logo
FA 6/2021 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Kilka większych uwag o rzeczach małych

W dniu matki, 26 maja, przyszła mi na myśl jako ojcu taka oto refleksja. Wciąż widzę przed sobą zdziwione oczy moich małych kiedyś dzieci, niedowiarków pewnie do dziś, choć już dorosłych, pytające niemo, ale ze sceptycyzmem: po co ty to wszystko robisz? To wszystko, czyli to, czego inni nie robią, bo zajmują się przecież czym innym. Ale też i pytające o sens, co jest praktyczne, a co nie, i jak to przeliczać na profity. Bo przeważnie działam niezyskownie.

W ciągu jednego dnia przerzucam się bowiem z rzeczy na rzecz, nie wszystkie pomysły realizując i zadowalając się jedynie zebraniem tak zwanego materiału intelektualnego. Wciąż, jak małe dziecko, na oczach moich dorosłych dzieci, poznaję, uczę się, grzebię w książkach, manipuluję śrubokrętem, mierzę miernikami, a zaspokoiwszy ciekawość, rzucam się na kolejną niestrawną potrawę, by skutecznie odszukać coś, czego w niej zdaniem wielu osób nie ma.

Można by rzec, że mam prawo czuć się osaczony przez ludzi życzliwych, ale jednak krytycznych i praktycznych, aż do bólu trafnie oceniających moje postępowanie, a skoro tak, to podjąć próbę ostatnią i poznać to, co oni uważają za swój świat, za postępowanie życiowe godne pochwały. U mnie to wygląda tak, że jednak potrafię wymienić klocki hamulcowe, położyć klepkę dębową, napisać felieton, ułożyć algorytm, który bez słownika wstawia prawidłowe podziały wyrazów (działa!), wymienić spaloną płytkę w telewizorze, odczytać zaszyfrowany list w Internecie, zeskanować zdjęcie, zredagować cudzą książkę i wydać własną. Też przekształcać kłamstwa i prawdy do postaci materialnej.

To wszystko jednak jest w końcu niczym. Nikt mi nie uwierzy, że umiejąc tyle rzeczy, choć jedną z nich zrobiłem poprawnie.

Wierzę, że oni, moja córka i mój syn, nauczyli się ode mnie, że zdaniem większości społeczeństwa jedyną rozsądną rzeczą jest zająć się czymś jednym. Ludzie wierzą, że tylko wtedy można było osiągnąć mistrzostwo, a przez to stać się zauważonym.

Ale nie mogłem ich uczyć stosowania tej metody życia, bo to jest myślenie niepoprawne, mimo że właściwe dzisiejszym mediom, nastawionym na uderzenia, ataki, przebicia sztyletem czy wystrzały w kosmos. Jeśli moja codzienność jest sumą rzeczy małych, a nie czymś gwałtownym, bijącym w oczy, to w medialnej rzeczywistości nie zaistnieje. A ponieważ nieistnienie w świadomości czytelników i widzów równa się, zdaniem tych osób, nieistnieniu w ogóle, osiąganie licznych, drobnych sukcesików nie ma uzasadnienia. Malarz, który w każdym obrazie jest inny, choćby wszystkie jego dzieła były pojedynczo genialne, nigdy nie zostanie zauważony jako ktoś, kto jest wart rozgłosu. Przeciwnie, artysta, który wynalazł jeden jedyny sposobik na malowanie, konsekwentnie przez lata malując tą metodą, pewnego dnia w oczach mediów, a za ich pośrednictwem w świadomości społecznej, okaże się gwiazdą.

Dyletanctwo jest promowane, a znajomość rzeczy nie. Gdy to pierwsze uderza z całą mocą, to drugie jest wyśmiewane i poniżane. Odwróciły się funkcje wartości. Nie powiem, żebym się czuł z tego powodu gorszy czy właśnie poniżony. Po pierwsze nie czuję się jakimś ważnym autorytetem. Każdy prędzej czy później zauważy, że można wiele rzeczy robić nawet najlepiej, i że wykonawcą może być wciąż ta sama osoba nieroszcząca sobie praw do tytułu człowieka renesansu. Trzeba jedynie spełnić kilka warunków.

Główny warunek z pewnością dotyczy samokształcenia w myśleniu. Wydawałoby się, że tak różne czynności jak napisanie felietonu czy wymiana klocków w hamulcu zupełnie nie mają ze sobą nic wspólnego. A jednak mają i to wiele. Na przykład pewną dyscyplinę w korzystaniu z prostej wiedzy. W obu wypadkach trzeba znać metodę i schemat postępowania. Oczywiście o ile w czasie naprawy hamulców wystarczy przeczytać jedną kartkę, to do napisania felietonu trzeba tych kartek przetrawić setki lub tysiące. Obie czynności są jednak najzupełniej wykonalne.

Dalej trzeba pamiętać, że każda instrukcja została lepiej czy gorzej przygotowana przez fachowców i że zawarto w niej sumę czyichś doświadczeń. Jak łatwo zauważyć, większość tych, którzy nigdy klocków nie wymieniali, po prostu bała się tego zajęcia, nigdy więc nie czytała, jak to zrobić. A przecież wystarczy nałożyć wiedzę z kartki na podstawy fizyki ze szkoły podstawowej, żeby rzecz ukończyć bez błędów. To samo z felietonem. Przyglądając się setkom felietonów zauważymy, że wszystkie mają początek, koniec, jakąś myśl, którą rozwijają i której z zasady nie kończą; że zdania mają wynikać z poprzednich albo wiązać myśl w całość.

Recepta na wykonanie czegoś porządnie to dalszy ciąg tego co robiliśmy albo co inni robili, dorobek doświadczenia człowieka wciąż ciekawskiego. Może trochę inaczej jest, kiedy pisze się wiersz albo powieść, wtedy właśnie należy uciekać od tego wszystkiego, co stworzono do tej pory, ale czyż nie jest to nadal korzystanie z cudzego dorobku na opak? Niektórzy wręcz udają, że przed nimi nikt niczego nie napisał, co widać choćby u Mickiewicza czy Faulknera, ale to właśnie jest dowód na znajomość rzeczy od podszewki.

Zastanawia mnie myśl, z którą się wożę od lat, czy przypadek Romain Gary, który nagle zmienił nazwisko na Ajar, nie jest tym właśnie, co powinienem zrobić? Odbić się od tego obrazu wszystkoizmu i zastosować jakiś chwyt, jeden z dziesiątków mi danych w młodości, i wyprodukować serię nic nieznaczących, ale jednakowych dziełek, o których prasa napisze, że są genialne.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć