Dariusz Kulesza

Z moich lektur wynika, że najwybitniejszym polskim prozaikiem przełomu XX i XXI wieku jest Wiesław Myśliwski, autor Kamienia na kamieniu, jedynej spełnionej epopei naszej powojennej literatury, pierwszej o znaczeniu porównywalnym z Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza. Fot. PAP/T. Gzell. Źródło: dzieje.pl
Historia literatury wraca. W nowej postaci, z nowymi defektami, ale jest. Niektórzy ją odnajdują w okolicach literackich przewodników turystycznych, rozmów czy dzienników. Inni piszą nowe historycznoliterackie syntezy. Niebezinteresowne. W rezultacie historii literatury z jednej strony zagraża rozpłynięcie się w formach dowolnych: granicznie hybrydycznych, a z drugiej zaangażowany udział w walce już nie o literaturę, ale wiedzę i pamięć o niej wykorzystywaną w aktualnych sporach politycznych. Czy w konfrontowaniu gatunkowej dowolności z historycznoliterackim modelowaniem tożsamości obywatelskiej osobista historia literatury ma cokolwiek do powiedzenia?
Najpierw świat, chociaż ile razy można powtarzać, że Fukuyama miał rację? W 1989 roku należało odnotować koniec historii, nawet jeśli niebawem miała się ona zacząć od nowa, m.in. według reguł zderzenia cywilizacji odnotowanych przez Samuela Huntingtona. Koniec historii i konflikt jako jej ciąg dalszy. Na tym tle atrakcyjnie prezentują się skrzydlate już słowa Françoisa Lyotarda, zazwyczaj nadinterpretowane, o końcu wielkich narracji, a wśród nich także tej najważniejszej z literaturoznawczego punktu widzenia: historycznoliterackiej. Jakby tego było mało, Jacques Derrida przesądził sprawę traktowania literatury w kategoriach całości i sensu, uruchamiając wielką operację postmodernistycznej dekonstrukcji. Także historycznoliterackich syntez.
Powyższy obraz, obrazoburczo skrótowy, miał i ma swoje konsekwencje w naszym kraju. Najpierw, w 1993 roku, Teresa Walas retorycznie pytała, czy jest możliwa inna historia literatury? (Inna zwłaszcza niż ta, jaką za Henrykiem Wölfflinem w postaci sinusoidy przeciwstawiającej sobie prądy romantyczne i klasyczne sprowadził z Niemiec do Polski Julian Krzyżanowski). Czternaście lat później, w roku 2007, Teresa Walas odpowiedziała na pytanie o inną historię literatury, zwracając uwagę na użyteczność encyklopedycznych i kronikarskich ujęć historycznoliterackich. Zatem nie wszystko stracone. Przynajmniej ze względu na przetrwanie historii literatury.
Najpierw Polska. Jeśli dzisiaj, to w trzeciej dekadzie XXI wieku, bo w 2021 roku ukazała się książka Joanny Maj Nowe historie literatury. Nowe na pewno, ale czy historie literatury? Jeśli syntezy są niemożliwe, to może nie pozostaje nic innego niż akceptacja Wizualnych historii literatury albo Form hybrydycznych i pogranicznych… opisanych przez Joannę Maj. A gdyby czytelników zainteresowanych historią literatury nie przekonały literackie przewodniki turystyczne czy historycznoliterackie rozmowy, zapewne mało kto spośród nich zdoła się oprzeć urokowi dziennika Małgorzaty Baranowskiej, literaturoznawczyni z IBL PAN, poetki i przyjaciółki poetów, zatytułowanego Prywatna historia poezji (1999). Drugą jego część zatytułowaną Prywatna historia poezji i koniec wieku opublikowano pięć lat po śmierci autorki, w roku 2017.
