logo
FA 6/2021 życie akademickie

Marek Misiak

Łamanie tekstu jako źródło cierpień

Łamanie tekstu jako źródło cierpień 1

Fot. Stefan Ciechan

Rosnące bogactwo narzędzi oferowanych przez edytory tekstu zdaje się wyzwalać w niektórych użytkownikach źle ukierunkowaną kreatywność. Efektem jest sugerowanie osobie zajmującej się składem, by stosowała możliwie bogaty system wyróżnień – nie tylko kursywę i pismo pogrubione, ale także podkreślenia oraz różne kroje i stopnie pisma oraz barwy druku.

Napisaliśmy książkę naukową lub jesteśmy jej współautorem. Tekst przeszedł już przez redakcję i publikacja została złożona przez grafika DTP. Słowo stało się ciałem – oglądamy wprawdzie dopiero plik PDF, ale to już książka, a nie tylko tekst w Wordzie. Osoba odpowiedzialna za skład, sama lub za pośrednictwem redaktora, pyta o naszą opinię. Jaki mamy na tym etapie wpływ na kształt publikacji? Jakie modyfikacje jest sens sugerować, a jakie nie?

Każda książka, w tym naukowa, powinna być spójnym dziełem sztuki edytorskiej – i to właśnie fachowiec, czyli grafik DTP, najlepiej zadba o taką spójność. Autor może i powinien zadawać pytania, sugerować, ale obstawanie przy własnych pomysłach oznacza czasem nieświadome działanie na własną szkodę, gdyż realizacja niektórych pomysłów może oznaczać powstanie publikacji sprzecznej z przyjętymi w branży standardami.

– Autorzy nie mają czasem wyobrażenia, jak dana publikacja powinna wyglądać, ale jak już otrzymają w miarę spójną propozycję składu, często zaczyna się jej „ulepszanie”, czyli przesuwanie np. podtytułów a to w lewo, a to w prawo, a to centrowanie – mówi doświadczony projektant książek, Maciej Szłapka. – Osoby te koncentrują się na jakimś jednym, wybranym elemencie, lecz nie widzą już całościowego zamysłu.

A takie manipulowanie jednym elementem powoduje, że traci on spójność z innymi, a w konsekwencji cała publikacja staje się edytorsko niespójna. – W dobrym składzie najważniejsza jest konsekwencja. Nie zawsze da się ją w pełni zachować ze względu na ograniczony czas na pracę nad książką, ale pewne elementy zawsze warto ujednolicić – podkreśla Izabela Mrowiec, ceniona graficzka i projektantka. – Jeśli np. pojawiają się wyróżnione cytaty, powinny być one prezentowane tak samo w całej publikacji; podpunkty też powinny wyglądać tak samo.

Powoływanie się na to, że określone rozwiązania spotykało się w książkach opublikowanych przez wydawnictwa naukowe, np. oficyny uniwersyteckie, może być zwodnicze. Niektóre takie instytucje, nie tylko w Polsce, zachowują wprawdzie podstawowy poziom profesjonalizmu, ale od dawna nie mogą już stanowić wzorca. – Problemem składu w wydawnictwach naukowych jest drastyczne niedofinansowanie, przez co publikacje wyglądają tak samo od lat dziewięćdziesiątych albo bardzo prosto. Dobry projekt to ostatnia rzecz, w którą się inwestuje, bo dla odbiorcy książki naukowej ważna jest jednak treść, zaś przy promocji najistotniejsze jest nazwisko autora. Przez to książki naukowe często są po prostu źle zaprojektowane i brzydkie. Bywa, że nie ma grafika od rycin i w książkach można znaleźć obrazki z Power Pointa, i to kiepskiej jakości – ta opinia red. Aleksandry Król, redaktora i składacza w jednej osobie, jest mocna, ale niestety mnie również nie pozostaje nic innego, jak tylko się zgodzić. – Dobry skład przede wszystkim dobrze się czyta. Zasad poprawnego składu jest mnóstwo, ale koniec końców cel jest taki, by czytelnikowi było wygodniej. Z błędów składu (nie tylko w książkach naukowych) najczęściej widzę za małą interlinię, za duże lub za małe wcięcia akapitowe (wszystkie wartości pozostawiane są jako domyślne), brak ustawień kerningu, martwą (tj. niezmienną w całej książce) żywą paginę, źle przygotowane zdjęcia, a przede wszystkim ogólną „przaśność” edytorską publikacji naukowych.

