Jolanta Perek-Białas, Grażyna Prawelska-Skrzypek

Rys. Sławomir Makal
Impulsem do napisania tego krótkiego komentarza stała się wymiana myśli, będąca efektem naszej działalności w Zespole ds. Zarządzania i Instytucjonalizacji Nauki przy Komitecie Naukoznawstwa PAN. W naszej pracy zastanawiamy się, jak skutecznie organizować dyskusje i spotkania, aby miały one głębszy sens. Jak sprawić, by zamiast rytualnego „ponarzekania” przyniosły realną zmianę, której (jak już prawie wszyscy się zgadzają) polskie szkolnictwo wyższe i nauka tak bardzo dziś potrzebują.
Poszukując przestrzeni dla tej zmiany, obserwujemy system z dwóch perspektyw: nie tylko jako ekspertki teoretycznie i praktycznie zajmujące się ewaluacją, ale również jako osoby, które mają wgląd w procesy reformowania nauki. Nawet jeśli w gąszczu wciąż nowych pomysłów i efektów ich wdrażania czasem trudno o pełen optymizm, zamierzamy spróbować zawalczyć o przyszłość polskiej nauki. Tym bardziej, że obie z rosnącym niezadowoleniem obserwujemy kierunek, w którym podąża ewaluacja działalności naukowej.
Nie mamy bowiem wątpliwości, że podporządkowanie badań naukowych doraźnym celom administracyjnym czy politycznym to prosta droga do ich ostatecznego pogrzebania. Nadchodzi czas, w którym jako środowisko musimy wyznaczyć granice i zaproponować własne kryteria oceny, adekwatne do wyzwań współczesności. Chcemy budować kulturę ciągłego doskonalenia się w uprawianiu nauki w Polsce, ale wymaga to odpowiednich form debaty. Nie potrzebujemy kolejnych spotkań online z udziałem 800 osób, gdzie „wygrywa” ten, kto najgłośniej wskaże jedyną słuszną drogę. Nie zależy nam także na potyczkach w mediach społecznościowych, obliczonych wyłącznie na zdobycie wirtualnych „polubień”. Zamiast tego potrzebujemy prawdziwej dyskusji, wymagającej zaplanowanych, merytorycznych spotkań, opartych na wcześniej rozesłanych i (co kluczowe) przeczytanych przez uczestników dokumentach. Tylko w takiej formie możemy spierać się na argumenty i dyskutować nad rozwiązaniami, zamiast siłowo przekonywać się do „jedynej słusznej drogi”. W takich debatach nie potrzebujemy uczestnictwa „gwiazd”, które przekonane o nieomylności własnych sądów promują siebie zamiast idei. Potrzebujemy za to ludzi nauki o niekwestionowanym dorobku, których osiągnięcia wykraczają poza nagrody przyznawane w określonych gremiach, a przy tym wolnych od uwikłań i partykularnych interesów.
Doświadczenie pozwala nam dziś widzieć pewne mechanizmy wyraźniej. Jedna z nas, pracując blisko centrum decyzyjnego, usłyszała kiedyś: „jesteś z UJ, nie wiesz, jak wyglądają szkoły wyższe i nauka w Polsce”. To zdanie dobrze oddaje napięcie towarzyszące polskim reformom nauki – między wyobrażonym standardem a realnymi praktykami. I choć obie „jesteśmy z UJ”, doskonale dostrzegamy pęknięcia, jakie owo napięcie wywołuje, i właśnie dlatego postanowiłyśmy nazwać je i opisać.
Osią większości z tych problemów jest polityka oceniania. Formalizacja ewaluacji z założenia miała uporządkować systemowy chaos. W praktyce jednak uruchomiła (czy też obnażyła) cały katalog grzechów, z którymi dziś mierzymy się już nie w teorii, lecz w codziennym życiu akademickim. Kto wie, czy to odsłonięcie słabości nie okaże się ostatecznie jej najważniejszym wkładem w rozwój polskiej nauki.
