Rozmowa z dr. hab. Przemysławem Biskupskim z Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej

Fot. Eugeniusz Matejko
Zajmuje się pan badaniami nad rozwojem i przekształceniami przestrzeni miast.
Moje pierwsze badania związane były głównie z kompozycją. Zainteresowałem się szczególnie Poznaniem, ponieważ w ciągu ostatnich 250 lat jego układ kompozycyjny dwukrotnie został diametralnie przekształcony: pierwszy raz w XIX wieku, a drugi raz od 1962 roku, gdy powstał plan ogólny zakładający wyburzenie całego centrum miasta. Wcześniej, do końca XVIII wieku, cechą charakterystyczną Poznania, ale też struktur innych polskich miast, była wielowątkowość. W zdecydowanej większości miasta składały się z istniejących obok siebie niezależnych układów kompozycyjnych.
Zalążkiem było miasto lokacyjne, tzw. miasto pierwotne.
Tak, a rozwój struktur wynikał z kilku czynników. Podstawowym był czynnik własnościowy – właścicielami ziemi, na której rozlokowano Poznań, miasto królewskie, był nie tylko król, ale także Kościół i możnowładcy, i każdy z tych właścicieli prowadził swoją politykę przestrzenną, co powodowało, że budowano obok siebie odrębne elementy. Dochodził jeszcze czynnik społeczny i administracyjny, bo inne prawa mieli mieszkańcy w obrębie miasta lokacyjnego, inne w osadach służebnych, inne w jurydykach. Brałem udział w audycie krajobrazu Wielkopolski organizowanym przez Marszałka Województwa Wielkopolskiego i przebadałem 183 miasta, które miały taki właśnie system osadniczy. Podobnie było gdzie indziej, tę cechę wielowątkowości posiadała np. Warszawa. Natomiast w przypadku Poznania odrębność poszczególnych elementów była podkreślona przez wyjątkowo bogaty układ przyrodniczy w postaci bardzo licznych cieków wodnych. Rozlewiska rzeki Warty i jej dopływy tworzyły kiedyś szereg wysp i na tych wyspach rozlokowano przepiękne krajobrazowo miasto. Jego kształtowanie do końca XVIII wieku było ściśle podporządkowane warunkom naturalnym, które wspaniale wykorzystywano, o czym świadczy chociażby ilość młynów wodnych.

Widok Poznania od Wzgórza Św. Wojciecha
Ten naturalny rozwój nagle zostaje zakłócony – cezurą jest XIX wiek i początek panowania pruskiego, gdy pojawia się koncepcja miasta-twierdzy.
Tak, przychodzi nowy właściciel, który wszystko neguje i wprowadza własny układ. Jeszcze przed rozbiorami Polski Fryderyk Wielki wprowadził na własnym obszarze przepisy, które zakładały przekształcanie miast w taki sposób, aby stało się widoczne, że przynależą do państwa pruskiego. Pretekstem do tych przemian przestrzennych były pożary, które często wybuchały. Gdy miasto, w większości drewniane, się spaliło, wprowadzano zupełnie nowy układ kompozycyjny. Wzorcem stały się projekty F. Coulbera, XVIII-wiecznego filozofa o zacięciu urbanistycznym, zwolennika idei prostych, ortogonalnych układów, która bardzo spodobała się Fryderykowi, a także urzędnikom pruskim.
Te tendencje dotyczyły i urbanistyki, i architektury, gdzie także narzucono pewne schematy.
Zgadza się, wprowadzono wtedy projekty unifikujące. Nowe przestrzenie miast stały się niezwykle monotonne. W momencie, gdy Wielkopolska dostała się pod zabór niemiecki, reguły wprowadzone przez nowego gospodarza zaczęły i u nas obowiązywać. Brałem kiedyś udział w polsko-niemieckiej konferencji, na której jeden z niemieckich prelegentów opowiadał o przekształceniach pruskich miast w XVIII i XIX wieku. Zwrócił on uwagę na to, że w tym czasie miasta te dziwnie często się paliły, co wydaje się nieprzypadkowe.
