Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska

Ruiny Troi. Obwarowania bramy głównej wraz z podejściem.
„Czemu nie pojedziecie do Istebnej?”. Tymi słowy prorektor ds. studenckich, prof. W, pożegnał, a de facto odprawił przedstawicieli studenckiego Koła Naukowego Kulturoznawców Uniwersytetu Śląskiego, którzy w 1990 roku prosili swoją Alma Mater o finansowe wsparcie planowanej wyprawy naukowej do Turcji i Syrii. Być może rzeczywiście dla ówczesnych władz uczelni projekt brzmiał „kosmicznie”, ale świat się zmieniał i zmieniały się czasy, co chyba z pewnym niepokojem i w zwolnionym nieco tempie rejestrowali przedstawiciele „starej akademii”. Ale nie studenci! Ci, w moim odczuciu – nauczyciela akademickiego z czterdziestopięcioletnim stażem – zawsze byli i mam nadzieję, że wciąż będą otwarci na zmiany, wyprzedzając przynajmniej o krok łatwo kostniejące struktury akademickie. W każdym razie tak było wtedy, w czasie wielkiej transformacji ustrojowej, jaka wreszcie nadeszła, sprawiając, że wielu z nas „skrzydła u ramion urosły”. A może tylko po prostu się rozwinęły? Patrząc z odległej już perspektywy, nie był to czas „buntu niespełnionego” (jak mówi piękny tekst Ta nasza młodość Piwnicy pod Baranami), ale pora realizacji marzeń. W tym przypadku marzeń studentów kulturoznawstwa na słabo wtedy ocenianym w ogólnopolskim środowisku uniwersyteckim, „czerwonym” uniwersytecie z partyjnymi zaszłościami, czyli Uniwersytecie Śląskim.
A marzenia te były w gruncie rzeczy bardzo zwyczajne: na własne oczy zobaczyć to, o czym uczyli się na zajęciach z historii kultury starożytnej (zwanej przez nich HKS), modułu (wtedy przedmiotu), jaki prowadziłam przez prawie 30 lat na tym, stosunkowo późno powołanym w Katowicach kierunku. W moim przypadku (opiekuna naukowego tego koła i wykładowcy) marzeniom studentów towarzyszyła dodatkowo frustracja wynikająca z niemożliwego prawie w przedtransformacyjnych czasach bezpośredniego kontaktu z wielkimi stanowiskami archeologicznymi, które przedstawiałam studentom w rocznym kursie HKS. Podręczniki, ilustracje, mapy, opisy – tak, a jednak miejsca z autopsji nieznane, własną stopą niezdeptane. Jak przekonująco uzmysłowić studentom wagę przeszłości dla współczesności albo opowiedzieć się za brakiem tej wagi, kiedy Troja, Milet, Pergamon, Tars, Antiochia, Palmyra, Damaszek, Aleppo to tylko nazwy i punkty na mapie starożytnego świata? Młodszym czytelnikom tego tekstu pragnę uświadomić, że Internet z jego możliwościami wirtualnego zwiedzania najodleglejszych stron świata pojawił się w Polsce dopiero w grudniu 1991 r. i daleko mu było wtedy do tego, co oferuje dziś. Wikipedia powstała zaś w 2001 r., podczas gdy przedstawiane tu wydarzenia mają miejsce w roku 1990 i wcześniej. A podróże po świecie… Cóż, do 1988 r. paszporty, wyłącznie do krajów socjalistycznych, za specjalną zgodą władz, wycieczki z „Orbisem” nie na kieszeń studenta (tu polecam dobrą stronę https://plusa.net.pl/podroze-w-czasach-prl-czyli-wakacje-za-jeden-usmiech/#podroze-w-czasach-prl-paszport-na-wage-zlota). Nasza, tj. moja i studentów, mobilizacja była zatem pełna (i nieco desperacka). Nie chcemy do Istebnej, chcemy do Babilonu!
