logo
FA 6/2023 w stronę historii

Piotr Hübner

Likwiduję poprzednią epokę

Likwiduję poprzednią epokę 1

Stefan Amsterdamski Fot. Archiwum

Będąc pełnomocnikiem ministra Głębockiego, zająłem stanowisko sekretarza Komitetu Badań Naukowych, co ułatwiało uruchamianie nowej struktury ministerialnej. Miałem świadomość, że likwiduję całą poprzednią epokę. Nabyłem prawo do korzystania z lecznicy rządowej i dyspozycyjnego kierowcę z samochodem.

Pół roku po upadku władzy komunistycznej, 15 grudnia 1989 roku, przyjąłem etat w administracji rządowej. Znalazłem się w sferze podejmowania decyzji, a nie – jak dotychczas – w sferze oddziaływań opiniotwórczych. Byłem osobą nową, co było widoczne, bowiem na poziomie aparatu ministerialnego wszystko było kontynuacją starego ustroju. Nie starałem się o ten etat, niespodziewanie otrzymałem podczas dyżuru w IFiS karteczkę z informacją, że szuka mnie pani Agata, sekretarka Stefana Amsterdamskiego. Ten był nowym sekretarzem Komitetu do spraw Nauki i Postępu Technicznego. Ówcześnie funkcjonowały dwa odrębne budżety na naukę i dwa odrębne „ministerstwa”. Jednym było Ministerstwo Edukacji Narodowej, które zajmowało się szkolnictwem, a drugim komitet, struktura powołana po to, żeby zająć się badaniami naukowymi. Kierunek badań był oczywiście utylitarny.

Amsterdamski był „podziemnym” ministrem nauki. Znałem jego komunistyczne zaangażowanie w czasach stalinizmu. Należał do „grona towarzyszy” – tak podpisał sporządzony przez siebie nekrolog Stefana Żółkiewskiego. Amsterdamski znał mnie z okazji swej pracy w Zakładzie Historii Nauki, Oświaty i Techniki, do którego dzięki Suchodolskiemu trafił na etat po wydarzeniach marca 1968 roku. Nie pytał mnie o poglądy, miałem pomóc przekształcić Urząd Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń, działający jako agenda ministerialna przy komitecie.

Amsterdamski wiedział, że nie jestem dysydentem. Wiedział też, że wiem sporo o polityce naukowej. Powiedział, że jest sam w komitecie i mnie potrzebuje. Przez dwa czy trzy miesiące moja praca polegała na przygotowywaniu ustawy o Radzie Badań Naukowych, przy czym Amsterdamski cały czas zachowywał dominującą rolę. Korzystałem ze zgromadzonych przez siebie materiałów, ale także z wiedzy prawniczej, ponieważ potrafiłem redagować teksty prawnicze. Gdy zorientował się, że nie jestem elastyczny (tak bym to nazwał) i wolałbym przedwojenne wzory organizacji nauki, zaprosił najpierw do współpracy dyrektorkę Departamentu Badań Barbarę Bolkowską, a później przy konstruowaniu mechanizmu grantów współpracował najbliżej z Julitą Jabłecką, która była wychowanką Instytutu Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Koncepcja Komitetu Badań Naukowych, organu oficjalnie kolegialnego, daleka była od planowanej początkowo rady, mającej reprezentować interesy środowiska naukowego. Przewodniczący komitetu miał posiadać status ministra, jego zadaniem była walka o środki budżetowe. Dobrane zespoły uczonych dokonywałyby rozdziału środków w nowoczesnym trybie przydzielanych ad personam grantów.