Chcemy zaproponować swoisty rachunek sumienia. Naszym celem nie jest wywołanie zbiorowej paniki ani piętnowanie grzeszników, lecz skłonienie do namysłu nad tym, czy możemy i powinniśmy dalej działać w ten sposób.
Wielu naukowców hołduje przekonaniu o własnej wyższości i pewności, że to, co robią, jest jedynie słuszne, prawdziwe i wyjątkowe. To pycha, która każe nam wierzyć, że nie mylimy się w naszych badaniach i wiemy najlepiej, jak uprawiać naukę. Jednocześnie mierzymy się z pychą systemową, złudnym przekonaniem, że dobrą naukę da się zadekretować na poziomie centralnym (krajowym, europejskim czy światowym) i zamknąć w regulaminach. Takie podejście paradoksalnie prowadzi do inflacji standardów, procedur i wytycznych.
To, co kiedyś było oczywistym elementem etosu akademickiego – relacja mistrz-uczeń, niespieszne rozmowy o sensie i celu prowadzonych badań, wymiana poglądów czy życzliwa i konstruktywna krytyka – dziś wymaga formularzy, sprawozdań i wskaźników. W zawiłościach biurokracji zabrakło miejsca na merytoryczną i obiektywną ocenę rzeczywistej jakości. Czy komukolwiek w tym systemie przychodzi na myśl, aby docenić kogoś, kto organizuje i spaja wzajemnie wspierające się zespoły badawcze? Wystarczy spojrzeć na system ocen pracowników na uczelniach, gdzie to liczba publikacji, a nie ich jakość, staje się kluczem do uzyskania nagrody i uznania.
Pycha regulacyjna opiera się na naiwnej wierze, że brak jakości wynika z niedoboru przepisów, a nie z braku zaufania i stabilnych warunków pracy.
System oceny pracowników, a także samych jednostek naukowych, coraz bardziej premiuje to, co policzalne, a nie to, co ważne. Gubi się przy tym refleksja nad tym, w jakim stopniu to, co ważne naprawdę ma wpływ, i to niezależnie od budzącego kontrowersje (szczególnie w naukach społecznych) III kryterium. W efekcie publikujemy „trochę dla punktów, żeby się nie czepiano”, a trochę (już po godzinach) dla faktycznego rozwoju nauki. Chciwość ta rzadko dotyczy pieniędzy (choć oczywiście wysoka ocena ewaluacyjna może w niektórych jednostkach przynieść wymierne korzyści), lecz wskaźników, które stały się twardą walutą akademickiego przetrwania. Niestety, jak to zwykle w walce o byt, wybory racjonalne z perspektywy przetrwania nie zawsze będą wyborami etycznymi.
Nauczyciele akademiccy mają dziś silniejszą niż kiedykolwiek świadomość, że bezustannie ze sobą rywalizują. Tymczasem nie powinniśmy konkurować we własnym środowisku, lecz wspólnie zastanawiać się, jak polska nauka może skutecznie współzawodniczyć ze światem. Obecny stan rzeczy nie służy wzajemnemu zaufaniu ani współpracy, w tym międzypokoleniowej.
Wszechobecna konkurencja powoduje, że walczymy między sobą o te same zasoby. Zamiast tego powinny one trafiać do jednostek, a tym samym do naukowców, na podstawie przejrzystych, sprawiedliwych mechanizmów (wypracowanych wspólnie ze środowiskiem), dając badaczom stabilność niezbędną do realizacji zadań według określonych planów.
Konkurencyjne finansowanie z założenia miało podnieść jakość badań, co ma swoje merytoryczne uzasadnienie, pod warunkiem jednak, że jest to rywalizacja uczciwa, w której nie ma ukrytego interesu w popieraniu lub blokowaniu określonych badań. W praktyce konkurencja często osłabia współpracę (szczególnie wewnątrz tego samego ośrodka czy w obrębie tej samej dyscypliny), niszczy zaufanie (które i bez tego jest na niskim poziomie) oraz wzmacnia oportunizm.
Niestety, dla wielu badaczy grant staje się dziś celem samym w sobie (motywowanym często wyłącznie finansowo), a nie narzędziem do prowadzenia badań na światowym poziomie, wolnych od politycznych uwarunkowań i doraźnych zamówień. Nauka przestaje być wspólnym przedsięwzięciem, a zaczyna przypominać grę o ograniczone zasoby; o ile już nią nie jest. Jeśli chcemy w nią grać, róbmy to jako drużyna narodowa, stając do rywalizacji z zagranicznymi ośrodkami, ale przestańmy podstawiać sobie nogi na własnym podwórku. Tylko współpracując i wzajemnie się wzmacniając, sprawimy, że polska nauka zacznie znaczyć coś na świecie, a nie tylko w Polsce.
Wszechobecne rankingi, ewaluacje i benchmarki, zamiast inspirować, przede wszystkim frustrują i dzielą. Uczelnie porównują się ze sobą w sposób uproszczony, ignorując przy tym swoje indywidualne atuty, które mogłyby stanowić o ich przewadze na arenie międzynarodowej. Bagatelizuje się tradycję, historię i potencjał budowany nierzadko przez kilkadziesiąt lat. Zapomina się także o lokalnych kontekstach oraz unikalnych misjach poszczególnych ośrodków, opartych na podobnych, lecz przecież nie zawsze tożsamych wartościach.
Systemowa zazdrość sprawia, że zamiast wzmacniać własne mocne strony i budować na nich przewagę konkurencyjną poza Polską, próbujemy naśladować cudze modele – wewnątrz jednostek, w ramach dyscyplin czy w skali kraju. Modele te często okazują się jednak całkowicie nieadekwatne do naszych warunków, zarówno w zakresie kadr, jak i organizacji ich pracy z odpowiednim wynagrodzeniem, infrastrukturą.
Obecny system oceny nie zachęca do zmiany tej postawy. W ewaluacji nie przewidziano na przykład punktów za wspólne projekty różnych krajowych uczelni w obrębie tej samej dyscypliny; i to nie tylko za współpracę „najlepszych z najlepszymi”, ale też pomiędzy ośrodkami wiodącymi i tymi aspirującymi.
Czy wyrównywanie szans w polskiej nauce jest w ogóle możliwe? Jeśli chcemy niwelować nierówności, potrzebujemy autentycznej współpracy. Nie tej pozorowanej i nie tej służącej jedynie „pokazaniu się” w ramach III kryterium, tylko takiej, której efektem będą wspólne projekty polskich podmiotów w ramach tych samych dyscyplin, realnie integrujące środowisko i wyrównujące szanse rozwojowe.
Każda nowa regulacja pociąga za sobą konieczność jej egzekwowania. Administracja rozrasta się, generując coraz bardziej wyrafinowane mechanizmy kontroli. Naukowcy stopniowo zostają zdegradowani do roli pracowników kontraktowych, zarządzanych poprzez procedury, a nie przez zaufanie. W efekcie relacja wsparcia zmienia się w relację nadzoru.
Kontrolowanie, czy dobrze wydawana jest każda złotówka, powoduje, że zatracamy się w myśleniu o tym, co jest ważniejsze. Nie da się też idealnie zaplanować budżetu projektów na 3 lata do przodu. Elastyczność jest potrzebna już na etapie planowania i potem w nieskomplikowany sposób wprowadzana, gdy zachodzą uzasadnione okoliczności wymuszające zmiany. Nie chodzi o to, aby publiczne środki wydawać w innym celu niż realizacja badań, ale tak, aby mieć przestrzeń na łatwe dostosowanie do zmian, które są spowodowane sytuacją zewnętrzną (pandemia, wojna, ale także istotne problemy wyłaniające się w toku nierzadko kilkuletnich badań) czy wewnętrzną (kryzys twórczy, choroby). Poczucie, że realizacja pracy naukowej musi być cały czas kontrolowana (i raportowana szczegółowo) powoduje, że zmienia się nastawienie naukowca, który poddaje się administracji i ich regułom, aby dobrze wypełnić określone tabelki.