Nasi rektorzy tego jeszcze nie wiedzą, ale my wiemy, że transformacja ustrojowa to wielka szansa dla twórczych, przedsiębiorczych i zmotywowanych. Statut koła, które założyliśmy w 1989 r., głosi w swej Preambule: „Koło Naukowe Kulturoznawców przy Uniwersytecie Śląskim w Katowicach […] powstało z inicjatywy studentów kulturoznawstwa, których pasje poznawcze i chęć praktycznego sprawdzenia wiedzy teoretycznej, nabywanej w trakcie studiów, skłoniły do podjęcia znacznie szerszych i ambitniejszych działań niż przewidują to obowiązkowe zajęcia uniwersyteckie” (Statut KNK, materiały własne autorki). Skoro uczelnia odmawia wsparcia, szukamy sponsorów, czyli po prostu mecenasów dla naszego przedsięwzięcia. Choć w czasach, o których mowa, sponsoring w Polsce nie był rozpowszechniony, dla nas, kulturoznawców, jest jasne, że pozytywne skojarzenia dobrej aktywności sponsorowanego/dotowanego w magiczny sposób przenoszą się na mecenasa, czyli po prostu go promują. Tego też nauczyła nas historia. Do zadania przystępujemy w sposób metodyczny, choć – jak w sytuacji wielu mecenatów – i szczęśliwy zbieg okoliczności wchodzi w rachubę. Najpierw, rzecz jasna, ustalenia dotyczące koniecznego sprzętu, kosztów wyżywienia, leków, opłat granicznych, wiz, szczególnie zaś kosztów paliwa i najmu środka transportu. Nasza wyprawa to prawie 11 tys. kilometrów, nawiasem mówiąc, liczonych „na piechotę”, z map, które też trzeba kupić (dla wielu niewyobrażalne, ale GPS i planery podróży w Unii Europejskiej zaczynają wchodzić do użytku dopiero z początkiem r. 2000 (https://geoforum.pl/gnss/historia). Wszystko to wymaga analizy warunków ekologicznych, klimatycznych, geologicznych, politycznych i – najogólniej rzecz biorąc – cywilizacyjnych obszarów penetrowanych, ale również krajów dojazdowych. Od Syrii dzieli nas z Polski wiele stref dojazdowych, ergo – wiele granic. Trzeba pokonać przejścia graniczne Czechosłowacji, Austrii, Jugosławii, Bułgarii, Turcji, aby zgodnie z planem dotrzeć .do perły pustyni – Palmyry (Syria), docelowego stanowiska naszej wyprawy, nazwanej I Studencka Wyprawa Kulturoznawcza „Palmyra – 90”. Czemu jedziemy tak dziwną trasą? (Ryc.1)
Naturalnie chcemy zobaczyć Wiedeń, ale też przeprowadzamy sondaże, z których wynika, że Rumunia nawet po obaleniu Securitate wciąż niebezpieczna, lepsza Jugosławia (wtedy jeszcze przed rozpadem), a Ludowa Republika Bułgarii daje szansę na przejazd bez specjalnych komplikacji, bo dogadamy się po rosyjsku. Nie sposób jej zresztą ominąć. Wybieramy drogę lądową (przeprawa przez Dunaj, czy to promem w Widyń, czy przez most graniczny Giurgiu/Ruse, cieszy się złą sławą, którą zresztą potwierdza kolejna wyprawa z 1992 r.). Lepiej jechać przez Belgrad i przełom Niszawy na Plowdiw, choć wiemy, że łatwo nie będzie. Zaangażowani w wyprawę członkowie KNK szukają źródeł historycznych, opracowują setki dokumentów, przygotowują własne oprowadzenia po stanowiskach, gromadzą stosy kserokopii (tak, tak, nie było wtedy „kopiuj-wklej”), a jednocześnie uruchamiają znajomych, kontakty, rodziny, każdego, kto zechciałby pomóc nam w tym badawczym szaleństwie. I oto, poza wszystkim, podczas wyjazdu do stolicy na zebranie w IBL-u, spotykam w przedziale pociągu sympatycznego młodego człowieka, który – słuchając ustaleń, jakie wiodę z Moniką, zdecydowaną na stoliczne peregrynacje w poszukiwaniu dotacji – wtrąca nieśmiało: „Mogę pomóc, jestem szefem marketingu w Hucie Katowice”. Zostawia