Problem (?) w tym, że syntezy historycznoliterackie nie tylko są możliwe, ale także bywają publikowane. Nie jesteśmy więc skazani na formy nazbyt pojemne, hybrydyczne i pograniczne. Nie musimy poprzestawać na niepozbawionych uroku prywatnych opowieściach uwikłanych w historycznoliteracki kontekst. Zainteresowani historią literatury możemy, a chyba nawet powinniśmy konfrontować się głównie z syntezami, takimi jak Historia literatury polskiej Anny Nasiłowskiej (pierwsze wydanie: 2019, wydanie drugie: 2022). Konfrontacja ta jest zasadna, chociaż jako adresatów tej książki wskazuje się odbiorców „nierodzimych”, a jej konto obciążają błędy w rodzaju: płk Michał Wołodyjowski z Trylogii Sienkiewicza zginął w Barze (a nie w Kamieńcu). Potrzebę konfrontowania się z historycznoliteracką syntezą Anny Nasiłowskiej skutecznie, choć pewnie mimowolnie, podkreślił jeden z recenzentów tej książki, Andrzej Skrendo, który na łamach „Tekstów Drugich” zacytował Annę Nasiłowską, wskazując Piotra Skargę jako postać szczególnie przez nią nielubianą: „Jako duchowny głosił kazania o treściach politycznych – nie był tu pierwszy, ale to on stał się symbolem idei, że Polska powinna być katolicka, a wiara jest gwarancją jedności, cnoty i boskiej opieki. (…) Obrazowy styl i dobra polszczyzna sprawiły, że [jego] dzieło [żywoty i kazania] były w użytku przeszło trzysta lat, przyczyniając się do utrwalenia archaicznych cech dewocji katolickiej”.
W podsumowaniu recenzji Skrendo nie bez związku z cytowaną wyżej oceną Skargi napisał: „Historia literatury polskiej Anny Nasiłowskiej wydaje się dziełem nadzwyczaj udanie zbalansowanym: wyciąga wnioski z dokonujących się w kulturze zmian, lecz im się nie poddaje; jest nowatorska, ale zachowuje silne związki z tradycją i ostatecznie tradycję podtrzymuje; stanowi dokonanie autorskie, a zarazem dzięki swemu zdyscyplinowaniu przekazuje wiarygodny i spójny obraz przeszłości. Ostatecznie – mocno odróżnia «wartości trwałe», od tych, «które należało i należy w narodzie tępić». I bardzo dobrze”.

Poezja Marcina Świetlickiego niezmiennie pozostaje najważniejszym literackim znakiem wejścia w III RP. Źródło: Wikipedia
Moim zdaniem jednak nie najlepiej. Mniejsza nawet o to, jak Nasiłowska i Skrendo oceniają dorobek Piotra Skargi. Rzecz w tym, że Historia literatury polskiej napisana przez Annę Nasiłowską i zrecenzowana przez Andrzeja Skrendę traci cechy historycznoliterackiej syntezy, przyjmując jedną, pozaliteracką perspektywę wartościowania dzieł i faktów będących jej przedmiotem. Żeby tego uniknąć, tworząc tekst tego rodzaju, wystarczy jasno i wprost określić determinujący go literaturoznawczy punkt widzenia. W innej sytuacji grozi nam nie tyle historycznoliteracka konfrontacja, by nie powiedzieć walka, ile uzurpacja, polegająca na takim traktowaniu historycznoliterackich ujęć innych niż nasze, jakby ich w ogóle nie było.
Ciekawe, że na świecie, zwłaszcza tym określanym mianem Zachodu, którego część przecież stanowimy, historia literatury ma się dużo lepiej niż u nas. Wystarczy wskazać A New History of French Literature z 1989 roku i A New History of German Literature z roku 2004. W obu przypadkach mamy do czynienia z dziełami gigantycznych rozmiarów, przygotowanymi przez zastępy badaczy związanych z najwyżej cenionymi uniwersytetami świata i adresowanymi także do tzw. masowego czytelnika. Wystarczyło zebrać najlepszych autorów i zgodnie z ich kompetencjami dać im do napisania chronologicznie uporządkowane eseje o najważniejszych twórcach, dziełach, wydarzeniach i tematach tworzących francuską i niemiecką literaturę. To się czyta. Wiem, bo smakowałem. Nie chcę pisać o tym, dlaczego taka historia literatury współcześnie wydaje się w naszym kraju niemożliwa. Wolę przedstawić swój sposób mierzenia się z aktualnymi historycznoliterackimi wyzwaniami zanotowany w książce Osobista historia polskiej literatury powojennej.
