logo
FA 6/2023 koła naukowe

Wojciech Ozimkowski

Młodzi geolodzy na szlaku

Historia okiem byłego opiekuna naukowego

Młodzi geolodzy na szlaku 1

Węgry-Słowacja 1980: Nocleg przy kościele w Vesperem. Znaki czasu – namioty typu „psia buda” i plecaki z zewnętrznym stelażem

Aktywność Koła Młodych Geologów polegała głównie na organizowaniu wypraw, które dziś zapewne zaliczylibyśmy do kategorii turystyki geologicznej. Chodziło o poznanie obszarów o innej budowie geologicznej, obejrzenie klasycznych odsłonięć, o których wtedy można było co najwyżej poczytać w grubych i słabo ilustrowanych podręcznikach, czy po prostu o opuszczenie na jakiś czas „baraku” PRL i odetchnięcie w innym świecie.

Stronia internetowa Koła Młodych Geologów – bo tak brzmi jego oficjalna nazwa – nosi dumny tytuł: „Koło Młodych Geologów – pierwsze koło naukowe na Wydziale Geologii Uniwersytetu Warszawskiego” (https://kmguw.wordpress.com). Pierwsze wśród aktualnie zarejestrowanych dziewięciu. To prawda, w tym roku koło obchodzi 70-lecie, a raczej powinno obchodzić, bo na razie nie wznowiło działalności po pandemii. Ale na pewno wznowi. W historii koła okresy aktywności, jej spadku, a czasem wręcz zaniku, ustawicznie się przeplatały, zdarzały się nawet przypadki, gdy konieczna była jego reaktywacja. Dziś trudno odtworzyć najwcześniejsze lata działalności. Z opowieści pierwszej, niestety już wymarłej generacji profesorów tworzących świeżo powołany w 1952 r. Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że rzeczywiście koło powstało już w następnym roku, ale chyba nie wiodło mu się najlepiej, skoro już w 1958 r. konieczna była jego reaktywacja. A może była to tylko ponowna rejestracja na podstawie nowych przepisów? To przecież były czasy „odwilży” po 1956 r., kiedy wiele się zmieniało. W każdym razie po tej reaktywacji koło miało swój pierwszy okres intensywnej aktywności. Okazało się, że teraz już można z PRL wyjechać i z tej możliwości skwapliwie korzystano.

Tu dygresja: geologia jest jedną z tych dziedzin nauki, które są ściśle związane z pracami terenowymi. Można przywieźć próbki skał i badać je spokojnie w laboratorium, ale i tak trzeba je zebrać samemu w terenie, a już np. pomiarów strukturalnych nie wykona się inaczej niż in situ. Z oczywistych więc powodów na geologię wybierają się ludzie, którzy lubią przebywać w terenie, a wyjazdy grupowe są dla nich po prostu przyjemnością, to przecież taka współczesna „integracja”. Nie dziwi więc fakt, że od początku aktywność Koła Młodych Geologów polegała głównie na organizowaniu wypraw, które dziś zapewne zaliczylibyśmy do kategorii turystyki geologicznej. Chodziło po prostu o poznanie obszarów o innej budowie geologicznej, obejrzenie klasycznych odsłonięć, o których wtedy można było co najwyżej poczytać w grubych i słabo ilustrowanych podręcznikach, czy po prostu o opuszczenie na jakiś czas „baraku” PRL i odetchnięcie w innym świecie. Tak więc trzy pierwsze lata reaktywowanego koła zaowocowały trzema – ambitnymi jak na owe czasy – wyprawami: w 1959 do Jugosławii, w 1960 do Szwecji i w 1961 do Francji. Co ciekawe, wiedza o nich przetrwała jedynie dzięki temu, że w ówczesnym zarządzie KMG działał Maciej Podemski, późniejszy długoletni i zasłużony pracownik Państwowego Instytutu Geologicznego, który trafił do Wikipedii wraz ze szczegółowym życiorysem.

