Leszek Szaruga

Źródło: Wikipedia
Wszystko wskazuje na to, że jeśli się coś nagle nie zawali i nie poplącze, od nowego roku akademickiego nasza Katedra Studiów Interkulturowych Europy Środkowo-Wschodniej przy Wydziale Lingwistyki Stosowanej UW przekształcona zostanie, podjętą już decyzją Rady Wydziału, w Instytut. A to oznacza konieczność przemyślenia na nowo naszej działalności naukowo-badawczej, podjęcia próby podsumowania dotychczasowych przedsięwzięć, które mają też swój wyraz w publikacjach pracowników, a wreszcie nakreślenia dalszych perspektyw działań na polu pozornie już nieźle zagospodarowanym, lecz w zmieniających się okolicznościach, zarówno politycznych, jak metodologicznych, wymagających czasem nawet bardzo daleko idących przewartościowań, które zależne są od wyszukiwania nowych perspektyw badawczych.
O problemach związanych z kwestią określenia przedmiotu naszych zainteresowań, jakim jest Europa Środkowo-Wschodnia, już tu niedawno pisałem. W moim przekonaniu mamy do czynienia ze zjawiskiem już historycznym, co nie znaczy, że z punktu widzenia współczesności zamkniętym w czasie przeszłym. Może nawet ma ona do odegrania ważną rolę w kształtowaniu przyszłości kontynentu, co oczywiście wymaga reinterpretacji dotychczasowych ustaleń, być może nawet głębokiej dekonstrukcji poczynionych rozpoznań, uwzględnienia czynników w ich podejmowaniu pomijanych bądź niedostrzeganych, a z dzisiejszego punktu widzenia zmuszających do ich ponowienia. Takim czynnikiem jest choćby – by przy tym tylko pozostać – próba odpowiedzi na pytanie o to, czy i jaką rolę odgrywa w obecnych okolicznościach pamięć pozbawienia krajów tego regionu przez dwa stulecia politycznej podmiotowości: jaki ma wpływ na poczucie tożsamości społeczeństw tych państw i jak wpływa na relacje z partnerami, którym podobnych doświadczeń historia oszczędziła.
Jednocześnie, gdy myślę o perspektywie prac Instytutu, zastanawiam się nad kondycją intelektualną naszych przyszłych studentów. Nie chodzi o to, że są słabo wykształceni – szkoła do matury właściwie wciąż jeszcze wyłącznie naucza, dostarcza materii, której esencja zawarta jest w słynnych „podstawach programowych” poszczególnych przedmiotów, programy zaś polegają na ogół na opanowywaniu materiału „odtąd-dotąd”, na co zresztą wciąż brakuje czasu i zwłaszcza w przedmiotach humanistycznych na ogół do współczesności się nie dociera. Niemniej szkoła lepiej lub gorzej uczy, ale w niemal żadnej mierze nie przygotowuje do studiowana. Rzecz wychodzi na jaw w momencie, w którym studentki i studenci mają określić temat pracy licencjackiej (diabelski wynalazek) czy magisterskiej. W olbrzymiej większości są wobec takiego wyzwania bezradni i oczekują podsunięcia im jakiegoś interesującego tematu.
Nie mogę zapomnieć chwili, gdy przed laty, w trakcie takiej rozmowy studentka zadecydowała, że owszem, z chęcią napisze pracę magisterską o stosunkach polsko-niemieckich po II wojnie światowej. W dalszym przebiegu dyskusji zorientowałem się ze zdumieniem, że dziewczyna nie wie nic o istnieniu NRD. Tak po prostu – nie wiedziała. Gdy natomiast zaproponowałem, by napisała pracę (no przecież nie doktorat, a zatem bez konieczności dowodzenia wysokich kompetencji „w temacie”) nie tylko o stosunkach polsko niemieckich, ale jednocześnie też o stosunkach niemiecko-polskich, przerażona wycofała się z tego projektu, obawiając się, że taka asymetryczność może okazać się nie do opanowania. A przytaczam tą anegdotę – podobnych zapewne koleżanki i koledzy mogą cytować bez liku – nie po to, by narzekać na „niski poziom” studentki, lecz po to, by podnieść nie tylko braki w wiedzy dotyczącej faktów (na tym można złapać prawie każdego, założę się, że połowa naszego środowiska nie zdawała sobie sprawy z faktu, że stała granica polsko-turecka istniała od 1678 do pierwszego rozbioru Polski, zresztą przez Turcję nieuznawanego), ale także po to, by zwrócić uwagę na to, że nasi studenci mają od biedy pojęcie o uczeniu się, ale już o samodzielnym studiowaniu niewiele wiedzą, stąd domaganie się podyktowania im tematów prac.
Nie lubię tych chwil, gdyż dowodzą, że większość przychodzi na uczelnię bez skonkretyzowanych planów, a nawet bez jakichś rozwiniętych zainteresowań, nie mówiąc już o pasji. Dyktowanie tematów to jakby przymuszanie ich do „odrobienia lekcji”, gdy w moim, może naiwnym pojmowaniu sprawy, właśnie pisanie owych prac winno sprawiać im przyjemność, być wyrazem ich autentycznych poznawczych aspiracji. I tak sobie myślę, że byłoby wspaniałą rzeczą, gdybyśmy potrafili tak głęboko zreformować cały system szkolnictwa – a była na to szansa w swoistej luce historycznej w okresie transformacji – by szkoła uczyła studiować, była wprowadzeniem na ścieżkę samodzielnego zdobywania i spożytkowywania wiedzy. Nie znaczy to, że zmniejszyłoby to obciążenia, zapewne nawet by je zwiększyło, ale też byłoby źródłem autentycznej satysfakcji nie tylko ze zdobycia dyplomu licencjackiego bądź magisterskiego, ale przede wszystkim ze sprostania wyzwaniu, które się rzuciło samemu czy samej sobie.
Wróć