wizytówkę (wtedy w kraju nowość) i odchodzi do swoich zadań. Monika nie znalazła w stolicy chętnych, aby pomagać studentom ze Śląska, zatem nazajutrz do Huty. Efekty przerastają nasze oczekiwania. Na naszą wyprawę pan Marcin C. asygnuje 30 tys. zł po szczegółowych ustaleniach, co KNK oferuje w zamian. Generalnie: promocja i reklama Huty Katowice we wszystkich krajach dojazdowych oraz w Turcji i Syrii. Jedziemy do Syrii reklamować polską stal! Banery na autobusie, setki ulotek (po polsku i angielsku), gadżety HK, znaki firmowe HK, gdzie tylko można. Dział marketingu nie oferuje wykonania napisów reklamowych, ale i tak jesteśmy uszczęśliwieni. Ta kwota pokrywa opłaty za transport – najważniejsze! Rzetelnie stosujemy się do umowy (mamy w ekipie plastyka, który to wszystko ogarnia), wieszamy hutniczy, polski proporczyk nawet w Chimerze – dawnej, naturalnej latarni morskiej starożytnych Greków, czyli palącym się przez wieki gazem ziemnym na wzgórzu nieopodal Antalyi. Dostajemy też, co warto podkreślić, darowizny z Bujakowa, Huty Szkła z Ząbkowic, butle gazowe od PROMET Milowice, sery, musztardy, konserwy turystyczne, plastikowe miski, chleb o przedłużonej trwałości… Niesamowite. Ludzie z KNK wychodzą z siebie, ale odzew jest naprawdę niezwykły. Promocyjnie wspiera nas też Urząd Miejski w Sosnowcu, a o wyprawie pisze lokalny „Dziennik Zachodni”.
W drodze przede wszystkim sprawdzają się ludzie. Ruszamy wieczorem 14 sierpnia 1990 r. Pierwsze doświadczenia – konfrontacja ze stereotypami. W krajach dojazdowych spotykamy głównie urzędników, służby graniczne, celników, czasem dozorców parkingów i obsługę stacji benzynowych. Nie są specjalnie przyjaźni. Każdy prawie wyszukuje powód, aby nas zatrzymać i sprowokować jakieś datki. Na przejściach granicznych stoimy po kilka godzin, zwłaszcza nie śpieszą się Bułgarzy, ale uczymy się szybko. W papierach zawsze znajdą się uchybienia, odstawiają nas na boczny pas, trzeba dyplomacji i cierpliwości. Funkcjonariusze rozkładają gazety, nieoczekiwanie kończą zmianę i zamykają przejście. Przekazana nocą łapówka jednak magicznie podnosi szlaban. Tak. Świat wtedy, od czechosłowackiej do bułgarsko-tureckiej granicy, łapówkami stoi. Rozeznawszy wcześniej warunki, jesteśmy przygotowani, ale wraz z mijającymi kilometrami coraz bardziej zmęczeni. Studenci karnie wstają po nocy, wkładają przygotowane wcześniej wyprawowe uniformy z logo UŚ, prezentują paszporty, grzecznie odpowiadają na pytania celników, wypełniają deklaracje i wracają do autobusu. Jestem dumna z ich postawy, każdy kilometr to przyrost wiedzy o rzeczywistości, jakiej nie nabędziesz w akademii. Po czterech dniach podróży wszyscy już łakną kąpieli w ciepłej wodzie, chociaż trzeba przyznać, że nasz przewoźnik (firma Zbigniew Daniel) wspaniale przystosował swój autokar do tak odległej podróży. Mamy do dyspozycji wielki baniak wody, legowiska na dwie osoby (zrobione z kratownic, mocne, lecz ograniczające przejście do 35 cm, co sprawia, że wszyscy są mocno poobijani), luki pełne sprzętu turystycznego (tylko tramping wchodzi w rachubę), ale w autobusie toalety brak. Po drodze brak też stacji benzynowych z łazienkami, a na trasie… żadnych McDonaldów. Chyba dzisiaj nikt nie uwierzy, ale myjemy zęby na poboczach dróg, przystajemy w plenerze dla realizacji potrzeb fizjologicznych, gotujemy wodę na butlach gazowych i czekamy na pierwszy, cywilizowany camping. Tak przeżyliśmy cztery doby dojazdu.