Obecnie także zdarzają się dziwne pożary, tzw. deweloperskie…
Właśnie, analogia jest tu bardzo trafna. A na początku XIX wieku jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności paliły się: Pyzdry i Gniezno trzykrotnie, Poznań raz a dobrze, podobnie Kalisz, Pleszew i większość dużych miast. W miejsce spalonych obszarów wprowadzano zupełnie inne układy przestrzenne. W Poznaniu zrobiono to po pożarze 1803 roku, gdy spaliła się część miasta lokacyjnego i cała przepiękna osada Garbary. Odbudowano ją już na bazie nudnej ortogonalnej siatki będącej przedłużeniem ulic miasta lokacyjnego. Obecna ulica Garbary właściwie nic ciekawego w sobie nie posiada, oprócz tego, że jest. To była pierwsza forma ingerencji w strukturę miasta. Druga to budowa twierdzy Poznań. W latach 1818-1874 powstały fortyfikacje, które bardzo mocno ingerowały w pewne fragmenty układu przestrzennego, ale podstawowa ingerencja polegała na wprowadzeniu zmian w układach przyrodniczych. Cały przebogaty system wodny Poznania został wprzęgnięty w system fos nowych fortyfikacji, do których przekierowano rzeczki i rzeczułki. Przy fortyfikacjach zbudowano groble i przepusty, których zadaniem było spiętrzenie wody na wypadek przybycia wroga. Jedynie do celów sanitarnych wpuszczono do miasta Bogdankę i Strugę Karmelicką, które pod koniec XIX wieku skanalizowano. I tak ten cały przebogaty układ wodny przestał istnieć. Nowy pierścień obwarowań spowodował, że właściwie całe miasto zostało zamknięte za murami. Wszystkie negatywne strony życia związane z funkcjonowaniem twierdzy opisuje prof. Zofia Ostrowska-Kębłowska w swojej książce Architektura i budownictwo w Poznaniu w latach 1780-1880. Przytacza też relacje ludzi, którzy żyli w ciągłym strachu przed spodziewanym atakiem wroga.

Widok miasta od północy
Podobno budowa twierdzy okazała się przeciwskuteczna dla umocnienia panowania pruskiego, bo ludność niemiecka zaczęła emigrować z Poznania.
Tak naprawdę twierdza nie służyła obronie przed wrogami, bo wiek XIX był okresem, gdy relacje rosyjsko-pruskie były bardzo poprawne. Dopiero I wojna światowa spowodowała, że Rosjanie i Niemcy znaleźli się po dwóch różnych stronach barykady.
Skąd więc pomysł na budowę twierdzy?
Wypowiedź jednego z twórców twierdzy Poznań, generała pruskiego Carla von Grollmana, nie pozostawia większych wątpliwości. W liście napisanym w 1817 roku do Fryderyka Wielkiego stwierdza, że Poznań musi być twierdzą, bo umacnia to ideę, że Prusy nigdy nie odstąpią tak potrzebnych im ziem i jednym ciosem zmiażdżą odwieczne knowania i intrygi Polaków. Twierdza Poznań była tak naprawdę więzieniem dla polskiego społeczeństwa. Zamkniecie za murami zahamowało przestrzenny rozwój miasta na całe sto lat. Jednakże to co było najgorsze, to przyznany równolegle z budową fortyfikacji status miasta garnizonowego bez szkolnictwa wyższego i średniego, tylko z podstawowym, bez elementów kultury wyższego rzędu, bez przemysłu, bez infrastruktury: kanalizacji, wodociągów. Dla miast w XIX wieku były to kluczowe czynniki mające wpływ na ich rozwój. Jedynym elementem z listy ówczesnych cywilizacyjnych potrzeb był powstały na Placu Wolności budynek teatru, ale nawet widzowie niemieccy utyskiwali na poziom i repertuar tego teatru. Dopiero po wielu latach starań władze pruskie wyraziły zgodę na utworzenie w mieście dwóch szkół średnich. Poznań ze swoimi aspiracjami uniwersyteckimi został zredukowany do poziomu miasta mało znaczącego i peryferyjnego.
Poznań jest więc modelowym przykładem niszczenia miasta w jego tkance urbanistycznej, społecznej i kulturowej poprzez realizację ideologicznych założeń.

