Grzegorz Bartosz

Rys. Sławomir Makal
Próbując wytłumaczyć zagranicznemu stypendyście zawiłości polskiego systemu stopni, tytułów i stanowisk w nauce, sam ugiąłem się pod ciężarem jego złożoności i osobliwości jego logiki. Jednym z najbardziej zdumiewających pomysłów dotyczących tego systemu jest użycie jednego terminu w dwu zupełnie różnych znaczeniach. Chodzi mi o termin „profesor”, będący w jednym z tych znaczeń zaszczytnym dożywotnim tytułem naukowym wieńczącym ścieżkę kariery naukowej, nadawanym przez Prezydenta RP. Dawnymi czasy (mało kto już je pamięta) były dwa takie tytuły: profesora nadzwyczajnego i ostatecznie profesora zwyczajnego, oba nadawane przez przewodniczącego Rady Państwa. Mnóstwo było żartów na ten temat, bo przecież choć te terminy mają swoje uzasadnienie i obce odpowiedniki, w języku potocznym „nadzwyczajny” to coś znacznie cenniejszego niż „zwyczajny”, a w hierarchii naukowej odwrotnie. Równocześnie jednak termin „profesor” funkcjonuje w drugim znaczeniu, jako stanowisko zajmowane w uczelni lub instytucie badawczym. Historia nazw tego stanowiska też jest bogata.
Warto przypomnieć, że przed rokiem 1987, a w instytutach naukowych jeszcze dłużej (do 2010 r.) istniało stanowisko docenta, przyznawane doktorom habilitowanym, ale począwszy od 1968 roku także doktorom niemającym habilitacji, w zamian za to wykazującym się odpowiednią „postawą ideologiczną” czy daleko idącym konformizmem („docenci marcowi”). Wysyp „marcowych docentów” poważnie zdewaluował to stanowisko w naszym kraju. Stanowisko docenta było niższe od stanowisk kolejno profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego; zatrudnianie na tych stanowiskach korelowało z uzyskaniem początkowo odpowiednich tytułów profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego, potem zaś (po zniesieniu dwu tytułów profesorskich i zastąpieniu ich jednym) stanowisko profesora nadzwyczajnego z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego, a stanowisko profesora zwyczajnego z uzyskaniem tytułu profesora. Ze względu na lokalne przepisy, a czasami względy pozamerytoryczne ta korelacja nie zawsze była idealna. W 2018 r. stanowiska profesora nadzwyczajnego i zwyczajnego zostały zastąpione przez stanowiska profesora uczelni (instytutu) i profesora. Wprawdzie dla osób niewtajemniczonych stanowisko profesora uczelni wydaje się bardziej znaczące niż stanowisko profesora (analogicznie jak ministra czegoś tam niż ministra bez teki), ale to nieporozumienie można przecież każdemu niezorientowanemu wytłumaczyć. Wydawać by się mogło, że to ustalenie ostatecznie reguluje „kwestię profesorską”. Owszem, ale w sposób daleki od doskonałości.
„Zgodnie z dobrym obyczajem”, jak to formułuje Encyklopedia PWN, jedynie osoby posiadające nadany przez Prezydenta RP tytuł profesora mają prawo posługiwać się tytułem „profesor” i umieszczania skrótu „prof.” przed nazwiskiem w oficjalnych dokumentach. Osoba zatrudniona na stanowisku profesora uczelni winna podpisywać się „dr hab. X.Y, prof. (tu nazwa czy skrót uczelni lub instytutu). Jak jednak zwracać się do osoby nieposiadającej tytułu profesora, a zatrudnionej na stanowisku profesora? Doktorze habilitowany? To długie, niezręczne i w opinii osób z nauką niezwiązanych wręcz śmieszne. Mówimy więc „panie profesorze/pani profesor” i to tytułowanie stało się obecnie synonimem posiadania stopnia doktora habilitowanego (bo osoby mające ten stopień zatrudniane są z reguły na stanowisku profesora uczelni czy instytutu), a nie tytułu profesora, co deprecjonuje tytuł naukowy. Osoba niebędąca profesorem tytularnym, dbająca o „dobry obyczaj” winna po zwróceniu się do niej „panie profesorze” w zasadzie sprostować „jestem tylko doktorem habilitowanym”. Chociaż dlaczego osoby zatrudnione na stanowisku profesora uczelni miałyby ciągle się tłumaczyć? Są przecież profesorami ze względu na zajmowane stanowisko, a dwuznaczność terminu nie jest ich winą, lecz systemu.