Trasa I Studenckiej Wyprawy Kulturoznawczej. Oprac. Marek Ziółkowski
Po koszmarnie rozległym i skomplikowanym przejściu granicznym z Bułgarią w Kapikule, Turcja wita nas bardzo brudnym Morzem Marmara, ku któremu biegniemy z nadzieją na kąpiel, ale zapały wnet stygną. Gdzieś u brzegów, chyba w okolicach Korukoy, oglądamy „rany” z drogi, gęsta piana zniechęca do morskich ablucji, ale radość jest wielka: pierwszy etap podróży za nami. Przeprawa promem do Çanakkale ma dla wszystkich wymiar trochę metafizyczny. Patrzymy z pokładu na oddalający się stary ląd i zwracamy oczy ku Azji. Kolejna granica, tym razem kontynentalna, pokonana. Nie ruszamy, wbrew standardom, do Stambułu. W naszych planach jest dopiero za trzy tygodnie. Teraz wzywa nas Troada i cała starożytna Grecja Małoazjatycka. Zatem najpierw ku Troi.
I tu pierwsze kulturoznawcze zdumienie: tak to wygląda? Faktycznie, bez Homera i jego Iliady na tym stanowisku wyobraźnia, niepobudzona inspiracjami, „wymięka”. Stosy kamieni, słabo widoczne zarysy murów, dobrze zachowana kamienna część murów Troi VII, rampa, odeon. Na wzgórzu wieje, pseudotrojański, kiczowaty koń z resztek drewna starych łodzi robi dziwne wrażenie. No i gdzie to morskie wybrzeże, do którego biegli wojownicy achajscy? Starożytny Skamander też niewidoczny. Tłumaczę zachodzące przez wieki procesy regresji wejść morza, pustynnienie, obniżania się poziomu morza. Ludzie głoszą referaty na gruzach Ilionu, cytujemy fragmenty Homera, opisy Schliemanna, robimy dokumentację fotograficzną, odtwarzamy historię zabudowy i rozbudowy polis. Gorąco.
Pierwszy kamping nad Morzem Egejskim w okolicach Küçukkuyu. Nie pamiętam nazwy tego kampingu, ale przywitano nas z otwartymi ramionami. Wreszcie ciepłe morze, piękna plaża, toalety. Rozlokowujemy namioty (wkrótce rezygnujemy z ich rozkładania, sypiamy w śpiworach na plaży) i szykujemy urodziny Janusza, członka ekipy. Staramy się nie zwracać na siebie uwagi: mały stolik z arbuzami, trochę zasobów z luków i świece. I oto z uśmiechem na ustach podchodzi do nas gospodyni kampingu. W angielsko-francusko-polskim tłumaczymy, że chłopak ma dziś urodziny. Oczywiście zachowamy się, jak trzeba. Za pół godziny zjawia się kapela tureckich muzyków. Szczęśliwi, że mogą nas ugościć, grają na plaży do świtu, tańczą wszyscy z okolicy, gospodyni donosi raki (znana powszechnie yeni raki, wysokoprocentowa wódka anyżowa), gwiazdy nad Morzem Egejskim błyszczą, fale przyboju łagodnie wchodzą na ląd. Z Küçukkuyu wyjeżdżamy żegnani rytualnym oblaniem wodą, wypoczęci i wreszcie bez obawy o to, jak nas potraktują „ziomkowie” na granicach. Gorzkie słowa, ale tak naprawdę dopiero w Turcji wyzbywamy się stresu sprowokowanego obsługą granic naszych socjalistycznych sąsiadów. Taka, od początku do końca, jest właśnie Turcja. Fantastycznie gościnna, otwarta na przybyszów, życzliwa.