Geolog z kożuchem

Niestety dalej Wikipedia milczy, więc moja wiedza na temat działalności koła urywa się na 20 lat, co nie znaczy, że w tym czasie nie działało. Trudno nawet cokolwiek powiedzieć o aktywności koła w moich czasach studenckich, dzieląc wolny czas między żeglarstwo, góry i imprezy w klubach studenckich niewątpliwie zaniedbywałem studencką działalność naukową. A szkoda, bo we wrześniu 1974 r. odbyła się wyprawa koła do Afganistanu, Indii i na Cejlon, czyli do dzisiejszej Sri Lanki. Tak, Afganistan przed 1979 r. był częstym celem wyjazdów, które dziś określilibyśmy jako trekkingowe z pewnym podtekstem handlowym – wracało się stamtąd z modnym wówczas kożuchem.

Wyprawy w czasach PRL miały zawsze element improwizacji. Ilość spraw do załatwienia i problemów, które można było nieoczekiwanie napotkać, jest trudna do wyobrażenia. Wydaje nam się dziś, że świat bez Internetu i łączności komórkowej nie mógłby funkcjonować, a wtedy działał i to nawet dość sprawnie. Prawdziwym problemem były formalności paszportowo-wizowe, wynikające głównie z podziału świata na dwa wrogie bloki, tragiczny brak środków finansowych (anegdotyczne 20 dolarów miesięcznej pensji w PRL), a w pewnym okresie po prostu braki w zaopatrzeniu – żywność na wyjazd trzeba było załatwiać poza systemem kartkowym i uzyskać zgodę celników na jej wywóz. No a potem nosić w plecaku, przeloty samolotami były poza naszymi finansowymi możliwościami. Dla zobrazowania atmosfery wypraw w tych czasach opiszę krótko dwa wyjazdy koła, w których miałem okazję brać udział.

Młodzi geolodzy na szlaku 2

Węgry-Słowacja 1980: Okolice Balatonu – to był podobno wulkan…

Moje kontakty z Kołem Młodych Geologów zaczęły się już po studiach, w 1980 r., kiedy to prof. Piotr Roniewicz, ówczesny opiekun naukowy koła, zaproponował mi dwutygodniowy wyjazd z kilkunastoosobową grupą studentów na Węgry i Słowację. Uprzedził, że na Słowacji mamy zapewnionego przewodnika, geologa z Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie, ale na Węgrzech musimy sobie radzić sami. Organizacyjnie wyprawa nie była trudna, od czasów Gierka z PRL do „bratnich” krajów można było podróżować na podstawie stempla w dowodzie osobistym, a kwestia noclegów odpadała, bo mieliśmy zabrać namioty. W połowie sierpnia 1980 r. pojechaliśmy pociągiem PKP do Budapesztu, szczęśliwie przechodząc dwie kontrole graniczne i dwie odprawy celne, ale na miejscu pojawił się nieprzewidziany problem: z nikim nie można się było porozumieć. Nie znaliśmy węgierskiego, a Węgrzy chyba żadnego języka obcego. Chyba najlepiej dogadaliśmy się w Veszprém z księdzem, mówiącym po… łacinie. Mieliśmy dzięki temu zapewniony nocleg w namiotach w przykościelnym ogrodzie. Później spotkaliśmy jednak Węgra mówiącego płynnie po polsku. Nauczył się go na Syberii, gdzie jako jeniec siedział dziesięć lat w łagrze z AK-owcami. W końcu dotarliśmy nad Balaton i obejrzeli dawne wulkany, co było głównym punktem programu na Węgrzech, i mogliśmy się przenieść na Słowację.