Przyznaję, wzorzec anglojęzyczny ma dla mnie znaczenie. Nie będę jednak udawał, że udało mi się przygotować dwadzieścia kilka podobnych esejów relacjonujących historię literatury powojennej Polski. Udało mi się (?) coś innego. Dokonałem wyboru najważniejszych kategorii, moim zdaniem konstytutywnych dla historycznoliterackiej, powojennej opowieści. I tematów, które opowieść tę narracyjnie scalają. Najważniejsze kategorie to synteza i przełom. Scalające i powracające tematy to polityka i romantyzm. Jeśli wielka historycznoliteracka synteza nie jest możliwa, to warto przynajmniej próbować mierzyć się z syntezami mniejszymi, o ograniczonym zakresie, opisującymi np. polską literaturę obozową, tym bardziej że całościowe omówienie tego, co lagrowe i łagrowe, nie tylko nie istnieje, ale może nawet nie powinno powstać. Inna niemożliwa, choć tylko fragmentaryczna synteza dotyczy polskiej prozy przełomu XX i XXI wieku. Niemożliwa, bo jej przedmiotem są teksty, które wciąż powstają, ale przecież już teraz warto zaryzykować nieco enigmatyczną tezę w rodzaju: klasycy (na literackim Parnasie) panują, panowie (głównie) pamiętają, a piszące panie (przede wszystkim) walczą. Polska poezja współczesna też daje się syntetyzować, nawet ta, która powstaje po 1989 roku, zwłaszcza jeśli bywa przedmiotem antologii i to opublikowanej poza krajem, w Stanach Zjednoczonych. Obozy, proza, poezja – syntetyzujące przekroje bywają też innego rodzaju, jeden z nich determinuje kategoria sacrum. Staram się opowiedzieć o jej literackich losach zarówno w PRL-u, jak i w III RP.
Kiedy syntezy okazują się niemożliwe, jednym z najcenniejszych tropów historii literatury okazuje się przełom czy choćby jego ślad. Znaczenie tej kategorii wzrosło po roku 1989 dzięki książce Przemysława Czaplińskiego poświęconej polskiej prozie lat 1976-1996. Proces historycznoliteracki może wymknąć się spod kontroli, ale zmiany i zwroty pozostają i mogą okazać się na tyle ważne, że budowanie na nich czy wokół nich historii literatury ma sens. Dlatego w swojej osobistej historii literatury piszę o przełomowym znaczeniu lat 1944-1948, a Gnój Wojciecha Kuczoka jako istotny dla przełomu roku 1989 staram się dołączyć do poezji Marcina Świetlickiego, która niezmiennie pozostaje najważniejszym literackim znakiem wejścia w III RP.
Najważniejsze są trzy przełomy decydujące o strukturze książki, rozstrzygające o historii polskiej literatury powojennej. Każdy z nich wskazuje czas i proces wychodzenia z trzech kolejnych, niewspółmiernych katastrof historycznych. Lata 1944-1948 to wychodzenie z II wojny światowej, największej katastrofy XX wieku. Rok 1956, kojarzony zwłaszcza z Październikiem, to uwalnianie się z opresji stalinowsko-socrealistycznej. I wreszcie wyborczy czerwiec 1989 roku, w odróżnieniu od Października roku 1956 pisany małą literą, cezura kończąca PRL i rozpoczynająca III RP. Trzy katastrofy, trzy wyzwolenia, trzy przełomy rewolucyjnie zmieniające polską literaturę. Ważniejszych nie było, chociaż w swojej książce odnotowuję też inne istotne przełomy/punkty zwrotne, takie jak