Niski wskaźnik sukcesu w konkursach na finansowanie projektów (ostatnio nawet poniżej 10%), w połączeniu z rozbudowaną biurokracją w toku ich przygotowania, realizacji i rozliczania, powoduje, że szacowany czas pracy przeznaczany przez naukowców na pisanie wniosków, wyjaśnień, sprawozdań wynosi około 40% czasu ich pracy. To budzi gniew naukowców, a także powinno rodzić gniew systemowy, gdyż jest to czas stracony dla nauki. [Prawelska-Skrzypek, G., Maciąg, J. (2017). Główne nurty krytyki ewaluacji polityki naukowej i innowacyjnej oraz sposoby jej doskonalenia na przykładzie wybranych krajów (w:) G. Prawelska-Skrzypek (red.) Ewaluacja w procesie tworzenia i realizacji polityki naukowej i innowacyjnej. Polska Akademia Nauk Komitet Naukoznawstwa, s. 303-384.].
Gigantyczna administracyjna obsługa procesów, od grantów po ewaluacje, pochłania czas, energię i pieniądze. Każde dodatkowe środki są błyskawicznie „trawione” przez nienasycony system obsługowy. Rozumiemy, że kontrole są potrzebne. W każdym środowisku zdarzają się niestety „czarne owce” wydające środki niezgodnie z celem ich przyznania, a pieniądzom zawsze grozi marnotrawstwo. Jednak system, w którym wszyscy drżą o każdą wydaną złotówkę w obawie przed kontrolą, powoduje zniechęcenie i bunt, a z buntów rodzą się rewolucje. Rośnie bowiem świadomość rzeczywistych kosztów obsługi konkurencyjnego finansowania, które mogłyby być spożytkowane na badania, a także przedłużających się procedur rozpatrywania wniosków, organizowania badań oraz publikacji wyników w prestiżowych czasopismach, co sprawia, że nowa wiedza, którą tworzymy, wchodzi do szerszego obiegu z wieloletnim opóźnieniem [j.w.].
Rozrost biurokracji wynika z braku zaufania. Administracja z góry zakłada, że naukowców trzeba nieustannie nadzorować, angażując w to niewspółmiernie wiele zasobów. Postrzeganie zaufania w kategoriach wydumanej zachcianki doskonale obrazuje sytuacja, z jaką spotkała się jedna z nas. Kiedy w gronie ważnych osób odpowiadających za przyznawanie grantów w Polsce wspomniała o swoich doświadczeniach ze Szwecji, jej słowa skwitowano pobłażliwym śmiechem. Wart śmiechu okazał się model, w którym raz na ustalony czas (np. raz na kwartał) wysyła się jednostronicowe podsumowanie wydatków – zwykłą tabelkę niekoniecznie ujmującą wszystko, np. składki, podatki itp.
Trudno w to w Polsce uwierzyć, ale szwedzki system opiera się po prostu na zaufaniu. Jeśli badania są realizowane, powstają publikacje, a jednostka (podpisami kierownika projektu i kwestora) poświadcza wydatki, instytucja finansująca ufa, że pieniądze są wydawane celowo. Oczywiście ma prawo zapytać o szczegóły, ale dopóki widać efekty pracy, nie paraliżuje badaczy dodatkowymi kontrolami.
Potrzebne jest nie tylko wołanie o większe finansowanie polskiej nauki, ale też ocena i refleksja nad strukturą wydatków, szczególnie tych dotyczących obsługi np. projektów czy wydatków towarzyszących ewaluacji.
Najgroźniejszy grzech polega na niechęci do uczenia się na cudzych i własnych doświadczeniach. Nie wyciągamy wniosków ani z popełnionych błędów, ani z osiągniętych sukcesów. Problemy znane z doświadczeń brytyjskich, gdzie autonomia menedżerska doprowadziła do kuriozalnych patologii [Prawelska-Skrzypek, G. (2020). Academic Autonomy in the Contemporary University, „Journal of Intercultural Management”, Vol. 12, 3, September 2020, pp. 2-20; Geppert, M., Hollinshead, G. (2017). Signs of dystopia and demoralization in global academia: Reflections on the precarious and destructive effects of colonization of the Lebenswelt. „Critical Perspectives on International Business”, 13(2), 136–150], były sygnalizowane od lat. Zlekceważone wówczas ostrzeżenia wracają dziś w polskim wydaniu.