Wieczorem na dworcu kolejowym w Koszycach powitał nas nasz słowacki przewodnik Pavel, który po pierwsze zaproponował nocleg w środku miasta w namiotach pod mostem, bo akurat padało, a potem przez dziesięć dni przeciągnął nas przez pół Słowacji – z Koszyc do Żyliny. Dużą część trasy odbyliśmy pieszo, pokonując kilka pasm górskich, więc szybko wyszły na jaw sprawy kondycyjne. Nie wszystkim pasowały długie podejścia z ciężkimi plecakami, zabraliśmy przecież jedzenie na dwa tygodnie. Wobec tego ekipa szybko podzieliła się na dwie podgrupy: twardzieli, czyli górską, i tych, którzy dolinami (i autobusami) podążali do miejsca następnego noclegu. To oni odkryli, że nasze zaopatrzenie było zbędne, w dolinach były sklepy, a w nich jedzenie, nawet całkiem tanie. Można było rano pójść do „potrawin” i kupić coś na śniadanie, a obiad zjeść w restauracji – rzecz trudna do wyobrażenia w PRL w roku 1980. Ze Słowakami można się było swobodnie porozumieć, pociągi i autobusy kursowały, panował pełen luz z biwakowaniem. Słowem – raj na ziemi.

Oczywiście łączności z krajem nie mieliśmy wtedy żadnej, jedynie z radia tranzystorowego można było wywnioskować, że coś tam się dzieje, jakieś strajki, podpisywanie porozumień, a tu cisza i spokój. Zrealizowaliśmy cały zaplanowany program, zwiedziliśmy chyba połowę słowackich jaskiń, w Niżnych Tatrach położyliśmy się spać w namiotach, które w nocy przysypało pięć centymetrów pierwszego śniegu, czyli było wspaniale. Z Pavlem umówiliśmy się, że za rok Słowacy przyjeżdżają do nas.

Teraz trzeba było tylko wracać. Z Żyliny międzynarodowym pociągiem PKP dotarliśmy do granicy. I tu się zaczęło. Na stacji w Zwardoniu nikt nie wiedział, czy pociąg ma stać, bo się strajkuje, czy akurat ten może jechać, bo jest międzynarodowy. Kolejarze debatowali na peronie, trwały dyskusje i głosowania. W końcu coś uradzono, ktoś machnął gazetą w stronę lokomotywy i ruszyliśmy. Do Warszawy dotarliśmy szczęśliwie bez kolizji, chyba nikt inny w tym czasie nie machał gazetą na stacjach. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, że to akurat wieje „wiatr historii”, ale szybko się okazało, że konsekwencje są poważne. Przecież trzeba było jakoś zorganizować przyszłoroczny przyjazd Słowaków. Przejazdy, jedzenie, noclegi… A tu system kartkowy w pełni i puste sklepy.

Program geologiczny i amerykański film

Na szczęście komunistyczna propaganda w ówczesnej Czechosłowacji działała i to na naszą korzyść, bo tym razem to Słowacy wybrali się z pełnym zaopatrzeniem do kraju, w którym wolne związki zawodowe doprowadziły do braku jedzenia, inaczej rzeczywiście trudno by było ich wyżywić w systemie kartkowym. Mieli przygotowany własny program, głównie mineralogiczny, więc Sudety, ale też Wieliczka, siarka w Machowie i fosforyty w rejonie Annopola. A na dodatek Gdańsk. Tu powody mineralogiczne były niejasne, ale rozumieliśmy, chcieli zobaczyć, gdzie się to wszystko zaczęło. Z obiektów niegeologicznych chcieli jeszcze koniecznie obejrzeć amerykański film, wszystko jedno jaki. Udało się, program zrealizowali w całości.

