i umiejętności matematyczne. Może warto jednak zastanowić się nad nieco innym rozłożeniem akcentów w zakresie podstaw tej dyscypliny. Położyć większy nacisk na logikę, która wespół z podstawami filozofii pozwoliłaby na poprawę umiejętności argumentacji, a z podstawami ekonomii lepiej zrozumieć mechanizmy gospodarcze. Nade wszystko zaś każdemu studentowi humanistyki i nauk społecznych przydałaby się umiejętność pracy z arkuszami kalkulacyjnymi i etycznym wykorzystaniem AI. Dziś na uczelniach musimy wszystkie te kwestie przekazywać studentom od podstaw, gdyż nie przekazano im ich wcześniej.

W tym ujęciu egzamin maturalny jest całkowicie zbędny, a trud – także nauczycieli, którzy nie ulegają presji systemu i starają się rozwijać kreatywność uczniów – idzie na marne. To syzyfowa praca. Nie dziwię się, że wielu z nich nie widzi sensu swoich działań. Zostali postawieni przed zadaniem, które jest zbyt trudne, a czasem niemożliwe do realizacji. Wyzwolone spod ciężaru matury szkoły średnie mogłyby się skoncentrować na dwóch zadaniach. Pierwszym powinno być kształtowanie umiejętności podstawowych, w tym samodzielnego pozyskiwania rzetelnych informacji. Zadanie to powinno być realizowane interdyscyplinarnie, a poszczególne problemy należałoby rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Na przykład zagadnienia związane z feudalizmem można analizować pod kątem kultury, historii, gospodarki i ustroju w sposób holistyczny i komplementarny, ukazując ich złożoność, a nawet różne poglądy badaczy odbiegające od podręcznikowych schematów. A takich przypadków można znaleźć zdecydowanie więcej. Podobny model wprowadzono w Finlandii.

Realizacja tego zadania pozwoliłaby także na lepszą identyfikację uczniów szczególnie uzdolnionych. Tutaj przechodzilibyśmy do drugiego zadania, to jest rozwijania pasji i talentów uczniów. Nauczyciele mogliby pracować z nimi indywidualnie lub w grupach, angażować ich w kontakty z uczelniami i innymi instytucjami naukowymi. Wreszcie część zajęć mogłaby być realizowana na poziomie zaawansowanym w ramach opcjonalnych przedmiotów modułowych. Pozwalałoby to stworzyć ścieżkę indywidualnego rozwoju, a uczniowi sprawdzać, który z obszarów jest dla niego najciekawszy, i w którym najlepiej się czuje.

Likwidacja matury spowodowałaby jednak istnienie próżni, którą należałoby czymś wypełnić. Rekrutacja na studia musi odbywać się według wyznaczonych kryteriów. Myślę, że rozwiązania są dwa. Pierwszy to powrót do swobodnego ich określania przez uczelnie. To one powinny samodzielnie decydować, czy chcą przeprowadzać egzaminy pisemne czy rozmowy ustne, oceniać projekty czy stosować metody mieszane. W takim przypadku pojawią się głosy o trudności porównania efektów nauczania poszczególnych szkół oraz braku jednolitych kryteriów. Ciekawym rozwiązaniem byłoby opracowanie przez uczelnie ogólnopolskich kryteriów wstępnych, sprawdzanych egzaminem. Nie byłaby to jednak „matura wyższego rzędu”, lecz egzamin obejmujący wiedzę i umiejętności z różnych przedmiotów (np. historia, WOS, język polski w przypadku nauk społecznych i humanistyki). Zakładam, że uwzględniałby obowiązujący konsensus naukowy, co byłoby pewną odpowiedzią na fakt, że wielu nauczycieli zakończyło swoją przygodę z literaturą naukową wraz z ukończeniem studiów.

Egzamin byłby zatem dostosowany do oczekiwań uczelni, dotyczył jedynie osób, które naprawdę chcą iść na studia i był pierwszym etapem rekrutacji. W dalszej kolejności kandydat na studia musiałby spełnić kryteria określone indywidualnie przez poszczególne uczelnie. Dawałoby to uniwersytetom od razu pojęcie o tym, z jaką wiedzą i umiejętnościami przychodzą do nich absolwenci szkół średnich. Obecne procenty maturalne niewiele mówią.

Tego rodzaju podejście stwarza nową rzeczywistość. Przystąpienie do egzaminu wstępnego i spełnienie dodatkowych kryteriów wymagałoby osobnego przygotowania. Dla części osób oznaczałoby to dodatkową naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Inni zdecydowaliby się na popularny w Europie Zachodniej rok przerwy (gap year). Rynek usług maturalnych zastąpiłby rychło rynek usług przygotowujących do egzaminu wstępnego i studiów. Stwarza to problem równości szans. Jednakże w obecnej sytuacji on też istnieje i premiuje osoby, których rodzice mają zasobniejsze portfele (stać ich na opłacenie kosztownych korepetycji). Natomiast w proponowanym przeze mnie rozwiązaniu można się zastanowić nad uruchomieniem funduszy (i ich źródłem) na organizację na samych uczelniach stosownych kursów przygotowawczych, które pozwoliłyby już na tym etapie zwrócić uczniom uwagę, na czym polega studiowanie. Tak, jest to w pewnym sensie powrót do tego, co funkcjonowało przed wprowadzeniem reformy z 2005 r., jednak moim zdaniem zasadne.

Likwidacja matury stwarza też inne wyzwania, jak nakładanie się niżu demograficznego na mniejszą liczbę osób, która po roku przerwy od ukończenia szkoły średniej zechce podjąć studia. Uczelnie na pewno powinny przemyśleć swój pomysł na edukację w nowych realiach. Są to jednak problemy nieco innego rodzaju i nie wiążą się z tym, czy matura jest potrzebna oraz jak poradzić sobie bez niej.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby takie zmiany weszły teraz w życie. Nie widzę natomiast przesłanek, które przemawiają za pozostawieniem matury w obecnym kształcie. Być może moje koleżanki i koledzy, w tym nauczyciele szkół średnich, widzą inne rozwiązanie. Chętnie zapoznam się z ich argumentami, co pozwoliłoby mi być może przychylniej spojrzeć na utrzymanie matury, choć na pewno w innej formule.

Bezsens (obecnej) matury 2

Wróć