A jak tytułować doktora habilitowanego, który ciągle jest zatrudniony na stanowisku adiunkta? „Panie doktorze” byłoby niestosowne jako negowanie habilitacji; mówi się więc zwyczajowo także „panie profesorze”, choć osoba bardziej wrażliwa może odebrać taką formę zwrócenia się do niej jako przytyk, że ciągle jest adiunktem. A jak pogratulować profesorowi uczelni uzyskania tytułu profesora? „Panie profesorze, gratuluję, że został pan profesorem”? Trochę nielogiczne. „Że został pan prawdziwym profesorem”? Nieco ironiczne. Na szczęście w praktyce ten problem, jeśli występuje, to tylko w formie niezamierzonego faux pas, zwykle gratulujemy uzyskania tytułu naukowego lub sytuacja wprowadza z konieczności element humoru. W żadnym jednak razie osoby będące profesorami uczelni/instytutu nie powinny podpisywać się „prof. dr hab”, co niestety czasami się zdarza.
Wszystko to nie usuwa jednak problemu braku logiki, nierzadkiego we wszelkich przypadkach tytułomanii, np. w wojsku. Dla przykładu, kontradmirał nie jest przecież przeciwnikiem admirała, co sugerowałoby brzmienie tego słowa, a tylko niższym stopniem w hierarchii tytułów marynarki wojennej, generał (tylko „generał”) przez wiele lat był stopniem wyższym niż generał dywizji czy generał broni (od 2002 r. najwyższym stopniem generalskim jest generał armii). Czy jednak środowisko naukowe, wysoko ceniące przecież logikę w swojej pracy, nie mogłoby znieść nielogiczności w zakresie tytułu naukowego i stanowisk naukowych? Nasuwają mi się dwa proste rozwiązania: (i) zastąpienie stanowiska profesora uczelni/instytutu stanowiskiem docenta (upływ czasu zmył chyba z tego terminu odium „marcowości”), pozostawiając termin „profesor” w jedynym znaczeniu – tytułu naukowego (którego nadanie automatycznie powodowałoby zatrudnienie na stanowisku profesora) lub też (ii) zniesienie tytułu naukowego profesora i pozostawienie terminu „profesor” w innym, ale też jedynym znaczeniu – stanowiska. Wzdrygam się przed tą opcją, ale widzę także argumenty przemawiające za nią. Po pierwsze, Prezydent osobiście nominuje elitę armii (generałów) i elitę nauki (profesorów), ale czy obie te elity są równoważne pod względem liczebności, uposażenia i przywilejów? Zdecydowanie nie, więc te prezydenckie nominacje profesorskie są tylko piękną dekoracją, za którą kryje się bardzo niewiele.
Po drugie, artykuł 227 znowelizowanego Prawa o szkolnictwie wyższym i nauce mówi iż: „Tytuł profesora może być nadany osobie, która „posiada stopień naukowy doktora habilitowanego oraz: a) wybitne osiągnięcia naukowe krajowe lub zagraniczne, b) uczestniczyła w pracach zespołów badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych lub odbyła staże naukowe w instytucjach naukowych, w tym zagranicznych, lub prowadziła badania naukowe lub prace rozwojowe w uczelniach lub instytucjach naukowych, w tym zagranicznych”. Inne, poprzednio istniejące wymagania zostały usunięte. Obecnie obowiązujące kryteria nie precyzują, niestety, pojęcia „wybitności” osiągnięć naukowych „krajowych lub zagranicznych” (zostawiając ogromne pole dowolności indywidualnym wyobrażeniom recenzentów) ani stażu naukowego (czy tygodniowy pobyt w obcej uczelni jest stażem badawczym?), umożliwiając akceptację wniosków o tytuł naukowy o różnej wadze merytorycznej i tym samym znów deprecjonując wartość tytułu naukowego.
Może więc prościej byłoby znieść tytuł profesora śladem państw, w których taki tytuł o randze ogólnopaństwowej nie istnieje? Osobiście wolałbym powrót stanowiska docenta i doprecyzowanie kryteriów przyznawania tytułu naukowego, ale być może to przejaw konserwatyzmu moich poglądów.
Prof. dr hab. Grzegorz Bartosz, Uniwersytet Rzeszowski, Instytut Technologii Żywności i Żywienia