Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Każdy był i jest wystawiony w swoim życiu na różnego rodzaju pokusy, również ci, którzy figurują w kościelnym wykazie świętych. Od dzisiejszych uczonych nie wymaga się raczej, aby zasłużyli na dołączenie do tego grona. Oczekuje się od nich natomiast, że nie będą zbytnio ulegali pokusom, które ich odwodzą od prowadzenia badań naukowych i kształcenia studentów. Mocno zróżnicowane są zarówno lista tych pokus, jak i stopień trudności w ich pokonywaniu.
O czymś tak wrażliwym i drażliwym jak pokusy zręczniej jest wypowiadać się alegorycznie niż konkretnie. Tak się wypowiadano zwłaszcza w sztuce, a niektóre dzieła są tak wymowne, że mogą stanowić wprowadzenie do tytułowego problemu. Do szczególnie sugestywnych należy tryptyk niderlandzkiego malarza Hieronima Boscha zatytułowany Kuszenie św. Antoniego. Zainspirował on wielu artystów i doczekał się nie tylko licznych wersji malarskich, ale także powieściowej (autorstwa Gustave’a Flauberta) i filmowej. Tryptyk ten interpretowany katechetycznie wyraża takie grzechy główne jak: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość oraz łakomstwo. Przedstawione w nim alegorycznie pokusy można przełożyć na te, z którymi spotyka się uczony w życiu zawodowym i prywatnym. Nie przybierają one postaci z obrazu Boscha, jednak mniej doświadczonym uczonym mogą się wydawać mało groźne, a bardziej doświadczonym może już nie starczać wiary w możliwość stawienia im czoła. Warto zatem powiedzieć chociażby parę słów o tych pokusach, których zwalczanie może pomóc w dostaniu się do naukowego „nieba”. Dla najbardziej ambitnych uczonych może nim być przełomowe odkrycie, a dla innych wejście na szczyt akademickiej hierarchii, której najwyższy poziom wyznacza tytuł profesora. Skłonny jestem zaryzykować twierdzenie, że to pierwsze jest dostępne jedynie dla wyjątkowo pracowitych i szczególnie uzdolnionych. Natomiast to drugie również dla tych, którzy braki w uzdolnieniach potrafią nadrobić pracowitością.
Wprawdzie o niektórych członkach akademickiej społeczności można powiedzieć, że to „urodzeni uczeni”, jednak jest to co najwyżej miły komplement, który serio mogą potraktować jedynie osoby słabo orientujące się w realiach akademickiego życia. Należą do nich młodzi uczeni stojący dopiero na początku drogi do coraz wyższych kwalifikacji zawodowych oraz znaczących pozycji w akademickim środowisku. Przypisywanie im ponadprzeciętnych uzdolnień może jednak być zarówno ułatwieniem, jak i utrudnieniem. Pomóc może w uzyskaniu statusu członka akademickiej społeczności, ale nadmierne zaufanie do takich komplementów może prowadzić do zaniechania wysiłków nad doskonaleniem swoich zdolności. W skrajnych przypadkach mogą wprawiać w pychę, na którą nie radzą już delikatne prośby o opamiętanie. Czy to przydarzało się uczonym mającym na koncie znaczące osiągnięcia? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Sporo jednak wiemy nie tylko o ich trudnościach w okresie młodzieńczym, a także o nauczycielach, którzy raczej ich nie „rozpieszczali” komplementami. Przykładem może być chociażby wybitny matematyk Hermann Minkowski, nauczyciel Alberta Einsteina. Wspominał on swojego ucznia jako wprawdzie osobę wyróżniającą się, ale nie w zakresie matematyki, w niej bowiem miał być „matołem”. Wiele wskazuje na to, że była to niesprawiedliwa opinia. Można ją jednak potraktować jako świadectwo stosowania przez Minkowskiego tzw. zimnego wychowu, jeśli tak można powiedzieć o skłanianiu uczniów do pracy nad sobą wytykaniem im braków i niedoskonałości. Rzecz jasna trzeba z tym uważać, bowiem łatwo się upodobnić do ptaka z obrazu Boscha, który pożera pisklęta. Einsteinowi takie wychowanie jednak nie zaszkodziło w intelektualnym rozwoju.