Przed laty z zainteresowaniem obserwowaliśmy, jak głównie amerykańskie uniwersytety bogaciły się, przyjmując na studia doktoranckie dziesiątki tysięcy młodych chińskich naukowców rocznie [Vincent-Lancrin, S. (2009). What is Changing in Academic Research? Trends and Prospects [in:] Higher Education to 2030, vol. 2, OECD, 145-168; Marginson, S., Van der Wende, M. (2009). The New Global Landscape of Nations and Institutions, [w:] Higher Education to 2030, vol. 2, OECD]. Z uśmiechem politowania przywoływaliśmy badania nad „drenażem mózgów” z czasów PRL i wieszczyliśmy dokładnie taki sam scenariusz dla chińskiej inwestycji w ludzi. Dziś nikt z nas już się nie uśmiecha, widząc efekty chińskiej polityki, konsekwentnie realizowanej przez dziesięciolecia. Tymczasem u nas reforma goni reformę, ale rzadko towarzyszy temu pogłębiona refleksja nad długofalowymi skutkami. Ujawnia się w ten sposób deficyt strategicznego myślenia w zarządzaniu polską nauką.
Aby jednak nie kończyć tego rachunku sumienia w tonie skrajnego pesymizmu, musimy wskazać źródło naszej nadziei. Są nim młodzi badacze, którzy, mimo rozhuśtanego systemu, nadal chcą tworzyć i tworzą dobrą naukę. Nie zrażają się łatwo pomimo potknięć. Idą naprzód nawet po nieudanych rekrutacjach na studia doktoranckie, gdy odrzucane są ich wnioski o granty z NCN-u czy kiedy ich artykuły miesiącami czekają na recenzje. Decydują się na studiowanie w szkołach doktorskich za 3500 zł brutto (kwota stypendium w maju 2026).
Polskiej nauce potrzebni są ludzie napędzani taką pasją. Mamy zarazem świadomość, że sama pasja nie wystarcza do codziennego funkcjonowania, zwłaszcza gdy praca naukowa często odbywa się kosztem życia osobistego i rodzinnego. Dopóki jednak tacy ludzie są – a naszym obowiązkiem jest ich znajdować i wspierać – przetrwamy.
Nie łudźmy się, że po rachunku sumienia od razu dokonamy skoku jakościowego, ale zadbajmy o to, by młode pokolenie nie przesiąkło systemowymi grzechami. Ludzie skrępowani procedurami mogą co najwyżej nieznacznie podskoczyć. A my przecież głęboko wierzymy, że kiedyś uda się nam dolecieć do gwiazd i zagościć tam dłużej, niż trwała ostatnia misja w kosmos z udziałem polskiego astronauty.
Opinie i poglądy przedstawione w tym tekście są wyłącznie prywatnym stanowiskiem autorek. Nie stanowią one oficjalnego stanowiska KN PAN ani jednostek, z którymi autorki są zawodowo związane. Niniejszy tekst należy traktować jako niezależny głos w dyskusji, a nie jako oficjalne stanowisko instytucji, przy których autorki są afiliowane.
Dr hab. Jolanta Perek-Białas, prof. UJ jest związana z Instytutem Socjologii UJ oraz Instytutem Statystyki i Demografii SGH; kieruje Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ. Jej badania koncentrują się na społeczno-ekonomicznych aspektach starzenia się społeczeństwa oraz ewaluacji polityk publicznych.
Prof. dr hab. Grażyna Prawelska-Skrzypek specjalizuje się w problematyce zarządzania w sektorze publicznym oraz kształtowania i wdrażania polityk publicznych. Była dyrektorką Instytutu Spraw Publicznych UJ i podsekretarzem stanu w MNiSW.