Wzgórze Przemysła
Tak. Niestety co jakiś czas kolportowane są opinie, że Prusacy w XIX wieku nas cywilizowali. Oglądałem film dokumentalny w koprodukcji polsko-niemieckiej, który opowiadał o niemieckim poecie Hoffmannie, przebywającym w Poznaniu na początku XIX wieku. Epizod poznański służył ukazaniu relacji polsko-niemieckich. I nagle w filmie na tle Wzgórza Przemysła pojawił się etnograf, który zaczął opowiadać jak to dla ucywilizowania miasta Poznania władze pruskie na początku XIX wieku wprowadziły nowy plan zagospodarowania. Nie wiem doprawdy, jak na temat jakości przestrzeni miasta może się wypowiadać człowiek, który nie wie, jak wyglądała kiedyś ta przestrzeń. Najwyraźniej problematyka ukształtowania Poznania z okresu przedrozbiorowego nie została dotychczas dostatecznie zbadana. Wszystko to stało się inspiracją do badań, których głównym celem było odtworzenie krajobrazu Poznania z XVIII wieku. Postanowiłem zbadać ten problem, analizując 29 jednostek osadniczych, które w XVIII wieku współtworzyły ówczesny pejzaż. Analizie zostały poddane takie elementy dawnego krajobrazu jak: układ wodny, ukształtowanie terenu, układ posesji, zabudowa, zagospodarowanie poszczególnych działek, układ komunikacyjny i zieleń. Wszystkie te elementy zostały odtworzone. Efektem moich wieloletnich badań jest wizualizacja krajobrazu miasta.
Wykonał pan ogromną pracę. Wirtualna podróż po osiemnastowiecznym mieście i okolicach jest fascynująca, ale i przejmująca zarazem, biorąc pod uwagę współczesny krajobraz. Silne wrażenie wywołuje ostatni akcent – odsłonięcie okien pracowni z widokiem na obecne centrum miasta, w kontekście obrazu, który widzieliśmy przed chwilą na ekranie komputera…
(I tu dołącza prof. Eugeniusz Matejko, który dotychczas przysłuchiwał się rozmowie.)
E. Matejko: A jak widzisz rolę Władysława Czarneckiego, który przed II wojną wprowadzał w Poznaniu kliny zieleni? – czy zostało coś z jego koncepcji?
Tak, to była krótka pozytywna przerwa, krótki okres, gdy rzeczywiście byliśmy wolni i decydowaliśmy o sobie…
K. Matuszewska: Przejdźmy teraz do kolejnych radykalnych zmian dokonanych już w XX wieku.
Drugi okres zmian w przestrzeni miejskiej to lata 60. XX wieku i nowy plan ogólny zatwierdzony przez Radę Ministrów w 1962 roku, zakładający wyburzenie całego centrum miasta, wprowadzenie w tym miejscu nowej formy zabudowy, m.in. wieżowców na Piekarach i Św. Marcinie, zasypanie starego koryta Warty, stworzenie nowego układu komunikacyjnego.
Czyli „odwrócenie miasta plecami do rzeki” negatywnie komentowane przez wielu urbanistów. Decyzję o zmianie koryta Warty uzasadniano m.in względami przeciwpowodziowymi.
Przede wszystkim jednak chodziło o unifikację zabudowy i podporządkowanie nowemu systemowi komunikacyjnemu. Komuna cierpiała na coś takiego jak kontrola, według myśli naszego „wielkiego ideologa demokracji” Feliksa Dzierżyńskiego, który twierdził, że kontrola jest najwyższą formą zaufania. Proszę zauważyć, że w wielu większych miastach naszego kraju wprowadzono w tym czasie nowy system komunikacyjny.
Tak zwane ramy komunikacyjne.
Tak, realizowane według idei modernistycznej miasta sieciowego, z dwupasmowym układem komunikacyjnym i rondami.
W Poznaniu odcięto wówczas od śródmieścia Ostrów Tumski z katedrą i budynkami kurii metropolitarnej.