Kicz, siatki, proporcje

Polska książka naukowa bardziej niż kiedyś odzwierciedla też oczekiwania autorów, a te bywają dla redaktorów i składaczy zaskakujące. – Niektórzy autorzy chcą po prostu kiczu w swoich książkach. „Komiksowe” obrazki czy jaskrawe kolory to norma – kręci z niedowierzaniem głową red. Król. – Redaktor jest tutaj mediatorem między grafikiem a autorem. Jednak często wydawnictwa naukowe robią książki określonego typu na jednej makiecie i problem sam się rozwiązuje.

Jeśli dane wydawnictwo stosuje jedynie ściśle i odgórnie określony layout (kształt graficzny) przygotowywanych książek lub książka ma być częścią serii wydawniczej, pole do negocjacji jest faktycznie dość wąskie. Autor powinien mieć to na uwadze, gdy składa manuskrypt w konkretnym wydawnictwie, aby się później nie okazało, że ma niewielki wpływ na kształt publikacji.

Ilustracje, tabele, infografiki i inne elementy wstawione w ciągły tekst nie mogą być rozmieszczane w sposób całkowicie dowolny. Powinny pasować do reszty strony i do sąsiadującej strony na rozwarciu, a ponadto poszczególne ilustracje muszą współgrać ze sobą wzajemnie, choćby pod względem proporcji. – Grafik buduje siatkę na rozkładówce publikacji. W ten sposób ustala, jak można umieszczać ilustracje. Różne są szkoły tworzenia siatek. Niektórzy pracują na złotym podziale, inni odpowiednimi wzorami matematycznymi dostosowują siatkę do potrzeb. Dzięki dobrze zbudowanej siatce czytelnik się nie gubi, a czytanie lub wyszukiwanie konkretnych wiadomości przychodzi mu z łatwością – wyjaśnia Izabela Mrowiec. Taka siatka nie jest rzecz jasna sztywna. – Przy dobrej siatce osoba składająca ma znaczne pole manewru na rozkładówce, gdy pojawią się nieprzewidziane elementy. Niestety, często dobra siatka pozostaje tylko w marzeniach składacza – wzdycha graficzka. Odmienna wielkość ilustracji może zależeć od ich charakteru, np. od tematyki zdjęć. – Problemem bywa to, że autorzy nie wiedzą, że należy zachować proporcje między np. portretami a zdjęciami panoramicznymi, czyli zadbać o odpowiednią wielkość poszczególnych zdjęć i chociaż trochę je zróżnicować – tłumaczy Maciej Szłapka. Zdjęcie portretowe niekoniecznie musi zajmować całą stronę, za to fotografia skomplikowanej elewacji budynku, na której istotne są szczegóły, powinna być możliwie duża.

Kwestie związane z jakością zdjęć były już poruszane na łamach „FA”; tu warto jeszcze wspomnieć o konieczności przekazywania grafikom oryginalnych plików graficznych, a nie wersji wklejonych do edytora tekstu (wiąże się to ze znaczącą stratą jakości), oraz materiałów graficznych, w odniesieniu do których dysponujemy prawami autorskimi, zgodą dysponenta takich praw lub wiedzą, że dany materiał znajduje się w domenie publicznej. No i rzecz najważniejsza: wszelkie wykresy, diagramy, grafy itp. muszą być edytowalne. – Przy skomplikowanych ilustracjach: wykresach, diagramach, składacz ucieka się czasem do wykonania zrzutu ekranu artykułu w Wordzie i osadzenia go w programie do składu, tak jakby to było zwykłe zdjęcie – zdradza Izabela Mrowiec. – Zdarza się też, że nieedytowalne wykresy trzeba wykonać na nowo, co zajmuje więcej czasu, a autorzy są zaskoczeni efektem, gdyż wykresy czy diagramy mogą się mocno różnić od tego, co przysłali. W zależności od polityki wydawcy autor jest pytany o zgodę na takie działanie lub niekoniecznie. Gdy mamy dwudziestu autorów, a na skład jest niewiele czasu, wydawca nie jest w stanie uzyskać informacji zwrotnej od wszystkich autorów na czas.