Marzec 1968 roku: wydarzenie pokoleniowe nie tylko dla poetów Nowej Fali, twórców ważnych m.in. jako ci, którzy (współ)decydowali o literackim języku polskiej opozycji; rok 1975: związany z Marcem ‘68, m.in. za sprawą Nowej Fali, kończący monopol Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na prowadzenie tzw. polityki kulturalnej, rozpoczynający funkcjonowanie niezależnego obiegu literackiego, w prozie naznaczony sylwami Tadeusza Konwickiego, z których pierwsza, Kalendarz i klepsydra, ukazała się w 1976 roku, wskazując początek wielkiej kariery tego, co niefikcjonalne w naszej literaturze; czy wreszcie 13 grudnia 1981 roku, czyli początek stanu wojennego: przełom ważny przede wszystkim z politycznego punktu widzenia, w literaturze wart odnotowania z co najmniej dwóch powodów. Powód pierwszy: w czasie stanu wojennego doszło do cennego, bo rzadkiego współdziałania twórców polskiej literatury niezależnie od dzielących ich różnic generacyjnych czy rozmaitości wybieranych przez nich estetyk. Powód drugi: 13 grudnia 1981 roku, nie będąc przełomem literackim pierwszorzędnego znaczenia, potwierdza konstytutywną zasadę polskiej literatury powojennej, obowiązującą przede wszystkim w latach 1944-1989, ale także po roku 1989, mimo nadziei związanych z pierwszym, „Świetlickim” okresem III RP. Zasada ta daje się sprowadzić do tego, że nasza literatura skazana jest na politykę, pozostaje od niej uzależniona, dzieje się w związku z jej kalendarzem, mierzonym datami politycznych zmian, przewrotów, przejęć władzy. Można traktować tę zależność jako patologiczną. Można wskazywać jej nieuchronność. Można też było oczekiwać, że po 1989 roku, w III RP literatura odwróci się od polityki. Tak się jednak nie stało. Polityka wciąż nie daje literaturze odetchnąć.

Syntezy i przełomy, polityka i romantyzm. Dwie pierwsze kategorie i dwa następne tematy tworzą moją historycznoliteracką opowieść. Decydują o jej charakterze i spójności. Łatwo przecież dostrzec związek między przełomami i polityką, zarówno niewątpliwy, a nawet konstytutywny, jak i niepokojący, wręcz dramatyzujący historię polskiej literatury powojennej. Powagi sprawie dodaje kontekst romantyzmu, otwierający to, co powojenne, na przeszłość sięgającą co najmniej po wiek XIX, po czas decydujący zarówno o naszej narodowej tożsamości, jak i charakterze naszej literatury, wolnej od egzystencjalnej bezinteresowności, skazanej na mierzenie się z historią, reagowanie na nią, realizującej konsekwentnie i stale, aż po współczesność, tyrtejsko-mesjanistyczną misję uczenia Polaków reagowania na dziejowe katastrofy i permanentne (geo)polityczne zagrożenia. Romantyzm to jeden z najważniejszych tematów mojej książki, dlatego że w związku z nim wraca pytanie o to, komu ma służyć polska literatura, wspólnocie zwanej niegdyś przede wszystkim narodową, skazanej na zmaganie się z historią czy spersonalizowanej jednostce, dla której historia stanowi jedynie część egzystencjalnych doświadczeń konfrontowanych nieuchronnie z pytaniami o sens istnienia i związanych z nim w nieusuwalny sposób cierpień.