Jego miłosne uniesienia i rozczarowania zostały również dosyć szczegółowo opisane i przez biografów, i przez niego samego w bogatej korespondencji. Na tej podstawie można powiedzieć, że od wczesnych lat był wrażliwy na kobiece wdzięki. Nie była to jednak „wrażliwość”, która przekłada się na molestowanie studentek i studentów przez akademickich nauczycieli. Ma ono miejsce w różnych krajach i bywa szeroko nagłaśniane w mediach. W Stanach Zjednoczonych według raportu, „sporządzonego na podstawie badań przeprowadzonych w college’ach w maju 2005 r., 18 procent studentek otrzymywało e-maile o treści erotycznej, 7 procent spotkało się z próbami ściągania z nich ubrania, a 5 procentom wykładowcy proponowali lepsze stopnie w zamian za seks”. W Polsce na początku 2025 roku głośna stała się m.in. sprawa jednego z dziekanów Uniwersytetu Warszawskiego, którego seksualne zachowania wobec studentów i współpracowników wywołały zgorszenie i oburzenie. Rzecz jasna są one udziałem nie tylko młodych uczonych. Jednak w tej grupie wiekowej szczególnie trudno określić granicę miedzy zwyczajnymi zalotami i molestowaniem oraz wskazać stronę inicjatywną. Nie chciałbym, aby zostało to zrozumiane jako usprawiedliwienie, że młodość ma swoje prawa. Pokusa takiego myślenia jest jednak czasami tak duża, że młody uczony zaczyna postrzegać studentów jako „łowną zwierzynę”, a siebie jako myśliwego uprawnionego do polowania.
Dobrą okazją do takiego polowania może być wspólne ze studentami biesiadowanie, zwłaszcza wówczas, gdy towarzyszy mu spożywanie alkoholu. Jego nadużywanie przez część członków akademickiej społeczności stanowi poważny problem (jednak rzadko kiedy się o nim głośno mówi). Wprawdzie ta pokusa mało kiedy wygląda tak jak na obrazie Boscha, to jednak nawet przy dużo skromniejszej aranżacji można upić się tak, że wspomina się o tym po latach. Rzecz jasna nie twierdzę, że uczony powinien być „świętym”, który w każdej sytuacji odmawia spożycia alkoholu. Jeśli nawet tacy są, to muszą się tłumaczyć z tej rzadko spotykanej abstynencji. Tak czy inaczej, problem nie tyle w spożywaniu alkoholu, co w jego negatywnym wpływie na dochodzenie do znaczących wyników w nauce. Ważne jednak, aby mieć tzw. mocną głowę nie tylko do picia, ale także do miarkowania nałogu. W innym przypadku pozostaje już tylko liczyć na wyrozumiałość akademickiego otoczenia. Czasami można się wszakże przeliczyć. Znam taki przypadek. Więcej znam jednak historii, których bohaterowie mimo słabości do alkoholu przetrwali do emerytury, a nawet przeszli całą akademicką drogę od studenta do profesora.
Metryka może, ale nie musi wskazywać na przekroczenie granicy między młodością i dojrzałością. Co więcej, może wprowadzać w błąd, zwłaszcza w obszarach życia, w których wiele zależy od indywidualnych uzdolnień i chęci ich rozwijania. Należy do nich nie tylko nauka, ale w niej te różnice są stosunkowo wyraźnie widoczne. Dzisiejszy uczony raczej nie chciałby wyglądać jak św. Antoni z tryptyku Boscha. I mało kiedy tak wygląda. Częściej tak, jakby czas spóźniał się z odciśnięciem na nim swojego piętna, które skłonny jest ukrywać pod młodzieńczym zachowywaniem lub przynajmniej ubraniem (rzecz jasna bez krawata). Nie jest to jeszcze grzechem, a może poprawiać samopoczucie. Tak czy inaczej pokusa jest duża, zwłaszcza wówczas, gdy uczony w dojrzałym wieku chciałby imponować swoim wyglądem i zachowaniem młodszym koleżankom i kolegom. Zresztą w niektórych środowiskach akademickich takie zachowanie spotyka się ze sporą wyrozumiałością.