Zostałem najpierw doradcą w sekretariacie komitetu. Było to korzystne także z tego względu, że płace urzędnicze były wtedy wyższe. W momencie gdy Jan Janowski, koalicjant rządu Tadeusza Mazowieckiego, prezes Stronnictwa Demokratycznego, wycofał się z Rady Ministrów i Komitetu do spraw Nauki i Postępu Technicznego, zostałem dyrektorem sekretariatu (od 1 I 1991). W dyrekcyjnej szafie zastałem różne śmieci, ale i „szymelki” stosowanych przez wiele lat dokumentów. Zacząłem wtedy mieć poczucie – czego nigdy jakoś szczególnie nie ceniłem – że mam rosnącą władzę decyzyjną. Amsterdamski zajął się sprawami związanymi z ustawą o Komitecie Badań Naukowych (12 I 1991), ale razem z rządem Mazowieckiego ustąpił. Pamiętam, z jakim gniewem mówił wtedy o „Kaczorach”, czyli braciach Kaczyńskich, jako przyczynie zła. Uważano, że Kaczyńscy manipulują Wałęsą. Na swojego zastępcę Amsterdamski wyznaczył Witolda Karczewskiego. Po ustąpieniu rządu Mazowieckiego Amsterdamski nie był ani sekretarzem, ani ministrem, a nie powołano jeszcze nowego komitetu z Karczewskim. Ten ostatni był neurologiem i naukę znał ze swojej praktyki, był członkiem PAN, pracował w Komisji do spraw Krzywdzących Decyzji, więc znał mnie wcześniej. Na początku zaprosił mnie do domu prywatnie, kiedy decydowało się, kto ma być tym podsekretarzem stanu – rozmawiał ze mną tak, jak gdyby widział mnie w tej roli. Decydował jednak nie Karczewski, a Amsterdamski, co robił nieraz dosyć brutalnie. Amsterdamski wskazał na działacza „Solidarności” Jana Krzysztofa Frąckowiaka, a nie na mnie, jako tego, który ma być podsekretarzem stanu przy Witoldzie Karczewskim.

Podatek na rzecz badań naukowych

Jan Krzysztof Frąckowiak skierował mnie do ministra edukacji narodowej Roberta Głębockiego, pochodzącego z Gdańska, który był jednym z bliskich współpracowników Wałęsy. Profesor Głębocki zapytał mnie, na czym polega sprawa środków, które zostały po Funduszu Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń. Kiedy powstał Komitet do spraw Nauki i Postępu Technicznego, opodatkowano zakłady pracy określonym procentem od zysków na rzecz badań naukowych. Powstał w połowie lat osiemdziesiątych fundusz, ale Unia Europejska nie zgodziła się, by w Polsce utrzymywać fundusze parabudżetowe, traktując je jako „lewą kieszeń”. Wymyślono więc Fundację na rzecz Nauki Polskiej, która przejmie te środki. To była kwota rzędu 1 mld zł, ogromne pieniądze. Wirtualne, bowiem nie były to środki leżące na koncie w banku. Wiele zakładów było opóźnionych we wpłatach.

Minister Głębocki dowiedział się ode mnie, że na przewodniczącego fundacji – osobę, która będzie faktycznie zarządzać środkami – przygotowany przez Amsterdamskiego jest Marek Bogucki, który zajmował do tego czasu funkcję podsekretarza stanu przy Janowskim. Był uprzednio pracownikiem KC PZPR, traktowanym jako „opiekun partyjny” Janowskiego. Bogucki był „szarą eminencją” odpowiedzialną za przekazywanie informacji do partii i wytycznych z partii. Tak była skonstruowana dyspozycja i przepisy przy tworzeniu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, że osoba kierująca miała mieć doświadczenie ze sfery postępu naukowo-technicznego i wdrożeń. W rozmowie Głębocki zapytał mnie o ocenę tej sytuacji. Zapytał też o moją orientację ideową. Powiedziałem mu, choć rzadko się tym dzieliłem, że mój ojciec był pracownikiem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK i że zginął w obozie Mauthausen-Gusen w 1944 roku, a mój wuj był szefem kontrwywiadu AK. Gdy Głębocki to usłyszał, utwierdził się w następującej decyzji: zostaję pełnomocnikiem ministra do spraw likwidacji Urzędu Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń. Komitet zlikwidowano jedną ustawą, ale był problem, co zrobić z aparatem złożonym z trzystu urzędników agendy ministerialnej.

