logo
FA 5/2026 informacje i komentarze

Mariusz Karwowski

O podnoszeniu atrakcyjności szkół doktorskich

Feudalizm i zepsucie w akademii, brak perspektyw, ilość pracy niewspółmierna do korzyści – to główne powody, dla których obecni doktoranci nie podjęliby ponownie kształcenia na tym poziomie. O podnoszeniu atrakcyjności szkół doktorskich dyskutowano podczas ostatniego posiedzenia Komitetu Naukoznawstwa PAN.

Ni to pies, ni wydra

Na wstępie dr hab. Dominik Antonowicz i dr Krzysztof Wasielewski (obaj z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu) zaprezentowali pierwsze wyniki najnowszych badań dotyczących szkół doktorskich. Są one dziś postrzegane przez doktorantów jako przestrzeń tak naprawdę niczyja. Z ankiet i wywiadów przeprowadzonych wśród 1157 doktorantów wynika, że przebywają oni zazwyczaj w macierzystej jednostce (katedra, instytut) i właśnie tam prowadzą swoje badania. W przypadku nauk humanistycznych i społecznych jest jeszcze inaczej – tu doktorat powstaje najczęściej w… domu. Szkoła doktorska jest więc jedynie miejscem na załatwianie różnego rodzaju formalności.

Tymczasem, zwracano uwagę, miały to być z założenia miejsca fermentu intelektualnego, który wynikałby z ich interdyscyplinarnego charakteru. Okazuje się, że były to tylko pobożne życzenia. Doktorantom brakuje relacji z kolegami i koleżankami z innych dyscyplin, często mówią o silosowości kształcenia. Ponad połowa badanych (52,8%) wskazywała, że spora część zajęć jest nieprzydatna. Podkreślali, że dla ukończenia doktoratu w terminie kluczowe znaczenie ma relacja z promotorem. Jeżeli ktoś ma pecha, ta współpraca przebiega źle, pojawia się zwątpienie, zniechęcenie, wręcz negatywne nastawienie do nauki. Tym samym promotor jawi się jako osoba kształtująca zaufanie do całej akademii. W drugą stronę też to działa: wpływowy promotor jest w stanie obronić doktoranta w kryzysie, poprowadzić go przez niuanse szkoły doktorskiej, a nawet zapewnić mu etat na uczelni.

Badacze byli także ciekawi, jak doktoranci funkcjonują w szkole doktorskiej. Cieniem na tej kwestii kładzie się ich nieuregulowany status: nie są bowiem ani studentami, choć wciąż często się ich tak określa, ani pracownikami, mimo że prowadzą zajęcia w ramach praktyk i realizują badania, tyle że bez pracowniczych benefitów. W wywiadach ktoś użył dosadnego określenia: „ni to pies, ni wydra”. Ankiety ujawniły, że doktorant pracujący poza nauką to już właściwie standard. Zawodowo pracuje 60,4% z nich, w tym 70,3% w HS i 42,5% w STEM. To konieczne, gdy ma się na utrzymaniu rodzinę, a deklaruje to 26,4% doktorantów. A gdyby mogli wybierać raz jeszcze, to co w największym stopniu wpłynęłoby na inną decyzję? Na plan pierwszy wybija się feudalizm i zepsucie w akademii (21,7%). Nieco mniej osób mówiło o braku perspektyw (16,8%) oraz ilości pracy niewspółmiernej do korzyści (16,1%). Pojawiały się też głosy o trosce o zdrowie psychiczne (14,3%) i ogromie niepotrzebnych zajęć (13,7%).

Nie tak szybko, jak chcą „Zetki”

W dyskusji, którą prowadziła dr hab. Anna Zachorowska-Mazurkiewicz, dyrektorka Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych UJ, skupiono się na dwóch kwestiach: umiędzynarodowieniu i interdyscyplinarności.

Jak mówiła prof. Ewa Lechman, zastępczyni dyrektora Szkoły Doktorskiej Politechniki Gdańskiej ds. rozwoju i internacjonalizacji, na jej uczelni działa jedna szkoła doktorska, która skupia 14 dyscyplin. – Mamy obecnie około 370 doktorantów, z czego 1/3 to obcokrajowcy, głównie spoza Unii Europejskiej, m.in. Hindusi, Pakistańczycy, Irańczycy – wyliczała. Dodała, że na spadek zainteresowania ścieżką naukową ma wpływ nie tylko demografia, ale i warunki finansowe, które zniechęcają do robienia doktoratu, a także… specyfika pokolenia Z: chcą szybko, natychmiast, od razu. W nauce tak się nie da, szybkich efektów nie ma. Z tym właśnie, jej zdaniem, wiąże się wysoki drop-out po pierwszym roku kształcenia. – Tworząc naszą szkołę, wyszliśmy z założenia, że będziemy inwestować w doktorantów. Uruchomiliśmy program grantów na badania, całe kształcenie odbywa się po angielsku, mamy też szeroką ofertę wyjazdową do najlepszych politechnik w Europie: na ETH w Zurichu, TU Delft, RWTH Aachen, UPV w Walencji.