Kłopoty z matematyką

Szczególnie grząskim gruntem jest ingerowanie w wybór kroju pisma, którym złożony będzie główny tekst lub np. podpisy pod ilustracjami. Często projektanci starają się zestroić krój pisma z tematyką książki, ale autorzy nie zawsze akceptują proponowane rozwiązania. – Autorka książki o architekturze gotyckiej była kategorycznie przeciwna użyciu do stylizacji czcionki przypominającej czcionkę gotycką, gdyż kojarzyło jej się to z pismem hitlerowskich Niemiec – wspomina Maciej Szłapka. Warto też zaufać fachowcom, jeśli chodzi o dopasowanie do siebie poszczególnych krajów pisma zastosowanych w publikacji – jeśli np. tekst główny jest złożony innym krojem, a podpisy pod ilustracjami innym, to nie można ich dobierać każdego w izolacji. – Ogólne zasady są dwie – tłumaczy red. Król. – Po pierwsze, w tekstach naukowych należy wybierać kroje szeryfowe do tekstu głównego – proste, bez wielu ozdobników. Po drugie, w jednej publikacji mogą się pojawiać maksymalnie dwa kroje pisma.

Wiele krojów nie zawiera niektórych znaków specjalnych (np. matematycznych) albo nie istnieją ich adaptacje w innych alfabetach (cyrylickim, greckim, hebrajskim). Można rzecz jasna posiłkować się znakami z innych krojów, ale nie zawsze rezultat estetyczny jest zadowalający. – Znaki matematyczne świetnie działają w edytorach tekstu; niestety w podstawowych wersjach programów do składu do tej pory nie ma tak podobnych możliwości – rozkłada ręce Izabela Mrowiec. – Składacz, który nie ma dostępu do rozszerzonej wersji programu DTP, musi sobie jakoś z tym poradzić. Jeśli są to całe równania itd., są na to odpowiednie sposoby. Natomiast gdy w ciągłym tekście pojawiają się pojedyncze znaki, czasami problem jest nie do przeskoczenia. Niektóre wydawnictwa zaznaczają, że prac naukowych ze znakami matematycznymi nie przyjmują; są też takie, które się w tym specjalizują.

Dążenie do perfekcji

Rosnące bogactwo narzędzi oferowanych przez edytory tekstu zdaje się wyzwalać w niektórych użytkownikach źle ukierunkowaną kreatywność. Efektem jest sugerowanie osobie zajmującej się składem, by stosowała możliwie bogaty system wyróżnień – nie tylko kursywę i pismo pogrubione, ale także podkreślenia oraz różne kroje i stopnie pisma oraz barwy druku. Tymczasem nadmiar wyróżnień w tekście wcale nie sprzyja czytelności. – Gdy na jednej stronie mamy kilka stopni pisma, podkreślenia, wytłuszczenia, kolory i jeszcze niekiedy dodatkowo kursywę, wcale nie ułatwiamy czytelnikowi odbioru, lecz jedynie go zniechęcamy i zmuszamy do większego wysiłku – ocenia Izabela Mrowiec. – Warto zastanowić się nad użyciem brzytwy Ockhama, gdy liczba różnego rodzaju wyróżnień przekroczy trzy. Przy składzie publikacji naukowych, gdzie sama treść często wymaga od czytelnika sporego skupienia, trzeba pamiętać, by główna treść była przedstawiona jednolicie. Wyróżniamy zatem tylko tytuły i śródtytuły.

Tu również można zaobserwować źle ukierunkowane dążenie do perfekcji. – Mam wrażenie, że w niektórych książkach powstających długo lub etapami autor przy każdym podejściu chce jeszcze lepiej przedstawić dane niż stronę wcześniej – zastanawia się Izabela Mrowiec. – Brak konsekwencji źle wpływa jednak na przyswojenie przez czytelnika informacji. Osoba składająca również ma zagwozdkę, jak złożyć dzieło, by przynajmniej wydawało się ono uporządkowane i przemyślane.

To właśnie wyróżnienia są najczęstszym polem konfliktów przy publikacjach, w których różne rozdziały przygotowują różne osoby. Zdarza się, że jeden autor chce, by w jego rozdziale zastosować inne wyróżnienia niż w pozostałych – i nie rozumie, że to niemożliwe. Konsekwencję, nie tylko przy wyróżnieniach, należy zachowywać w czasopismach, a co dopiero w publikacjach zwartych.

