Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Zapewne dla większości członków uczelnianych społeczności zakończone dopiero co wybory władz niewiele zmienią w zawodowym życiu. Jest jednak mniejszość, która z pewnym niepokojem spogląda w przyszłość i być może stawia pytanie: jak będzie wyglądało po wyborach jej życie? Wiele jednak zależy od tego, kto je stawia i komu. Wiele także zależy od tego, czy znajduje się on w gronie wygranych, czy przegranych w tej batalii.
To, że na wielu uczelniach o stanowisko rektora na kolejną kadencję ubiegała się tylko jedna osoba i je uzyskała, nie oznacza jeszcze, że nic istotnego się tam nie zmieni. Druga kadencja oznacza bowiem, że nowy-stary rektor nie będzie już mógł więcej brać działu w wyborach, a co za tym idzie, może realizować nawet takie pomysły, które nie zyskają uznania większości pracowników uczelni. Może on nawet podjąć próbę realizacji ambitnych planów, które w jego przekonaniu są korzystne dla całej uczelni, ale wiążą się z koniecznością podjęcia radykalnych kroków w polityce kadrowej i finansowej. Trzeba jednak mieć nie tylko takie ambicje, ale również takie pomysły. Nie twierdzę, że nie ma rektorów, którzy je mają. Takich spotykałem również na mojej drodze. Problem w tym, że każdy nowo wybrany rektor w kampanii wyborczej przedstawiał jakieś zobowiązania i ci, którzy udzielili mu poparcia, oczekują, że wywiąże się przynajmniej z ich zasadniczej ich części. Jeśli jednak była to z jego strony jedynie wyborcza gra, to po wyborach „piłka” jest już po jego stronie, a ewentualne odwołanie go z tego stanowiska wymaga poparcia przez kolegium elektorów większością co najmniej trzech czwartych głosów, w obecności co najmniej dwóch trzecich jego statutowego składu. Problem również w tym, że funkcja rektora wiąże się nie tylko z wypełnianiem licznych obowiązków, ale także z przywilejami, jakich nie posiada żaden inny pracownik uczelni. Rektorzy, którzy mają zamiłowanie do podróżowania, mogą teraz to robić nie tylko prywatnie, ale także służbowo. Ci, którzy mają zamiłowanie do urzędowania, mogą teraz urzędować całymi godzinami, nawet w dni teoretycznie wolne od pracy. Z kolei ci, którzy całkiem po ludzku chcieliby się wygadać przed szerszym gronem osób, mają teraz niezliczone do tego okazje i raczej nikt im nie powie: „pani rektor/panie rektorze, proszę nas nie zanudzać swoją gadaniną”. Są również możliwości życia „na bogato”, żeby tylko tytułem przykładu wymienić korzystanie ze służbowego samochodu z kierowcą czy biesiadowanie nawet bez żadnej specjalnej okazji.
Natomiast nowi rektorzy niejednokrotnie wcześniej pełnili funkcję prorektorów lub dziekanów, a co za tym idzie z reguły są dobrze zorientowani w rektorskich realiach. Jeśli nawet akceptowali to, co robił ich poprzednik, to teraz mogą wprowadzić do tego niejedną korektę lub nawet dokonać „aksamitnej rewolucji”, jeśli tak można powiedzieć o tych z pozoru niewielkich, ale jednak istotnych dla funkcjonowania władz rektorskich zmianach, jak np. nowy podział obowiązków prorektorów czy wymiana części rektorskiego sekretariatu, która swoją mocną pozycję zawdzięczała nie tyle kompetencjom, ile wyrozumiałości poprzednika. Jeśli jednak wybory przebiegały pod hasłem: „uczelnia potrzebuje radykalnych zmian” i wygrani w nich wskazywali na poważne uchybienia w działaniach poprzedników, to już nie ma miejsca na żadne „zmiłuj” czy „daj nam spokojnie dotrwać do emerytury”. Nie takie bowiem były oczekiwania tych, którzy nowemu rektorowi udzielili poparcia. Któraś z tych osób przy okazji wyborów na następną kadencję może mu postawić pytanie: dlaczego tak niewiele z zapowiedzi zostało zrealizowanych? Są przypadki rektorów, którzy już po jednej kadencji mieli dosyć mitręgi i nie kandydowali na następną. Należy to jednak do wyjątków. Dla zdecydowanej większości rektor pierwszej kadencji to naturalny kandydat na następną, a są przecież także osoby, które po odczekaniu obowiązkowej karencji, ubiegają się (często z powodzeniem) o wybór na trzecią, a jeśli wiek pozwoli, to również na czwartą kadencję. Tak czy inaczej, przed każdym wybranym w ostatnich wyborach rektorem stoi wezwanie: „do roboty”. To, co rektor robi i zrobi jest ocenianie nie tylko na końcu kadencji, ale także co roku poprzez głosowanie senatu nad sprawozdaniem z jego działalności w minionym okresie. Sprawia to, że osoba obejmującą stanowisko rektora ma podstawy do postawienia sobie pytania: jak żyć, aby nie tylko sprostować wyzwaniu, ale także mieć osobistą satysfakcję z pełnienia funkcji zarówno w trakcie, jak i po jej zakończeniu.