Prof. Francesco Giacosa, dyrektor Szkoły Doktorskiej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach (jedna szkoła, 17 dyscyplin), podał, że u niego co piąty doktorant jest spoza Polski. Zaznaczył, że w UJK również jest mniej doktorantów niż wcześniej. Bariery finansowa i językowa stanowią, jego zdaniem, największe wyzwanie dla przyjeżdżających do naszego kraju. Co ich zachęca? Przede wszystkim dobry grant. A poza tym promotor: gdy ma pozycję, sieć kontaktów, jest znany międzynarodowo. Podkreślił, że na UJK udało się zrealizować ideę interdyscyplinarności. Być może to dzięki temu, że uniwersytet nie jest duży i o wiele łatwiej zbudować współpracę między naukowcami z różnych dyscyplin.

Dr hab. Krzysztof Kowalski, kierownik interdyscyplinarnego programu doktorskiego w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, już na wstępie określił się jako fan szkół doktorskich. Oponował przeciwko nazywaniu szkoły doktorskiej niczyją. – Ona jest tak długo niczyja, dopóki ktoś nie dojdzie do wniosku, że można zbudować wspólnotę wokół pewnych wartości. Nasza szkoła oferuje osadzenie doktoranta w kontekście międzynarodowym z pomocą promotorów, którzy patrzą dalej niż tylko do obrony doktoratu. Doktoranci szukają bowiem osadzenia w rynku pracy – przekonywał. Odniósł się również do przedstawionych wcześniej wyników badań, w których wskazywano nieprzydatność części zajęć w szkole doktorskiej. – To ma być środowisko wsparcia, a nie lista kursów do wypełnienia. Można przecież dopuścić aktywności, które komuś bardziej odpowiadają, a dadzą odpowiednią liczbę punktów ECTS. Więc to kwestia wprowadzanych rozwiązań, a nie tego, że szkoły doktorskie są co do zasady złe – podsumował.

Doktorat atutem czy nie?

Ciekawą perspektywę dorzucił prof. Paweł Swianiewicz z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, dyrektor Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego, były dyrektor Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem szkoły doktorskie to pomysł, który został w dużym stopniu zmarnowany. – Cechuje je pozorna interdyscyplinarność. Mamy ekonomistów, psychologów, politologów, geografów, socjologów, którzy często posługują się tymi samymi metodami. Skoro tak, to zróbmy zajęcia, w których ekonomiści skorzystają z wiedzy psychologa znającego się na metodach eksperymentalnych. Szkoły doktorskie, które znam, nie chcą iść w tym kierunku. Każda dyscyplina kształci po swojemu, tak jak było od zawsze – mówił. Jego zdaniem decyduje o tym w głównej mierze konserwatyzm środowiska naukowego. Jak tłumaczył, w polskiej nauce mamy wielu wyznawców wiary w czystość dyscypliny naukowej. Tymczasem np. w samorządzie interdyscyplinarność jest bardzo przydatna.

Z tym, że stopień doktora jest dziś na rynku pracy atutem, nie do końca zgodziła się Paulina Chobot, pełnomocniczka ds. umiędzynarodowienia Krajowej Reprezentacji Doktorantów. Jej zdaniem osoby po doktoracie postrzega się jako wyspecjalizowane w bardzo wąskiej dziedzinie i bez doświadczenia praktycznego. Stanowi to duży problem dla tych, którzy nie planują pozostać w akademii. To też jeden z powodów, dla których wielu z nich łączy doktorat z pracą zawodową. Odniosła się również do kwestii mobilności. – Dla promotorów taki wyjazd oznacza wyhamowanie postępów pracy badawczej. A ponieważ kształcenie w szkole doktorskiej odbywa się w wąskich ramach czasowych, to często takie wyjazdy mogą się wiązać z tym, że termin ukończenia pracy doktorskiej nie zostanie zachowany. Mobilność jest ważna, ale niekiedy otoczenie systemowe w niej przeszkadza – dodała.

Patologiczny chów wsobny

Z kolei prof. Janusz Hołyst, członek Komitetu Naukoznawstwa PAN, odniósł się do wyników badań, w których respondenci wskazywali, że dobry promotor to ten, który później ma załatwić doktorantowi etat na uczelni. – Nasza tradycja chowu wsobnego jest patologią. Po obronie doktoratu trzeba jechać w świat, zdobywać doświadczenie, poznawać inne oblicze akademii, a nie osiadać w środowisku, z którego się wyszło – mówił. Pytał, dlaczego dokładamy pieniądze polskiego podatnika do podnoszenia kwalifikacji obcokrajowców. W jego ocenie stypendia powinny służyć temu, żeby doktorat zwrócił się naszemu społeczeństwu. Przeciwko takiemu stawianiu sprawy zaprotestował prof. Kowalski: – Czy chcemy dobre projekty i dobrych doktorantów, czy po prostu chcemy kształcić Polaków? Przecież nawet jeśli później obcokrajowcy wyjadą do pracy gdzie indziej, wytworzą pewnego rodzaju markę naszego kształcenia – przekonywał. Prof. Lechman również stanęła w obronie doktorantów z zagranicy. – To system naczyń połączonych. Przecież my też wyjeżdżamy na stypendia i korzystamy z zasobów innych państw – zauważyła.

Mariusz Karwowski

Wróć