Jednak również tam oczekuje się bardziej wiarygodnych świadectw dojrzałości, nie tylko naukowej, także osobowościowej. Wyrażać się ona może w podejmowaniu problemów badawczych, których rozwiązanie nie przekracza intelektualnych zdolności uczonego oraz możliwości jego wyposażenia badawczego. Jeśli brakuje tego drugiego, to można poszukać lepszego miejsca do naukowej aktywności. Tak nierzadko dzieje się w Stanach Zjednoczonych i daje to na tyle dobre efekty, że tamtejsze uczelnie przyciągają niczym magnes wielu uczonych z innych krajów. Jednak uczelni, które w tych krajach prowadzą badania naukowe na wysokim poziomie, jest stosunkowo niewiele. Liczne natomiast zajmują się głównie kształceniem studentów. Otrzymanie oferty pracy lub chociażby odbycia stażu w prestiżowej uczelni wymaga nie tylko przedstawienia interesującego planu badawczego, ale także CV ze znaczącymi osiągnięciami, udokumentowanymi publikacjami w liczących się czasopismach i wydawnictwach. Łatwiej jest otrzymać ofertę z uczelni, które stawiają na dydaktykę, a najłatwiej z organizacji zajmujących się wspieraniem międzynarodowej wymiany pracowników naukowych. Niejeden z polskich uczonych z takiej oferty skorzystał. Ma to również swoje plusy, choć głównie w przypadku tych, którzy są dopiero na początku akademickiej drogi. Istnieje jednak również niebezpieczeństwo, że pobyty w zagranicznych ośrodkach będą sprzyjały „rozmienianiu na drobne” potencjału badawczego, jaki posiadają dobrze zapowiadający się uczeni. Dla tych, którzy go nie posiadają, stanowią one jedynie krajoznawcze wycieczki. Takich „turystów” spotykałem również podczas moich pobytów w zagranicznych ośrodkach akademickich.
Dojrzały uczony ma zwykle ustabilizowaną sytuację materialną, w tym finansową. Rzecz jasna różnie ona wygląda nie tylko w różnych krajach, ale także w jednym kraju, a nawet na tej samej uczelni. Miarą dojrzałości jest nie tyle brak chęci jej poprawy (takich było niewielu również w gronie chrześcijańskich świętych), co skłonność do polepszenia jej bez szkody dla prowadzonych badań. Jedną z takich możliwości jest przygotowanie projektu badawczego i zgłoszenie go w konkursie na grant. Pomysłodawców jest jednak wielu, a przyznawanych grantów stosunkowo mało, tym bardziej takich, które wiążą się z wielkimi środkami finansowymi. Pokusa ich otrzymania jest wszelako tak duża, że nie maleją szeregi ubiegających się o nie. Są również uczeni, którzy biorą dosłownie powiedzenie: „niech żywi nie tracą nadziei” i wielokrotnie ustawiają się w kolejce, po te same finansowe środki. Czasami okazuje się to dobrym rozwiązaniem, bowiem oceniający wnioski są różni i to, co w opinii jednych nie zasługuje na uznanie, w oczach innych okazuje się zasługiwać na wyróżnienie. Znam przypadek „notorycznego” grantobiorcy, który odnosi spore sukcesy na tym polu.
Można oczywiście znaleźć inne sposoby poprawienia swojej sytuacji materialnej. W naszym kraju sporym uznaniem w środowisku akademickim cieszy się nadal podejmowanie zatrudnienia w dodatkowym miejscu pracy. Wprawdzie dzisiaj możliwości jego znalezienia są mniejsze, bowiem mniej jest chętnych do studiowania niż w latach 90. minionego stulecia, jednak nadal niejedna uczelnia prywatna ma w swoim wykazie pracowników sporą liczbę nauczycieli „wypożyczonych” z uczelni publicznych. Bardziej ambitni uczeni stawiają jednak na poprawę sytuacji materialnej poprzez stopnie awansu. Habilitacja oznacza istotne przeszeregowanie także na liście wynagrodzeń, w tym związanych z pełnieniem kierowniczych funkcji. W większym stopniu poprawia materialną sytuację tytuł profesora. Jest on jednak w zasięgu stosunkowo niewielu, którzy potrafią pokonać swoje pokusy do bezproblemowego akademickiego życia.
Wróć