Likwiduję poprzednią epokę 2

Robert Głębocki Fot. Archiwum

Będąc pełnomocnikiem ministra Głębockiego od 25 lutego do 31 maja 1991 roku, zająłem od 5 marca, jako „pełniący obowiązki”, stanowisko sekretarza Komitetu Badań Naukowych, co ułatwiało uruchamianie nowej struktury ministerialnej. Miałem świadomość, że likwiduję całą poprzednią epokę. Nabyłem prawo do korzystania z lecznicy rządowej i dyspozycyjnego kierowcę z samochodem. Już po miesiącu cierpiały moje kolana. Dawniej często chodziłem piechotą. Uzyskałem bezpośredni wpływ na sprawy kadrowe. Karczewski bez zastrzeżeń przyjmował moje propozycje. Nie stosowałem zasady, że wszystkich dyrektorów departamentów należy zwolnić. Zostawiłem też dyrektora gabinetu Andrzeja Senczyszyna, który był byłym wojskowym. Dyrektorzy Gabinetu Ministra były to osoby najwyższej rangi, czasem „szare eminencje”. Wspomniany dyrektor powiedział mi w rozmowie, że jest gotów klęknąć przed nowym ministrem, aby tylko pozostać na stanowisku. Przeszedł przez cztery gabinety ministerialne i nie wyobrażał sobie innego życia. Powrotu do wojska już nie miał. Miał zasadę, że pomagał ludziom i cieszył się dobrą opinią. Był bardzo skrupulatny, a ja starałem się oceniać merytorycznie. Natomiast zmieniłem dyrektora Departamentu Gospodarczego, którego uważałem za „szuję”, kombinatora, manipulatora, osobę wykorzystującą kontakty partyjne. Gdy ten człowiek został zwolniony, od razu został analogicznym dyrektorem w PAN. Miał więc przygotowane „miękkie lądowanie”.

Trwałość ustroju komunistycznego

Sekretarzem Komitetu został Jan Krzysztof Frąckowiak, czyli zastępca Karczewskiego. Przez jakiś czas nie było jeszcze ministra, a już był jego zastępca. Będąc pełnomocnikiem ministra, objąłem – od 5 marca 1991 roku – stanowisko dyrektora Departamentu Polityki Naukowej. Przede mną kierował tym departamentem schematycznie działający wojskowy.

Praca urzędnicza wymagała codziennej obecności, a do tego dyspozycyjności wobec szefa. Trwała „od-do”, w określonych godzinach. Nie było pełnego kontaktu z klientelą, choć starałem się o wyjazdy do instytucji uzależnionych od KBN oraz chętnie przyjmowałem gości w gabinecie dyrektorskim. Personel był rozproszony po pokojach, więc zorganizowałem parę spotkań plenarnych departamentu, co było ministerialną nowością. Nie brałem udziału w „drugim życiu” personelu, ale dochodziły do mnie wiadomości o animozjach, które starałem się neutralizować.

Do obsady stanowisk dyrekcyjnych skierowałem ludzi z sekretariatu, który znałem, gdy pracowałem jako doradca. Ci ludzie znali problemy nauki „od środka”. Zostawiłem w „moim” departamencie w roli wicedyrektora osobę „partyjną”, Lesława Hofmana, przed którym mnie ostrzegano. Okazało się, że popełniłem błąd – mataczył w pracy, „kopał doły”, mówiąc potocznym językiem. Sprowadziłem do pracy ministerialnej kilkoro kolegów i koleżanek, którzy interesowali się socjologią nauki lub historią nauki. Osobą z największym talentem okazał się Janek Kozłowski. Był cały czas na etacie kierownika biblioteki i doradcy ministra. Zgromadził bardzo duży zasób tzw. szarej literatury. Opracowania przygotowywał na poziomie zachodnich odpowiedników, a więc unowocześnił Komitet Badań Naukowych.

Okazało się, że jako pełnomocnik ministra umiałem prowadzić posiedzenia i występować publicznie. Proszono mnie nawet sporadycznie o uczestniczenie w obradach rządu. Praca w roli pełnomocnika otworzyła przede mną sferę luksusów dyplomatycznych. Przewodniczyłem delegacji polskiej w spotkaniu z ambasadorem Chin, co zorganizowano w rządowej willi naprzeciw Ambasady ZSRS. Od 4 czerwca 1989 roku – dnia masakry na placu Tiananmen w Pekinie – relacje z agendami Chin były napięte. Umiejętność improwizacji ułatwiła mi wzniesienie toastu: „Pan ambasador studiował literaturę polską. Pojawia się w jej dziełach postać starego, mądrego Chińczyka – zdrowie wszystkich mądrych Chińczyków!”. Zbierałem „od środka” obserwacje z reżimowych ambasad, nie tylko Chin, Korei Północnej (przyjęcie poprzedzał seans propagandowy w postaci filmu), ale i ZSRR. Zachowałem zaproszenie do udziału w pogrzebie Związku Radzieckiego w warszawskiej ambasadzie (31 XII 1991). Pito toasty na rzecz Federacji Rosji i jej trójkolorowej flagi. W centrum uwagi znalazł się pop. Niewiele wiedzy o mechanizmach władzy uzyskałem, przewodnicząc delegacji KBN, mających przygotować przedłużenie dwustronnych umów o współpracy naukowej, sięgały czasów komunistycznych. Wyjazdy do Moskwy, Mińska i Kijowa przyniosły efekt krajoznawczy. Rozmowy ujawniały trwałość ustroju komunistycznego, a przyjęcia – konieczność usunięcia się z fazy toastów pod pretekstem słabego zdrowia. Osoba niepijąca nie mogła pozostać przy stole, by nie być podejrzaną o zapamiętywanie nieoficjalnych wypowiedzi.

