Piotr Müldner-Nieckowski
Słowo „nauka” ma kilka znaczeń. Oznacza z jednej strony badania i analizę ich wyników, a także konkretną dziedzinę wiedzy lub teorię (spójną i współzależną grupę elementów wiedzy) opracowaną przez jakąś osobę (np. nauka Kopernikańska), a nawet pewną doktrynę (niekoniecznie naukową, bo również religijną, moralną, artystyczną), która zawiera wskazania praktyczne. Z drugiej strony „nauką” są nazywane procesy nauczania: uczenia kogoś i uczenia siebie, czyli edukacja, pedagogika.
Te dwie grupy znaczeń bywają często mylone, co prowadzi nie tylko do błahych nieporozumień, ale w szczególnie niekorzystnej sytuacji nawet do tragedii, zwłaszcza gdy od tego, co robimy, zależy czyjeś życie, na przykład kiedy pod pojęcie „nauka” (lekarska) są podstawiane elementy i cechy znachorstwa, to jest gdy do nauki próbuje się wmieszać informacje naukowo nieuprawnione a szkodliwe społecznie, ekonomicznie, moralnie, biologicznie itd. Naukowiec bywa mylony z dydaktykiem i odwrotnie, i prawie nikt na to nie reaguje, tak jakby ten błąd był mało istotny. A nie jest: wszyscy znamy świetnych naukowców, którzy są beznadziejnymi edukatorami, i kapitalnych wykładowców, nauczycieli, którzy na pracy naukowej zupełnie się nie znają (mimo że powinni).
Ale jest koło ratunkowe. Studenci od początku kontaktów z uczelnią powinni w mig pojmować, o co chodzi, inaczej na studiach i potem w zawodzie będą wiecznie błądzić. Trzeba im w tym pomóc, mimo że status uczelni może tego nie mieć w oficjalnym programie i statucie. Jest to ważne szczególnie tam, gdzie istnieje nieuniknione rozmywanie się granic między dydaktyką a działalnością naukową i gdzie pojęcia praktyczne rozmijają się z teorią. Zainteresowani najczęściej błądzą tam, gdzie wyniki badań bardzo szybko trafiają do prac codziennych i nawet są definiowane dzięki zastosowaniu w praktyce.
Często naprawdę trudno wydzielić, co jest teorią, a co już praktyką, czyli, jak o tym pisał semiotyk Charles W. Morris, nie sposób ustalić pragmatyki, tj. tego jaki jest odstęp między teorią (znakiem) a interpretacją (w wykonaniu odbiorców treści wiedzy). Tak się dzieje, co zrozumiałe, między innymi na uczelniach inżynierskich, rolniczych, sportowych, ale przede wszystkim medycznych (medycyna, weterynaria). Tam aż się prosi, aby dydaktycy wyraźnie podnosili, co jest czym wobec nauki i jakie ma cechy naukowe, bo od tego zależy poprawność konstruowania zarówno badania naukowego, jak i postępowania w medycynie codziennej. Jeśli na studiach nie odróżnia się teorii od praktyki na zasadzie „słusznego odruchu”, potrzeby intelektualnej czy też ze względu na przyszłość zawodową ucznia (studenta albo także kandydata na uczelnianego kolegę), to uczelnia powinna szukać rozwiązań, które pozwolą sfery nauki i praktyki rozgraniczać i w odpowiedniej postaci utrwalać w umysłach.
Uwagę tę kieruję do nowo powstających wydziałów lekarskich przy uczelniach niemających tradycji medycznych. Tam dobór inicjatorów i opiekunów studenckich kół naukowych powinien być pod szczególną kontrolą.
Ogólnie chodzi m.in. o to, abyśmy nie produkowali niebezpiecznych lekarzy, czyli znachorów z dyplomem; inżynierów o dwóch lewych rękach, trzymających się starych tabelek ze standardami, skłonnych do wiary w metody typu „złota rączka”; niepoprawnych dyplomowanych zwolenników użyźniania żarowego, czyli wypalania traw, i tak dalej. Student już na pierwszym roku powinien wiedzieć, czym jest nauka (dziedzina badawcza), skąd bierze się wiedza, jak powstaje słuszna nowość i co słusznie staje się nieużytecznym starociem, a także jakie warunki musi spełniać informacja, aby mogła być uznana za wiedzę, na której może się oprzeć praktyka.
Jest więc, jak wspomniałem, na to sposób istniejący od wiek wieków pod różnymi postaciami, ale o ugruntowanej w ciągu ostatniego stulecia skuteczności i nazwie „koło naukowe” (ang. student research group). Historycy nauki uważają, że studenckie koła naukowe pod różną postacią powstawały najpierw na wydziałach medycznych i filozofii, a kiedy potwierdziła się ich wiarygodność edukacyjna i wychowawcza, także na innych kierunkach. Najczęściej chodzi o „naukę nauki i bycia naukowcem”. To jest szczególnie pociągające. Kto miał z tym do czynienia, na samo brzmienie wyrażenia „koło naukowe” odczuwa przyjemny dreszcz. Po pierwsze wiąże się z przygodą. Mnóstwo świetnych karier naukowych, a następnie biznesowych wywiodło się właśnie z ruchu studenckiego. Młodzi nie wiedzą, co to są bariery, dlatego je pokonują.
Studencki ruch naukowy ma tyle wersji działalności i podejścia do sedna sprawy, ile jest kół i ich przewodników. Choćby na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym czy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza jest ich po 200. Wiele zależy od zapalczywości opiekunów, to oni nadają ton i styl działania, obmyślają tematy spotkań i działań odkrywczo-wynalazczych.
W moim życiu ogromną rolę odegrał udział w działalności Chirurgicznego Koła Naukowego przy I Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie kierowanej przez profesora Jana Nielubowicza. Dzięki temu, że należałem do Koła, mniej czy bardziej czynnie i raczej z tylnego siedzenia, ale zawsze z widokiem na wszystko, brałem udział w pierwszym skutecznym polskim przeszczepieniu nerki, które miało miejsce 26 stycznia 1966 roku. Nie spaliśmy wtedy przez ponad 60 godzin, a odsypialiśmy przez następnych 24. I to szaleństwo trwa do dzisiaj.
e-mail: lpj@lpj.pl