Ulica Mostowa
Niestety w znaczącej części zrealizowano ten fatalny plan. Chodziło o kontrolę i jak najszybszą możliwość spacyfikowania ewentualnych rozruchów, temu właśnie miał służyć nowy układ. Zaważyły czynniki czysto polityczne i podobnie jak w XIX wieku zanegowano istniejącą przestrzeń.
W swoich badaniach opisuje pan palinosemiotyczny i addytywny proces rozwoju struktury miejskiej. Co jest istotą tych procesów?
Palimpsest to metoda stosowana w piśmiennictwie od starożytności, polegająca na wydrapywaniu z pergaminu istniejącego tekstu i wpisywaniu w to miejsce następnego. Wykorzystywano w ten sposób powtórnie pergamin ze względu na jego koszt. To bardzo ładnie pasuje do zjawiska przekształcania miast. Poznań ten palimpsestowy proces przechodził dwukrotnie i efekty są fatalne. Zdewastowano przyrodnicze i historyczne układy przestrzenne, tymczasem miasto bez historii już nie jest tym samym miastem, pozostaje tylko substancja budowlana, co ma bezpośredni wpływ na relacje społeczne i jakość społeczeństwa żyjącego w takim obszarze. Proces addytywny jest odmiennym procesem i polega na budowaniu kolejnych elementów obok siebie na zasadzie wartości dodanej. Gdy pojawi się konieczność rozbudowy, wprowadza się nowy element i buduje się relacje z tym, co już istniało, nie ingerując w zastaną strukturę miejską.
Opisuje pan fazy takiego rozwoju: miasto pierwotne, wtórne, potem pojawienie się stacji kolejowej, budowa domów wzdłuż drogi biegnącej do stacji…
Widać wtedy doskonale proces kształtowania przestrzeni zapisanej z całą historią miasta i życia kolejnych pokoleń, gromadzenie różnych stylów, mód, różnych kierunków myślenia o rozwoju. Taką sytuację mamy np. we Florencji albo w innych miastach odwiedzanych przez rzesze turystów. We Florencji możemy zobaczyć poszczególne etapy rozwoju przestrzeni – od obozu rzymskiego aż po czasy współczesne, pomimo że układ przyrodniczy nie jest imponujący. W Polsce z procesem addytywnym mamy do czynienia przede wszystkim w Krakowie, ale też np. w Grodzisku Wielkopolskim.
E. Matejko: Dorzucę taką uwagę: kiedyś czytałem, że gdy Jan Matejko spacerował po Krakowie, nie wychodził poza obręb starego miasta: Wawel, sukiennice, Kościół Mariacki. Akademia powstała już poza plantami, ale całkiem blisko barbakanu. Kiedyś jednak artysta musiał wybrać się dalej i zdziwił się ogromnie rozbudową XIX-wiecznego Krakowa. Powiedział potem swojemu sekretarzowi, przyjacielowi Marianowi Gorzkowskiemu: „Słuchaj, przecież tu powstało mnóstwo kamienic, całe nowe miasto!”. Matejko był zaangażowany w ochronę zabytków Krakowa, bronił przed rozbiórką średniowieczny kościół św. Ducha, który jednak został zburzony, a na jego miejscu wzniesiono teatr na planie koła, co było urbanistycznie niefortunne.
Przykład Krakowa pokazuje, jak mocno działa polityka. Mało kto pamięta, że do 1848 roku istniała Rzeczpospolita Krakowska, czyli pewna forma samorządności w obrębie zaboru austriackiego. W tym czasie Kraków zadecydował o swoim rozwoju w taki sposób: zachowujemy wszystkie elementy historyczne, tworzymy planty, budujemy naokoło elementy nowe, ale stary układ pozostaje niezmieniony. Jak w 1848 roku weszło wojsko austriackie, to usankcjonowało ten porządek. Ale gdyby wcześniej nie zapadły dobre decyzje, nie byłoby takiego Krakowa.
A jakie zjawiska występujące we współczesnej urbanistyce są szczególnie niebezpieczne?