W swojej akademickiej karierze nigdy nie pełniłem funkcji rektora czy prorektora. Pełniłem natomiast przez dwie kadencje funkcję dziekana. Z tej pozycji oceniam nie tylko poczynania ówczesnych rektorów, ale także moich poprzedników na tym stanowisku. Jeśli miałbym zatem sformułować jakąś „filozoficzną” refleksję, to powiedziałbym, że nie ze wszystkimi da się dobrze współżyć, a próby szukania wspólnego języka z każdym, kto od rektora czy dziekana czegoś potrzebuje, przynoszą więcej złego niż dobrego dla wypełniania tych obowiązków. Skłonny jestem zaryzykować twierdzenie, że ci rektorzy, którzy 1 września b.r. obejmą obowiązki, już na „dzień dobry” będą musieli stawiać czoło m.in. problemom finansowym uczelni. Do rozwiązania są również problemy chwilowo odłożone na rektorską „półkę”; jednak ci, których one dotyczą, zapewne o nich przypomną. Na mojej uczelni (UAM) będzie to zapewne m.in. sprawa akademika. Jestem jednak przekonany, że praktycznie każda uczelnia ma szereg takich budzących emocje spraw, które czekają na załatwienie.
Przegranymi w każdej kampanii wyborczej są ci, którzy kandydowali, ale nie otrzymali wystarczającego poparcia wyborców. Ich sytuacja jest jednak z reguły mocno zróżnicowana. Mogą to bowiem być zarówno wielcy przegrani, jak i tacy, którzy mimo wszystko coś „ugrali”. Jeśli nawet nie była to nagroda „pocieszenia”, to przynajmniej wyjście z twarzą lub chociażby uznanie, które może procentować sukcesem w następnych wyborach. Nie inaczej jest w wyborach władz rektorskich. Do największych przegranych skłonny jestem zaliczyć tych, którzy nie tylko uzyskali stosunkowo niewielkie poparcie elektorów, ale także wybrali w kampanii wyborczej scenariusze konfrontacyjne i przypisali sobie w nich rolę najlepiej wiedzących, czego naprawdę ich uczelnia potrzebuje. Takie scenariusze czasami nawet sprawdzają się w polityce. Jednak społeczność akademicka raczej nie żyje ani polityką, ani z polityki, jeśli już, to politykuje, a z tego trudno byłoby wyżyć. Kilkakrotnie byłem elektorem w wyborach władz rektorskich i w każdym przypadku kandydaci realizujący „siłowy” scenariusz należeli do przegranych. Mają oni szczególnie uzasadnione powody do postawienia sobie pytania: jak żyć i współżyć z rektorem, o którym nie mieli do powiedzenia niczego dobrego? Mogą się wprawdzie tłumaczyć tym, że wybory rządzą się swoimi prawami i to, co było, już minęło. Jednak raczej nie powinni od swojego kontrkandydata oczekiwać znaczących profitów. Tego rodzaju gesty z jego strony być może nawet przez samych przegranych mogą być odbierane nie tyle jako przejaw wielkoduszności, co raczej słabości. Mogą się oni również w ogóle niczym nie tłumaczyć i próbować funkcjonować tak, jakby w kampanii nie brali udziału. Musieliby jednak liczyć nie tylko na rektorską wielkoduszność, ale także na zawodność pamięci. Takie rachuby dosyć szybko mogą się okazać zawodne.
W trudnej powyborczej sytuacji znajdują się również ci, którzy tak mocno się angażowali we wspieranie przegranego kandydata, że spalili za sobą mosty porozumienia z nowym rektorem. Tacy przegrani pojawiają się zwłaszcza tam, gdzie siły między kandydatami są w miarę wyrównane i szala zwycięstwa równie dobrze może się przechylić na każdą stronę. Jeśli jeszcze do tego ich kandydat obiecał im miejsca w zespole rektorskim lub inne znaczące stanowisko na uczelni, to ich stopień zaangażowania wyraźnie wrasta, maleje zaś skłonność do myślenia o tym, co się stanie w przypadku klęski. W wyborach z „mocnymi” głosami wsparcia występują jednak również osoby, które kierują się motywami znanymi ich najbliższemu otoczeniu, ale nieznanymi lub trudnymi do zrozumienia dla większości zewnętrznych obserwatorów. W niejednym przypadku można było nawet odnieść wrażenie, że są oni po prostu na „nie” (i już). Przynajmniej od profesorów uczelni można, a nawet należy oczekiwać poważniejszego podejścia.