Romantyzm wraca wtedy, gdy za sprawą prozy Tadeusza Borowskiego opisuję antyromantyczny początek polskiej literatury powojennej, i wtedy, gdy czytając poezję Wojciecha Wencla, pytam o nową poezję narodową. Wraca, gdy w ostatnim rozdziale książki, po którym już tylko Epilog…, nazywam Wiesława Myśliwskiego najwybitniejszym polskim prozaikiem przełomu XX i XXI wieku. Przyznaję, lubię diagnozy niemożliwe, wskazujące to, co najważniejsze w historii literatury, np. przełomy, i tych, którzy są najwybitniejsi, jak Miron Białoszewski czy Wisława Szymborska albo przynajmniej, jak Marek Hłasko czy Stanisław Grochowiak, najbardziej symptomatyczni. Rozstrzygnięcia ostateczne zmuszają do precyzyjnego, konkluzywnego myślenia i ułatwiają polemikę, bo przecież trudno z nimi nie polemizować. I jeszcze coś, nawet wtedy, gdy piszę o wydarzeniach czy tekstach, staram się je personalizować, relacjonować z uwzględnieniem osób, które w nich uczestniczą lub je tworzą. Dlatego nie powstrzymuję pióra, ani nie wyłączam komputera, gdy z moich lektur wynika, że najwybitniejszym polskim prozaikiem przełomu XX i XXI wieku jest Wiesław Myśliwski, autor Kamienia na kamieniu, jedynej spełnionej epopei naszej powojennej literatury, pierwszej o znaczeniu porównywalnym z Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza, twórca, który po napisaniu swojego epopeicznego arcydzieła niezmiennie, od Widnokręgu po Ucho Igielne, publikuje prozę fikcjonalną, bezcenną w konfrontacji z romantycznym zranieniem literatury polskiej, bo uczącą nie jak mierzyć się, zbiorowo, z opresyjną historią, ale przygotowującą do indywidualnego zmagania się z własnym życiem, z tym ciągiem nieuporządkowanych zdarzeń, któremu zobowiązani jesteśmy nadać sens, bo nie ma innego sposobu, by z bezkształtnej masy przytrafiających się nam nocy i dni uczynić Los, „coś” całościowego, sensownego i godnego. Żaden polski pisarz współczesny nie przygotowuje do tego wysiłku lepiej niż Wiesław Myśliwski.
Osobista, bo inna póki co wydaje się niemożliwa. Gdyby jednak udało się skłonić do współpracy najwybitniejszych historyków literatury polskiej, gdyby oni zechcieli zacząć od przygotowania np. Nowej historii polskiego baroku, gdyby rozpisali ją na chronologicznie uporządkowane, podobne objętościowo, opatrzone podstawową bibliografią eseje, początek zostałby wykonany. Nie wydaje mi się niemożliwe przygotowanie listy tematów, którym eseje byłyby poświęcone. Zacząć można od kalendarium, czyli od dat i związanych z nimi wydarzeń istotnych z historycznoliterackiego punktu widzenia, od poszczególnych twórców, od najważniejszych (najlepszych i najbardziej symptomatycznych) dzieł, dominujących i marginalnych estetyk. Na tak przygotowanej bazie dałoby się umieścić i te tematy, które wydają się istotne dzisiaj. Warto wziąć pod uwagę kwestie związane zarówno ze zwrotem kulturowym w badaniach literaturoznawczych, jak i z postmodernistycznym projektem emancypacyjnym, sięgając przy tworzeniu historycznoliterackich esejów m.in. po zagadnienia feministyczne, perspektywę ekokrytyczną i postzależnościową, geopoetykę czy nowy regionalizm. Jeśli nie wszystko jest możliwe, to i tak bardzo wiele może się udać. Wystarczy unikać ujęć anachronicznych, bagatelizujących nieprzystawalność współczesnych miar do historycznych tekstów i doświadczeń. A przeświadczenie, że istnieje tylko jedna skala pozwalająca wartościować to, co stanowi przedmiot historycznoliterackich badań, należy po prostu odrzucić.
Zanim kompetentny zespół historyków literatury powstanie, ich pracę próbują wykonywać, a przynajmniej przygotowywać, literaturoznawcy nie tyle skazani na samotność, ile na samodzielne decyzje dotyczące tego, w jaki sposób i co będą opisywać w swoich historycznoliterackich tekstach. Ważne, by podejmowane przez nich próby jasno określały zasady, wedle których proponowana przez nich historia literatury została przygotowana. Bo jeśli wielka synteza historycznoliteracka nie jest możliwa, dlaczego mielibyśmy nie tworzyć syntez poszczególnych epok czy okresów, przyznając się do związanych z tym indywidualnych ograniczeń i osobistych wyborów? Takie ryzyko warto podjąć. Alternatywą jest bezczynność, czyli nieuchronna porażka.
Artykuł został oparty na badaniach opublikowanych w monografii Osobista historia polskiej literatury powojennej, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, Białystok 2024.
Prof. dr hab. Dariusz Kulesza, literaturoznawca, Wydział Filologiczny Uniwersytetu w Białymstoku