Mamy tu wiele czynników, ale jednym z najistotniejszych jest proces zwany urban sprawl, czyli rozpełzanie się miasta spowodowane głównie ucieczką ludności z obszarów centralnych na peryferie. W ostatnich dziesięcioleciach w obszarach centralnych standard zamieszkiwania znacząco się obniżył. Przyczyniła się do tego budowa nowych tras komunikacyjnych, bo jaka jest przyjemność mieszkania w kamienicy położonej przy trasie, gdzie tworzą się korki: przejeżdża samochód za samochodem, trąbią, smrodzą… Z centrów miast wyprowadzają się ludzie wykształceni o większych możliwościach finansowych, a pozostają ci o mniejszych możliwościach i mniejszej zaradności. Powoduje to polaryzację społeczną, tworzą się getta: bogate suburbia i biedne centra miast. Gdy spojrzymy na statystyki, to największa przestępczość i inne negatywne zjawiska społeczne kumulują się w obszarach centralnych. Tymczasem miasta powinny prowadzić taką politykę, żeby wzmacniać i ulepszać obszar centralny, aby zatrzymać tam społeczność. Rozpełzanie się miasta powoduje gigantyczne koszty związane z budową sieci infrastruktury: kanalizacji, wodociągów, dróg, linii energetycznych itp. Mój kolega prowadził badania, w których porównywał dwa bliźniacze miasta: Atlantę i Barcelonę. Powierzchnia Atlanty jest trzydzieści razy większa niż powierzchnia Barcelony, co generuje ogromne koszty życia. W Barcelonie taki Alonzo zejdzie sobie w szlafroku do sklepiku po mleko i bułki, przy okazji porozmawia z Conchitą zza lady. Natomiast mieszkaniec Atlanty, żeby zrobić podobne zakupy musi wsiąść w samochód i przejechać pięć kilometrów. W USA życie bez samochodu jest niemożliwe, w wielu miejscach nawet chodników nie ma. To wszystko wpływa na zubożenie życia społecznego, pewnych kodów kulturowych i obyczajów.
Co pan powie na temat polskiej ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym z 2003 roku?
Do 2003 roku mieliśmy układ trójstopniowy: plan ogólny, plan szczegółowy i miejscowy plan. Każdy następny doprecyzowywał swoją skalą konkretną przestrzeń. Zrezygnowano z tego na rzecz miejscowego planu i studium uwarunkowań, które przypomina dawny plan ogólny, ale nie jest aktem prawnym, więc de facto nie obowiązuje, można się do niego dostosować, ale nie trzeba. To spowodowało rozwój architektury deweloperskiej, obok pięknego domu o historycznej metryce może powstać jakiś przeskalowany gigant. Ciągnące się osiedla projektowane na zasadzie „kopiuj-wklej” są wynikiem stosowania miejscowych planów zagospodarowania wyłącznie na pewnych wąskich fragmentach działek wykupionych przez dewelopera od rolnika, który wcześniej uprawiał tam pole. Dlatego często mówi się, że to jest urbanistyka łanowa. Zjawiska te są fatalne dla naszego krajobrazu, nie mówiąc już o budowaniu relacji społecznych.

Ulica Szyperska
Zadam naiwne pytanie, dlaczego tak się stało? Czy może zaważyły naciski lobby deweloperskiego?
Nie wiem, co zaważyło, ale wiadomo, kto jest za to odpowiedzialny – ówczesny minister infrastruktury w rządzie SLD. Opinie urbanistów są jednoznaczne: ustawa przyczyniła się do degradacji i autentycznego niszczenia krajobrazu polskich miast.
Przed kilku laty rozmawiałam z prof. Krystyną Guranowską-Gruszecką, która stwierdziła, że w przypadku Warszawy 40% powierzchni miasta jest jeszcze pokryte planami miejscowymi, ale w 60% wydawane są tylko decyzje o warunkach zabudowy.
Ale co z tego, że coś jest pokryte planem, skoro jeden plan z drugim nie ma nic wspólnego? Przyszłe pokolenia będą przeklinać nas za podjęte decyzje, zezwalające na takie kształtowanie przestrzeni. W sposób znaczący deprecjonuje się zawód urbanisty, to akurat pal sześć, ale przede wszystkim niszczy się krajobraz i obniża się jakość przestrzeni.
Jakie są w tej sytuacji propozycje polskich urbanistów?