Likwiduję poprzednią epokę 3

Witold Karczewski Fot. Archiwum

Bywałem też w Sejmie na posiedzeniach Komisji ds. Nauki. Czas pracy w roli likwidatora urzędu bardzo szybko minął. Profesor Karczewski objął stanowisko przewodniczącego Komitetu Badań Naukowych z tytułem ministra.

Program upodmiotowienia ludzi nauki

Podobnie jak w szkole, realizowałem w Komitecie Badań Naukowych własny, „ukryty program”, polegający na przełamywaniu schematów instytucjonalnych oraz podmiotowym traktowaniu personelu i klienteli. Utrzymywałem „osobiste” podejście do pracowników Departamentu Polityki Naukowej. Zgodnie z przyjętą w administracji zasadą jednoosobowego kierowania, odpowiadałem za pracę departamentu oraz podejmowane decyzje. Pracowali w departamencie doświadczeni urzędnicy, więc nie musiałem stosować nadzoru bezpośredniego. Oceniałem pracowników po efektach pracy.

Perspektywicznie najdonioślejszym moim działaniem był „ukryty program” upodmiotowienia ludzi nauki. Do czasu upadku władzy komunistycznej dominowało podejście instytucjonalne. Jego przejawem był układ Informatora Nauki Polskiej: w I tomie podawano dane o instytucjach nauki, wybranych placówkach infrastruktury oraz o części towarzystw naukowych, w II tomie publikowano „indeks nazwisk pracowników nauki” oraz indeks placówek. Sprawując nadzór nad Ośrodkiem Przetwarzania Informacji, doprowadziłem do zmiany, co odzwierciedlał nowy podział tomów Informatora (XXV, 1992/93): w I tomie wyodrębniono „Instytucje decyzyjne i doradcze”, w II – „Instytucje naukowe”, w III – „Społeczny ruch naukowy”, a w IV – dane tytułowane „Ludzie nauki”. Idąc w podobnym kierunku, zachęciłem Andrzeja Śródkę, by opracował w prostym układzie alfabetycznym edycję Uczeni polscy XIX-XX stulecia (cztery tomy i suplement, 1994-2002). W czasach władzy komunistycznej biogramy uczonych polskich ukazywały się od 1983 roku w tomach podzielonych dziedzinowo, poczynając od „Nauk społecznych”, zgodnie z „obecną strukturą wydziałów PAN”.

Z dniem 30 września 1993 roku odszedłem z funkcji dyrektorskich. Zasadniczym powodem było narastające poczucie, że faza przebudowy mechanizmów władzy nad nauką już się skończyła, a pojawia się zwykłe urzędowanie. Do tego dołączyły się sprawy osobiste, o których nie chcę pisać. Popadłem też w niełaskę. Minister Karczewski miał do mnie pretensje o krytykę dyrektorki Departamentu Prawnego. Ta komórka KBN miała początkowo tylko status biura. Kierownikiem biura była Anna Mikulska, która przy Amsterdamskim trzymała się bardzo cicho. Mieszkała piętro niżej, w skromnym bloku (podobnie mieszkał Karczewski). Mikulska jako sąsiadka przychodziła często do Amsterdamskiego z pretensją, że synek profesora uderza piłeczką o podłogę, co uniemożliwia jej wypoczynek. Trzeba było trafu, że później jej szefem został właśnie Amsterdamski. Mikulska brała udział w przygotowaniu oficjalnych opinii ministra Karczewskiego na posiedzenia rządu. Moja krytyka na posiedzeniu Kolegium Ministerialnego polegała na tym, że zwróciłem uwagę, że Mikulska wysyła notatki służbowe do innych departamentów w trybie rozkazującym: „wykonać do dnia tego, to i to”. Minister Karczewski zapewne uznał, że ujawniam jego brak samodzielności. Po skierowanej do mnie reprymendzie Karczewskiego, zostałem uznany przez pozostałych dyrektorów, także tych, z którymi się przyjaźniłem, za osobę „na wylocie”. Zauważyłem, że nie chcą koło mnie siadać na posiedzeniu kolegium. Okazję wykorzystał też Jan Krzysztof Frąckowiak, który zarzucił mi, że mój departament – a właściwie ja – niewiele robimy. Napisałem na czterech stronach, co do tej pory zrobiłem i wtedy mnie przeprosił. Nie wiedział, że inicjowałem modernizację układu Informatora Nauki Polskiej oraz wydanie zbioru aktów prawnych dotyczących nauki i szkolnictwa wyższego, że doprowadziłem do usamodzielnienia Rady Towarzystw Naukowych, że napisałem książkę Siła przeciw rozumowi o Polskiej Akademii Umiejętności, że współpracowałem z Radą Główną Jednostek Badawczo-Rozwojowych itd.