Napełnieni otuchą zwiedzamy Pergamon, by potem udać się dalej na południe, wzdłuż wybrzeży egejskich. Wszędzie ta sama życzliwość. Owocowa herbata w cienkich szklaneczkach, pytania, skąd jesteśmy. A, Polonia, Walesa – znają, uśmiechają się, machają przyjaźnie, kiedy widzą nas na ulicy. Po Pergamonie czas na Selcuk i Efez wraz z nieodległą Meryemana (położony na Wzgórzu Słowików maleńki, kamienny domek, miejsce zaśnięcia Matki Boskiej, gdzie według przekazów zawiódł ją św. Jan, pochowany w Selcuku). To dość szczególny obszar Azji Mniejszej, gdzie trzy wielkie cywilizacje – starożytnej Grecji, islamu i chrześcijaństwa – patrzą sobie w oczy z bardzo bliskiej odległości. Ze wzgórza, na którym stoi Katedra św. Jana, rozbudowana na grobie apostoła, widać zarówno pozostałości świątyni Artemidy Efeskiej, jak islamski meczet oraz arabską twierdzę. Dzieli je od siebie kilkadziesiąt metrów. Rozmyślając nad wzajemnymi wpływami i frapującym konglomeratem kulturowym, sycimy się jeszcze fantastycznie zachowanym Efezem – hellenistycznym, a więc dodajmy kolejną cywilizacyjną konkrecję.
Od Pamukkale przez Antalyię, Alanyię, Anamurion, Tars, Mersin i Adanę stanowisko za stanowiskiem. Pokonujemy setki kilometrów, zmierzając ku Antiochii Syryjskiej i Aleppo. Krajobrazy zapierają dech, w wysokich górach pachną pinie, przydrożni sprzedawcy owoców częstują nas figami, brzoskwiniami, bananami, miodem. Morze Egejskie a potem Śródziemne czekają z ciepłą kąpielą. Namioty zostają w lukach już prawie na stałe. Rozkładamy karimaty i śpiwory na piaszczystych plażach, gdzie jest bezpiecznie, dzielimy się wrażeniami dnia, spisujemy notatki z podróży, co jakiś czas robimy porządki w lukach. I czasem wysyłamy pocztówki do bliskich, bo telefonia komórkowa w naszym kraju dopiero od 1992 r. Po trzynastu dniach podróży, 27 sierpnia, stajemy na granicy syryjskiej.
Po urozmaiconej krajobrazowo, gęsto zasiedlonej wzdłuż wybrzeży Turcji z imponującymi stanowiskami archeologicznymi, świetnie rozbudowaną bazą turystyczną, pracującymi do świtu sklepikami i restauracjami, bardzo dobrymi drogami (no, chyba że się zbłądzi niebacznie na jakieś boczne, co nam się czasem zdarza) i nieomal stale towarzyszącym nam w podróży widokiem morza (czy to Egejskiego, czy Śródziemnego) Syria robi bardzo ponure wrażenie. Zaczyna się, jak u Hitchcocka, od swoistego „trzęsienia ziemi” na granicy, a potem napięcie tylko rośnie. Na przejściu granicznym Cilvegozu/Bab al Hawa stawiamy się rano. Zdyscyplinowani, mądrzejsi o doświadczenia wcześniejszych granic, wszyscy przywdziewamy wyprawowy rynsztunek, t-shirty z logo wyprawy, osobiste rzeczy do kontroli pakujemy w jednakowe, marynarskie worki, otwieramy luki autokaru, paszporty w rękach i… Czekamy. Może ktoś się pojawi? Narasta upał. Budynki przejścia granicznego lśnią bielą w oddali, niska, typowo arabska zabudowa, łukowate otwory drzwiowe i okienne, kamień, trochę marmuru. Nikogo. W końcu decydujemy, że to chyba my musimy wykonać pierwszy krok. Wysyłam chłopaków, w tym lekarza wyprawy, bo wiadomo, że z kobietami nikt tam poważnie nie rozmawia. Idą, wchodzą do budynku. Trwa to chwilę, zanim wrócą z dziwnymi minami. Mówią, że siedzi tam wielu urzędników kontroli, nie sposób się porozumieć po angielsku, ale jakby już nas zauważyli.