Niestety na skutek „wiatru historii” na dwa lata działalność koła zamarła, podobnie jak większości innych organizacji. Dopiero po zniesieniu stanu wojennego pojawiły się pomysły na nowe wyjazdy, a jeden cel był bardzo ambitny – Islandia. Wyspa, na której geologia działa na bieżąco, nowa litosfera przyrasta na naszych oczach – wulkany, lodowce – wymarzony cel podróży dla każdego geologa. Grupa była mała, kilkuosobowa, gdyż początkowo w planie było dopłynięcie tam polskim jachtem razem ze studentami z Gdańska, ale jakoś w końcu do tego nie doszło. Przygotowania rozpoczęliśmy na początku 1984 r. Paszporty, organizowanie prowiantu w systemie kartkowym, no i dziś już zapomniane wizy. Ambasady Islandii w Polsce nie było, wizy trzeba było załatwiać w Kopenhadze, a Dania wiz nam odmówiła. Na szczęście okazało się, że możemy dostać wizy norweskie, w Oslo wystąpić o islandzkie, a potem dostać się do Bergen, bo tylko stamtąd latem pływał prom na Islandię. Trochę to komplikowało sprawę, bo podróży lądem nie planowaliśmy i nie mieliśmy na nią funduszy, ale założyliśmy, że zawsze pozostaje autostop. Nie wszystko nam wyszło, trudno podróżować stopem w pięć osób, za to z 75 kilogramami prowiantu. Trzeba się było rozdzielić, w końcu jednak wszyscy już po dziesięciu dniach dotarliśmy różnymi trasami do Oslo, część nawet zaliczając po drodze Sztokholm, i złożyliśmy wnioski o wizy. Czekając na ich pozytywne rozpatrzenie, poznaliśmy dokładnie Oslo i okolice, a w końcu ruszyliśmy na północ, w stronę Bergen. Jednak minęły już dwa tygodnie i dość szybko zorientowaliśmy się, że w założonym czasie wyprawy się nie zmieścimy, a tym bardziej nie zmieścimy się w posiadanych funduszach. Powstał plan awaryjny: jak nie wulkany i lodowce, to chociaż lodowce. To się udało. Dotarliśmy do Nigardsbreen, jednego z jęzorów spływających z Jostedalsbreen, największego lodowca kontynentalnej Europy, zaliczyliśmy góry Jotunheimen i rozpoczęliśmy trwający następne dziesięć dni powrót. Tak więc tym razem z Islandii nic nie wyszło, ale w przyszłości wyprawy Koła Młodych Geologów kilkakrotnie osiągały zamierzony cel, już w zupełnie innych warunkach geopolitycznych i technicznych.

Jak wiadomo, po 1989 roku zaczęło być normalnie, a potem wręcz wspaniale. Mogliśmy paszporty trzymać w domu, wizy dawano nam prawie bez wyjątków, a wkrótce się okazało, że w ogóle nie są potrzebne ani paszporty, ani wizy. Przeloty samolotami znalazły się w zasięgu naszych możliwości finansowych i cały świat stanął otworem. Koło Młodych Geologów w pełni z tych możliwości korzystało.

Pięćdziesiąt wypraw

Tuż przedtem, w 1988 r., koło zostało po raz kolejny zarejestrowane i rozpoczęło następny etap działalności, choć też niepozbawiony okresów pewnej stagnacji. Koło nigdy nie było przesadnie sformalizowane, zawsze panowała w nim duża swoboda, nie było też regularnych spotkań. Jeżeli grupa studentów miała jakiś pomysł, to koło im ułatwiało realizację, głównie przez uzyskanie dofinansowania, a studenci po zrealizowaniu projektu składali sprawozdanie i zapraszali wszystkich chętnych na otwarte spotkanie powyprawowe. Regularnie odbywały się tylko zebrania sprawozdawczo-wyborcze, na których okazywało się, ilu członków naprawdę liczy koło, było to zwykle 20-30 osób. Przy takiej formie działalności jest oczywiste, że aktywność koła zależała głównie od aktywności działających w nim studentów. A ta bywała różna w różnych okresach. Zniesienie egzaminów wstępnych na studia i zastąpienie ich konkursem świadectw maturalnych spowodowało, że na wydział zaczęły trafiać również dość przypadkowe osoby. To nie one wybierały wymarzony kierunek studiów i starały się na niego dostać, tylko z punktacji wychodziło im, na co mogą pójść. No i niekiedy była to geologia. Ten system skutecznie eliminował różnego rodzaju „pasjonatów” geologii, co w oczywisty sposób wpływało na późniejszą aktywność naukową studentów.