Tekst po składzie nie powinien być już znacząco zmieniany. Korekty po składzie powinny polegać na usuwaniu drobniejszych usterek przeoczonych przez redaktora (literówek, błędów interpunkcyjnych) oraz błędów składu. To ważna różnica między redakcją a korektą: redakcja może oznaczać głębokie ingerencje w tekst, korekta zaś nie powinna już na tym polegać. Instrukcje dla autorów w niektórych wydawnictwach zawierają wręcz ostrzeżenia, że po składzie zmiany w tekście powyżej pewnego progu (i to dość niskiego, np. 5%) będą wiązać się z dodatkowymi kosztami, które będzie obowiązany pokryć autor. Znaczne przeróbki – usuwanie lub dodawanie dużych partii tekstu, tabel, ilustracji itp. – oznaczają bowiem konieczność tzw. przeskładania materiału, a zatem dodatkową pracę i czas. – Czasem mam wrażenie, że niektórzy autorzy na etapie korekt po składzie tak naprawdę piszą część lub całość publikacji po raz wtóry – rozkłada ręce Leonard Szłapka, doświadczony składacz. – Dodają obszerne nowe partie tekstu, wstawiają zupełnie nowe ryciny i tabele, przenoszą dłuższe fragmenty tekstu w inne miejsce, a to wszystko w całej książce.

Ach te poprawki!

Autor może i powinien cyzelować pracę razem z redaktorem i grafikiem, ale gdy na późnych etapach pracy nad książką dokonywane są duże zmiany, rośnie szansa, że dążenie do perfekcji poskutkuje publikacją pełną niedociągnięć znacznie poważniejszych niż te, których autorzy usiłowali uniknąć.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na bardzo ogólną kwestię: We wszelkich kontaktach z wydawnictwem – zarówno z redaktorem, jak i ze składaczem – istotna jest pewna dyscyplina, polegająca na przekazywaniu uwag do danego projektu całościowo i jednym kanałem komunikacji, najlepiej pocztą elektroniczną, aby można było łatwo prześledzić historię korespondencji. – Zdarza się, że autor (lub redaktor) dosyła treści i materiały do jednej publikacji w osobnych mailach, a później mu się czegoś zapomni i wysyła uwagi do jakiegoś konkretnego tekstu w jeszcze innym mailu o innym tytule. Składacz traci wtedy wątek i nie pamięta już, jakie miał przemyślenia albo czy wprowadził już daną uwagę, czy jeszcze nie – wskazuje Izabela Mrowiec. Grafikowi najlepiej pracuje się na całości, zatem skład najlepiej zaczynać, gdy ma się już komplet materiałów, a poprawki przekazywać wszystkie do całości lub do danej części tekstu, a nie w małych transzach. Istotne jest również przestrzeganie konkretnych, wskazanych przez redaktora lub składacza sposobów wprowadzania poprawek. Redaktor lub grafik zawsze muszą mieć możliwość prześledzenia, co zostało zmienione. – Tymczasem zdarzają się autorzy, którzy część uwag wpisują jako komentarze w edytorze tekstu, część jako zmiany w samym tekście bez powiadamiania, że wprowadzili jakieś zmiany, jeszcze inne uwagi przekazują w mailu, kilka telefonicznie, a kolejne jako komentarze nałożone na plik PDF. Osobiście jestem wielbicielką ostatniej opcji. Wiadomo wtedy konkretnie, w którym miejscu trzeba coś poprawić – radzi Izabela Mrowiec. Najmniej konstruktywnym sposobem komunikacji z grafikiem DTP (jak również z redaktorem) jest natomiast ingerowanie w sam plik PDF. Komentarze są nakładane na złożony materiał, nie są częścią jego struktury i można je usunąć, nie naruszając składu. Natomiast dopisywanie tekstu i inne ingerencje w złożony już materiał rujnują pracę grafika i często skutkują tym, że złożony już tekst trzeba łamać zupełnie od nowa.

Projektowanie książek jest sztuką, często niedocenianą, a jeszcze częściej słabo opłacaną. Praca z utalentowanymi grafikami DTP pozwoliła mi ją docenić. Poziom edytorski książek wydawanych przez polskie oficyny uczelniane rośnie, coraz częściej inwestuje się w usługi fachowców. Na półce u mnie w domu stoi jednak książka, która jeszcze długo będzie zawstydzać mnie jako redaktora. Четырёхзначные математические таблицы, czyli tzw. tablice Bradisa – radzieckie tablice trygonometryczne przygotowane przez akademika Władimira Modestowicza Bradisa, wydanie z 1955 roku. Niby tylko użytkowe materiały dla uczniów i studentów, ale ich prosta, niewymuszona elegancja, rozplanowanie stron czy dobór kroju pisma i cyfr starzeją się z godnością niedostępną wielu współczesnym, znacznie bardziej fachowym publikacjom.

Wróć