Odejście z pełnego etatu ułatwiła mi decyzja o pozostawieniu mnie na połowie etatu doradcy ministra (do 31 I 1997). Pojawiałem się realnie przez dwa dni w tygodniu, uczestnicząc w spotkaniach Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego czy przy innych okazjach. Nie szukałem kontaktu z nowym ministrem Aleksandrem Łuczakiem, chociaż znałem go z 1969 roku, gdy wykonywałem prace zlecone w kierowanym przez niego archiwum Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego.

Do Torunia

Tęskniłem do pracy naukowej, co oczywiste. Na macierzysty uniwersytet trafiłem „bocznymi drzwiami”. Z Wydziału Prawa i Administracji UW nie pojawiła się nawet deklaracja naprawienia krzywdy, jaką było represyjne (1968) pozbawienie mnie szans na zatrudnienie. Do tego byłem postrzegany jako „obcy” ze względu na orientację socjologiczną i naukoznawczą. Pełny etat profesora nadzwyczajnego uzyskałem (od 1 X 1993) dzięki propozycji od Ireneusza Białeckiego, dyrektora Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Centrum było umocowane na Uniwersytecie Warszawskim, taką metamorfozę resortowego Instytutu Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego przeprowadziła Hanna Świda-Ziemba. Wydział Resocjalizacji i Nauk Stosowanych, do którego dość przypadkowo wcielono centrum, był kierowany przez bliskiego mi poglądami Jacka Kurczewskiego. Na wydziale byłem tylko na etacie badawczym, gdyż moja wiedza socjologiczna była ówcześnie zbyt mała do prowadzenia zajęć ze studentami. Budziło to niechęć wśród pracowników dydaktycznych, bo musieli dzielić się z takimi jak ja – badaczami – pulą środków. Mimo to kontynuowałem pracę na Uniwersytecie Warszawskim, która w formie pół etatu trwała jeszcze przez rok (1 IX 1995 – 31 VIII 1996).

Praca na stanowisku dyrektora departamentu ułatwiała mi „dojścia” do znanych we władzach nad nauką „szarych eminencji”. Najbardziej życzliwy okazał się mający korzenie PPS-owskie Edward Hałoń. Jako wieloletni doradca władz PAN zgromadził wydawnictwa do użytku wewnętrznego PAN, z których dublety mi przekazał. Jeszcze cenniejsze było załatwienie wydania niedoszłej pracy habilitacyjnej. Ukazała się w Ossolineum jako Polityka naukowa w Polsce w latach 1944-1953. Geneza systemu, tom I i II, Wrocław 1992. Imperium zła musiało mieć jakieś koneksje w sferze katastrof klimatycznych – powódź „tysiąclecia” Odry na przełomie lipca i sierpnia 1997 roku zalała magazyny Ossolineum we Wrocławiu, niszcząc między innymi zapasy egzemplarzy mojej pracy o polityce naukowej.

Najdonioślejszy w skutkach okazał się kontakt z Włodzimierzem Wincławskim, organizatorem Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Przeniosłem się z Warszawy do Torunia, gdzie zapewniono mi z najbliższymi mieszkanie oraz pełen etat, powiązany z pracą dydaktyczną. Z dniem 1 września 1995 roku, przekraczając półwiecze życia, uzyskałem stabilitatem loci. Procedurę uzyskania tytułu profesora nauk humanistycznych uruchomił już UMK. Nadano mi ten tytuł po recenzji Andrzeja Feliksa Grabskiego, umocowanego partyjnie, ale krytycznego wobec stalinizmu, 22 października 1996 roku. Dyplomy wręczał postkomunistyczny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski.

Wróć