Młodzi geolodzy na szlaku 3

Z plecakami na Islandię – na razie opuszczamy Ystad

Mimo tego rodzaju problemów po roku 2000 działalność koła bardzo się ożywiła. W ciągu dwudziestu lat zorganizowało ono ponad pięćdziesiąt wyjazdów zagranicznych, czasem bardzo dalekich. W niektórych rejonach prowadzono regularne badania geologiczne przez kilka kolejnych lat (Madagaskar – cztery wyprawy). Wykorzystano szanse stworzone przez rozpad Związku Radzieckiego, odwiedzając rejony przedtem praktycznie niedostępne: Syberię (Góry Czerskiego, Kamczatka), Ural, Półwysep Kola, Armenię, Tadżykistan i Ukrainę (Krym, Podole, Czarnobyl). Islandia była celem czterech wyjazdów, Maroko trzech. Były wyprawy egzotyczne: Tybet, Chile, Wietnam, Meksyk, Kuba, Bahamy, były też badania skał z King George na Antarktydzie. Sporo było wyjazdów bliższych, europejskich. Oczywiście na czele Słowacja, dalej: Czechy, Rumunia, Norwegia, Francja, Macedonia, Olandia, Wyspy Liparyjskie… Nie brakowało też tematów krajowych, głównie petrograficznych związanych z Sudetami, zdarzały się też klasyczne autokarowe wycieczki do ciekawych kamieniołomów lub kopalń. Członkowie KMG brali również udział w konferencjach międzynarodowych i krajowych.

Często wyprawy nie były już wieloosobowe, lecz mniejsze, czasem nawet organizowane przez pojedyncze osoby. Pojawił się też nowy, bardzo pozytywny element: sam wyjazd stanowił dopiero początek realizacji tematu i służył głównie – tak jak przy „normalnych” badaniach – pobraniu próbek skał do późniejszych analiz lub zebraniu pomiarów. Wynikało to również po prostu z pojawienia się takiej możliwości. Wydział Geologii UW dorobił się w końcu laboratoriów na odpowiednio wysokim poziomie. Jeśli one nie wystarczały, to badania zlecano za granicą, dofinansowania zapewniane przez Radę Konsultacyjną do spraw Studenckiego Ruchu Naukowego UW na ogół pozwalały i na to. A ostatecznym wynikiem projektu była teraz zwykle publikacja artykułu, a czasem i prezentacja wyników badań na konferencji naukowej. Minęły czasy, kiedy zorganizowanie powyjazdowej prezentacji „slajdów” i przekazanie kilku okazów skał do kolekcji dydaktycznych wydziału było ostatecznym zamknięciem tematu.

Część projektów była teraz realizowana we współpracy z innymi kołami naukowymi, przeważnie z UW (Wydział Biologii UW, Międzywydziałowe Studia Ochrony Środowiska, Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze). Były też kontakty z kołami z innych uczelni, tylko w 2016 r. doszło do spotkań z kołami z ING UJ i AGH, a członkowie KMG wzięli udział w organizowanym przez Uniwersytet Wrocławski zjeździe Kół Geologicznych w Górach Sowich.

Zostałem Lordem Admiralicji

Zmieniła się też rola opiekuna naukowego koła. W wyprawach już nie uczestniczyłem. Teraz studenci nie potrzebowali żadnego „opiekuna” z ramienia uczelni, świetnie sobie radzili sami, zresztą przy ilości wypraw organizowanych corocznie byłoby to trudne do zapewnienia. Oczywiście czasem zazdrościłem im niektórych tras. Teraz tylko oceniałem ich projekty, a potem co najwyżej pomagałem w rozliczeniu merytorycznym wyników. Żartowałem, że po latach zostałem Lordem Admiralicji, który sam już nie żegluje, ale opiniuje i ocenia dokonania innych zza biurka.

W kole najważniejszą osobą był teraz prezes. Formalnie koło posiada trzyosobowy zarząd (prezes, wiceprezes i sekretarz), ale to z reguły aktywność prezesa decydowała o aktywności całego koła. Odkąd pamiętam, koło miało bardzo dobrych prezesów i zawsze żałowałem, kiedy kolejni kończyli studia i opuszczali (choć nie wszyscy) uczelnię. Najintensywniejszy okres działalności koła w ostatnim dwudziestoleciu przypadł na lata 2005–2007, kiedy rocznie odbywało się od pięciu do ośmiu dalekich wypraw, nie licząc realizacji projektów krajowych. Potem co roku odbywały się regularnie trzy lub w słabszych latach dwie wyprawy – aż do covidowej przerwy.