Powrót do ogólnego, szczegółowego i miejscowego planu zagospodarowania, czyli do trójstopniowego sposobu kształtowania krajobrazu w skali ogólnopolskiej, a także zmiany prawne związane z deweloperką. Podam przykład: we Francji, gdy klient kupuje mieszkanie u dewelopera, to nie rozmawia z deweloperem, tylko z bankiem, który zajmuje się inwestycjami, a bank poprzez prawników kontaktuje się z deweloperem. To ustawia dewelopera we właściwym miejscu. U nas całe budownictwo mieszkaniowe jest w rękach deweloperskich, to oczywista patologia. Deweloperka powinna być tylko pewnym fragmentem, bardziej powinno rozwijać się budownictwo indywidualne oraz społeczne, finansowane przez miasto. Dobre układy kompozycyjne miast powinny być tak skonstruowane, aby tworzyć system, dzięki któremu człowiek żyjący w danej przestrzeni nie tylko będzie zużywał jak najmniej energii, ale również utożsamiał się z danym miejscem, uważał je za swoje. Jest to podstawowy czynnik budowania relacji społecznych. A więc nie chodzi tu tylko o dostępność i bliskość miejsc istotnych dla funkcjonowania mieszkańców, ale również o budowanie przestrzeni przyjaznej.
Zgodnie z ideą miasta piętnastominutowego?
Tak. I kompozycja temu służy, a jej brak powoduje chaos przestrzenny i utratę energii. Układ kompozycyjny nie jest fantasmagorią, a tworzeniem bardzo racjonalnej i zrozumiałej przestrzeni. Na Zachodzie urzędy miejskie często dysponują wielkimi makietami miast. Projektant przychodzi z makietą budynku lub całego osiedla w odpowiedniej skali, wstawia to w miejscu, gdzie ma być, a potem przychodzi komisja i patrzy, czy dom albo osiedle pasuje do istniejącej przestrzeni i jak będą oddziaływały. Makieta wszystko pokazuje, negliżuje wszystkie ujemne strony. Miałem kiedyś znajomego, który mieszkał w miasteczku niedaleko Lourdes. Gdy przyjechał do Polski, pokazał mi projekt, który oddaje do francuskiego urzędu. To było tylko kilka stron: wyznaczona pierzeja, pokazanie, jak dom będzie wyglądał w tej pierzei, rzut, przekrój i koniec. Miasto tylko tym powinno się interesować, a wszelkie sprawy związane z funkcjonowaniem, trwałością, konstrukcją budynku regulują inne przepisy prawne, gdyż to jest sprawa techniczna i funkcjonalna. Architekt, stawiając pieczątkę, odpowiada za to, żeby budynek funkcjonował w sposób niezakłócony przez jakieś pięćdziesiąt lat. Proste?
Proste – tylko wdrożyć.
E. Matejko: Co myślisz o utopijnej idei Hansena, który chciał stworzyć koncepcję urbanistyczną całej Polski. Miał taki pomysł, żeby wzdłuż głównych rzek zrobić ciągi komunikacyjne. Osiedla byłyby usytuowane wzdłuż tych ciągów, czyli mamy łatwą komunikację: wychodzimy z mieszkania, a na zewnątrz pola, lasy, ptactwo…
Przypomina mi się idea miasta liniowego Arturo Soria y Maty z Hiszpanii. Tylko, że mało kto wie, że on chciał tym miastem liniowym połączyć Madryt z Moskwą (śmiech).
K. Matuszewska: Na szczęście nasze główne rzeki płyną z południa na północ (śmiech).
Rozmawiała Krystyna Matuszewska
„Genialna i unikalna scenografia dana nam przez przyrodę i umiejętnie uzupełniona przez przestrzeń stworzoną przez pokolenia naszych przodków, została okrojona i zredukowana do poziomu tandetnej ortogonalności. (…) jest to (…) efekt sprawnie przeprowadzonej w przeszłości kulturowej lobotomii, której celem była pełna kontrola podbitego narodu, a nie piękno otaczającego krajobrazu”.
Cytat z książki dr. hab. inż. arch. Przemysława Biskupskiego – odautorska refleksja na temat rozwoju przestrzennego Poznania w ostatnich dwóch stuleciach