Ustalamy strategię: trzeba wziąć ze sobą podarunki, głównie pakiety Marlboro kupione w strefach wolnocłowych, spakować pseudokryształy z Huty Szkła Ząbkowice i szukać najważniejszego spośród urzędników, aby z nim negocjować. Granica granicą a status statusem. Prawdę mówiąc, widać to było już w Bułgarii, gdzie ustalenie, kto na granicy decyduje, okazywało się kluczowe. Trochę zapomnieliśmy o tym w Turcji Atatürka, ale nawrót wiedzy jest szybki. Nasza delegacja ponownie ginie w korytarzach budynków przejścia granicznego, ale w trzeciej godzinie oczekiwania niektórzy z oczekujących mają potrzeby fizjologiczne. Zostawiamy swój dobytek na nieruchomej, acz jednak taśmie transportowej i szukamy toalet. Są! Po prawej stronie od głównego wejścia otwiera się korytarz, a w nim szereg dziur w podłodze (marmurowej). Niespłukiwane przynajmniej kilkanaście godzin otwory do defekacji. Nie należy dyskutować z rzeczywistością. W Turcji poza ośrodkami turystycznymi, gdzie wpływy islamu są wyraźniejsze, co wyraźnie widzimy w drodze powrotnej przez Kapadocję, podejście do intymnych czynności fizjologicznych jest analogiczne i analogiczne są rozwiązania konstrukcyjne im służące. Kolejne zderzenie cywilizacji doświadczane na własnej skórze.
Tymczasem delegacja KNK wraca w końcu z informacjami, że jeden pan w arafatce zrozumiał, kim jesteśmy, o co nam idzie i każe przedstawić promesę ze strony syryjskiej. Mamy dać potwierdzenie, że w Syrii ktoś za nas poręczy. Tego nie było w żadnych naszych rozpoznaniach (strona MSZ w Polsce, o czym uprzedzam, zaczyna funkcjonować dobrych dziesięć lat później; należało zasięgać informacji bezpośrednio w ministerstwie lub drogą pisemną). OK. Burza mózgów skłania nas do „zagrywki” na miarę Wschodu, który zaczynamy pojmować coraz lepiej. Ktoś wchodzi do budki telefonicznej (tak, budki!), wykręca ileś tam cyfr, gada sam ze sobą, po czym kiwa radośnie dłonią. Podajemy, z duszą na ramieniu, numer telefonu człowieka, który za nas poręcza w Syrii. To właściciel szwalni i sklepu, znany tylko naszemu kierowcy. To już piąta godzina oczekiwania na przejście z Turcji do Syrii. Bakszysz rozdzielony. Na termometrach 40 st. C. Temperatura nie sprzyja głodowi, ale w końcu wyciągamy z luków jakieś zasoby, coś tam nawet podgrzewamy na gazowych palnikach (Na granicy! Ale jest rozległa i widok koczujących przy garnkach podróżnych zdaje się służbom syryjskim nie przeszkadzać). Staram się jako opiekun naukowy wyprawy uzyskać audiencję u tego najważniejszego. Jestem dla Arabów powietrzem. Nikt ze mną nie chce rozmawiać, ustalam tylko, że skrzynie ze szkłem z Huty Ząbkowice zostały przyjęte i rozparcelowane pomiędzy pomniejszych urzędników, celnicy palą Marlboro i mają nawet przyjemny wyraz twarzy. Po długiej sjeście wychodzi do nas człowiek w galabiji i arafatce, ogląda worki, patrzy w nasze paszporty i… wkleja w nich wizę syryjską! Macha ręką – możecie jechać. Po ośmiu godzinach na granicy wjeżdżamy do Syrii. Nawiasem mówiąc, po powrocie do kraju czytam informację, że naukowej wyprawie francuskiej udało się w tym samym 1990 roku pokonać tę granicę w czternaście godzin, co poczytują sobie za sukces. Czyż nie pięknie?