W 2008 roku członkowie koła uznali, że skoro zostało ono zarejestrowane dwadzieścia lat wcześniej, to należy urządzić jubileusz. Wyjaśniałem im, że to była tylko formalność, kolejna rejestracja w nowych warunkach prawnych, ale szybko dałem się przekonać, że każda okazja jest dobra do świętowania, w związku z czym w listopadzie 2008 roku odbyła się pięciodniowa impreza pod nazwą „Święto Koła Młodych Geologów w 20. rocznicę rejestracji”. Pokazy slajdów z wypraw z ostatnich kilku lat zajęły cztery wieczory. Łącznie prezentowano dwanaście wypraw na cztery kontynenty: Jakucja, Norwegia, Płw. Kola, Kamczatka, Islandia, Meksyk, Mongolia, Tadżykistan, Pakistan, Madagaskar, Maroko i Liban, w którym dopiero co zakończyła się kolejna wojna domowa. Piątego dnia odbyła się okolicznościowa sesja pod trafniejszą już nazwą „Pół wieku Koła Młodych Geologów na Uniwersytecie Warszawskim”. Należałoby dodać: pół wieku od pierwszej reaktywacji, bo naprawdę to było już 55 lat. A po sesji okolicznościowa impreza – międzypokoleniowe spotkanie trwające aż do zamknięcia wydziału na noc przez ochronę. Była to świetna okazja do zebrania materiałów na temat historii koła, niewykorzystana, bo oczywiście nie sądziłem wówczas, że to ja będę tę historię opisywał.

Warunki i sposób działania koła zmieniły się bardzo w ostatnich dwudziestu latach, najlepiej świadczy o tym gablota KMG w jednym z licznych korytarzy Wydziału Geologii UW. Niegdyś była to świetna lokalizacja na dojściu do naszej głównej i reprezentacyjnej auli, a gablota była oświetlona. Po każdym sezonie pojawiały się tam ekspozycje zdjęć i okazów z ostatnich wypraw. Ale spotkał ją taki sam los jak wszystkie tablice ogłoszeń: istnieje, ale nikt tam teraz nie zagląda. Koło ma stronę internetową i konto na Facebooku i to są obecnie jedyne kanały informacyjne, a w gablocie wśród zdjęć jest ówczesny prezes z Królem Julianem, lemurem z Madagaskaru, na ramieniu, czyli rok aktualizacji 2012. Przewaga Internetu jest oczywista, tam najnowsze „niusy” są sprzed pandemii.

Nie jestem dziś w stanie ustalić, kiedy formalnie zostałem opiekunem naukowym koła, nie mam żadnego oficjalnego dokumentu potwierdzającego ten fakt, żadnej „nominacji”. Musiało to być w każdym razie przed rokiem 1998, bo przy ówczesnej ponownej rejestracji występowałem już jako opiekun. Co ciekawsze, nie jestem też w stanie stwierdzić, kiedy przestałem nim być, choć to kwestia ostatnich lat. Po prostu zupełnie przypadkiem, przy próbie rejestracji innego koła naukowego zajmującego się geologią planet, okazało się, że na UW opiekunem naukowym koła nie może być „emerytowany pracownik naukowy”. A ja jakoś tak stopniowo na emeryturę przechodziłem. Najpierw, już na emeryturze, miałem dwa lata przedłużenia etatu, potem przez pół roku byłem zatrudniony w ramach tematu, czyli właściwie sam nie wiem, w którym momencie straciłem prawo do opiekowania się kołem naukowym. Na szczęście problem okazał się czysto teoretyczny, bo akurat w tym czasie pojawił się koronawirus i działalność koła samoistnie zamarła. Mam nadzieję, że i tym razem nie na długo. Mimo znacznego spadku liczby studentów na naszym wydziale, nadal zdarzają się wśród nich osoby zainteresowane geologią.

Dr Wojciech Ozimkowski, Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego

Wróć