W stosunkowo dobrej sytuacji są natomiast przegrani, którzy wprawdzie wspierali kontrkandydata, ale przecież nie „na śmierć i życie”. Jego przegranej nie przyjęli zapewne z zadowoleniem. Jednak nie traktują tego jako utrudnienia dla swego funkcjonowania na uczelni i wykonywania obowiązków pracowniczych. Skłonny nawet jestem zaryzykować twierdzenie, że stanowią oni większość w gronie tych, którzy swoim mandatem elektorskim lub głosem poparcia w wyborach elektorów raczej nie stawiali na nowego-starego lub zupełnie nowego rektora. Wprawdzie oni również mogą sobie stawiać pytanie, jak żyć i współżyć z rektorem, jednak nie traktują go w kategoriach hamletowskiego „być albo nie być”. Takie osoby nie będą się raczej zwracały do rektora z prośbą o wsparcie w pracy badawczej, a jeśli już będą czegoś potrzebować, to takiego minimum jak docenienie wyników pracy przy okazji przyznawania rektorskich wyróżnień. Rzecz jasna, każdemu jest miło, gdy jego wysiłek zostaje dostrzeżony i doceniony. Bez tego jednak również jakoś da się żyć i naukowo pracować.
Do tej grupy zaliczam rektorów, prorektorów, dziekanów i prodziekanów, którzy nie startowali w uczelniach wyborach, bowiem pełnili swoje funkcje już dwie kadencje. 31 sierpnia b.r. wybije dla nich ostatni dzwonek. Wprawdzie na niektórych uczelniach skorzystano z okoliczności, które sprawiły, że ich druga kadencja została przerwana, jednak na mojej uznano, że byłaby to w gruncie rzeczy trzecia kadencja i nie wyrażono na nią zgody. Zapewne niektórzy z nich otrzymają jakieś wyróżniania i nagrody pocieszenia. Być może nawet już dzisiaj wiedzą, jak ta nagroda będzie wyglądała. Społeczność uczelniana dowie się o tym po zakończeniu ich obecnej kadencji. Sporo jednak wiadomo o tym, jak to wyglądało po poprzednich wyborach. Generalizując, można powiedzieć, że u jednych wyróżnienia i nagrody wyglądały bardziej, natomiast u innych mniej okazale. Stosunkowo najlepiej wypadły u tych, którzy jeszcze przed zakończeniem urzędowania zadbali o to, aby nadal zajmować eksponowane stanowiska. Jedną z takich możliwości było powołanie do istnienia jednostek organizacyjnych uczelni, w których mogą oni pełnić funkcje kierownicze praktycznie do śmierci. Skromniejszą formą wyróżnienia jest otrzymanie funkcji w różnego rodzaju uczelnianych komisjach i zespołach doradczych lub chociażby stanowiska pełnomocnika do spraw… Byli rektorzy, którzy nie zadbali o swoją porektorską przyszłość albo nie otrzymali od nowych władz uczelni tego, czego chcieli, znajdują sobie miejsca w fundacjach oraz stowarzyszeniach mniej lub bardziej związanych z życiem akademickim. Rzecz jasna, wszystkim byłym pozostaje możliwość pojawiania się na uczelnianych uroczystościach i zajmowania na nich eksponowanych miejsc oraz tytułowanie ich praktycznie dożywotnio „rektorami” lub dziekanami, jednak bez podkreślenia w bezpośrednich kontaktach, że są już tylko byłymi, bowiem stanowiłoby to swoisty nietakt. Jeśli były rektor lub dziekan ma tzw. dobre nazwisko (w polityce wiadomo, co to oznacza), może jeszcze liczyć na zaproszenie do jakiegoś rządowego zespołu doradców, a jeśli potrafi dobrze wypaść przed kamerą telewizyjną, to może liczyć na zaproszenie jako autorytetu w medialnych dyskusjach.
Osobom słabo zorientowanym w rektorskich realiach może się wydawać, że już samo uwolnienie się od tej mitręgi może być nie tyle nagrodą pocieszenia, co nagrodą główną. Tak może faktycznie być w przypadku osób, które przed podjęciem obowiązków prowadziły z dużym zaangażowaniem badania naukowe, a w trakcie ich wykonywania jedynie nieco zwolniły tempo. Pogodzenie tych dwóch istotnie różniących się form aktywności jest jednak bardzo trudne. Często bywa tak, że podjęcie obowiązków rektorskich oznacza zaniedbania w pracy badawczej, a nawet wypadnięcie z tzw. naukowego obiegu (niepozostawanie na bieżąco z tematyką badań i ich efektów, publikowanie wyników swoich badań w znaczących czasopismach). Przyznał to zresztą w rozmowie ze mną jeden z rektorów mojej uczelni, który pełnił funkcję przed dwie kadencje i miał wysoką pozycję w nauce.
Wróć