Pierwszy postój w Aleppo. Syryjskie temperatury są znacznie wyższe niż w gorącej przecież Turcji. Jednak doskwiera nie tylko to, ale głównie suchość powietrza i monotonia krajobrazu. No i to coś, wciąż słabo opisywane przez antropologów… polityczno-społeczny klimat? A w Syrii w tym czasie ów klimat jest ołowiany. Czujemy to podskórnie, a przynajmniej ja tak to odbieram. W Aleppo życie toczy się niby zwykłym trybem, ale na twarzach ludzi nie ma radości. Idziemy na suk, dziewczyny wkładają długie do kostek suknie, nakrywają głowy; nie chcemy prowokować, przestudiowaliśmy podstawy miejsca kobiety w kulturze islamu. I chociaż dobrze wiemy też, choćby dzięki proksemicznym studiom Edwarda Halla (Ukryty wymiar), że Bliski Wschód to kultura także bliskiego kontaktu, szok kulturowy jest znaczny. Syryjskie dzieci przylepiają nosy do szyby, kiedy przebieramy się w autobusie, a tuż po wyjściu z niego w kilka minut zbiera się za nami gęstniejący tłum mężczyzn, którzy chwytają za nasze sukienki, dotykają rąk i piersi. Uliczki suku (targu) są bardzo wąskie, na 45-60 cm. W nozdrza uderzają egzotyczne zapachy ziół, towary sprzedawców rozłożone bezpośrednio na zasłanej dywanami ziemi, służące za główny tu transport osły wręcz depczą nam po nogach, nie ma gdzie uskoczyć, przed oczami tysiące „skarbów Wschodu”: mydło, balsamy, tkaniny, dywany, a za nami… coraz dłuższy szpaler tubylców, którzy chcą nam się przyjrzeć z bliska. I dotknąć. Badanie kultury obcej, choćby nawet tylko w obserwacji uczestniczącej, okazuje się nie lada wyzwaniem. W 1990 roku, kiedy zwiedzamy Aleppo, turystów nie ma tam w ogóle (jego stare zabytkowe centrum zostało wpisane na listę zabytków UNESCO dopiero w 2013 r., podobnie zresztą inne, oglądane przez nas stanowiska). W terenie o wiele łatwiej zrozumieć Malinowskiego czy Turbulla. Osaczeni, wchodzimy coraz głębiej w kręte uliczki miasta, gubimy się w jego zakamarkach, ale rozsądnie trzymamy się razem. To było więcej niż dawały podręczniki, niż podpowiadała własna – i tu się okazało, jakże europejska – wyobraźnia. Kiedy czytasz o dystansach w kulturze, w ogóle nie rozumiesz, jak to wygląda w terenie. Tak czy inaczej prawdziwy Wschód zaczyna się w Syrii. Ma całkiem inne sensuarium, wystawiające Europejczyków na poważną próbę. Spanikowani, odnajdujemy w końcu nasz autokar. Nieopodal, na spalonym w słońcu trawniku, razem z naszą koleżanką, która zrezygnowała z wejścia do starego miasta z powodu złej w tym dniu kondycji, siedzą w kole aleppiańskie dzieci, śpiewają i wraz z Iwoną klaszczą w ręce. Szok i olśnienie, wiemy jednak na pewno, że rozdawanie cukierków „oprowadzającym” nas po swoim interiorze mężczyznom nie dałoby tych samych efektów.
Po nocnym przejeździe z Aleppo i pokonaniu 5555 kilometrów stajemy wreszcie u wrót Pustyni Syryjskiej, w Tadmur, czyli starożytnej Palmyrze.
Cdn.
Dr hab. Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska, prof. UŚ, Uniwersytet Śląski, Instytut Nauk o Kulturze