Marcelina Smużewska

Źródło: Wikipedia
„Głęboko wierzył w wielkość i doskonałość narzędzia, jakim jest dobrze wytrenowany umysł ludzki. Mawiał też często, że istnieje tzw. »zasada Ulama« (…): »matematyk zrobi to lepiej«” (K. Dziewanowski, Przedmowa, w: H. Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, Aneks, Londyn 1992). Istotnie, matematycy ze swoim abstrakcyjnym, ale logicznym podejściem do problemów technicznych, często okazywali się nieodzowni.
Hugo Dyonizy Steinhaus urodził się 14 stycznia 1887 roku w Jaśle w rodzinie o korzeniach żydowskich. Ojciec przyszłego matematyka Bogusław Steinhaus był właścicielem cegielni, składu tytoniu i alkoholi oraz zajmował się budową domów. Wuj Hugona był także ważną postacią w miasteczku. Bracia założyli wspólnie towarzystwo kredytowe, które istniało kilkadziesiąt lat. Dzieci Steinhausów uczyły się początkowo w domu. Budynek był zlokalizowany przy głównym rynku miasta. W edukacji prywatnej Hugonowi podobało się to, że zajmowała połowę tego czasu, co zwykła szkoła. Mógł więc spokojnie oddawać się wycieczkom po okolicy, obserwacjom życia miejskiego, lekturom, kąpielom w Wisłoce i przejażdżkom na kucu.
Do gimnazjum chłopiec trafił w wieku 9 lat. Jak wspominał: „naukę traktowałem serio, a historia sprawiała mi niemałe trudności, bo nie umiałem się uczyć na pamięć, a nie widziałem lepszego sposobu” (H.S. Wspomnienia i zapiski. Londyn 1992). Mimo to było widoczne, że Hugo jest niezwykle inteligentnym dzieckiem i opanowywanie nowych obszarów wiedzy i umiejętności przychodziło mu bez większego wysiłku. Np. języka niemieckiego nauczył się sam, korzystając jedynie ze słownika i lektur. Jeszcze przed maturą zdecydowany był kształcić się w kierunku matematyki. Wzięło się to z przypadkowych lektur, które nastolatka zafrapowały. Uwielbiał poszukiwanie rozwiązań.
Hugo zdał maturę w 1905 roku, a potem rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim, jako główne przedmioty wybierając matematykę i filozofię. Chodził na wykłady Kazimierza Twardowskiego, Juliana Puzyny i Stanisława Grabowskiego. Po roku, za namową Stanisława Jollesa, profesora geometrii wykreślnej na politechnice w Charlottenburgu, przeniósł się do Getyngi. Przyjaźnił się z tamtejszą Polonią: Antonim Łomnickim, braćmi Dziewulskimi (astronomem i fizykiem), Leonem Chwistkiem, Tadeuszem Banachiewiczem, Włodzimierzem Stożkiem, Antonim Przeborskim czy Kazimierzem Jantzenem, by wspomnieć tylko kilka osób.
Steinhaus odnotował, że ówczesny świat studencki zdominowany był przez korporacje i burszenszafty (faktycznie zrzeszonych było kilkanaście procent studiujących), a ich członków można było rozróżnić po specyficznej barwie stroju. Obserwował ich obyczaje, choć sam w to środowisko nie wszedł, trzymając się raczej z Polakami. Sam preferował wizyty na basenie publicznym i piesze wycieczki. Najważniejszym miejscem nauki była dla niego czytelnia matematyczna z bogatym zbiorem czasopism fachowych. W pierwszej kolejności Steinhaus zainteresował się geometrią wykładaną przez Davida Hilberta (1862-1943). Później było coraz więcej przedmiotów z zakresu tzw. matematyki stosowanej (mechanika, geometria wykreślna, grafostatyka, rachunek numeryczny, geodezja).
Innym nauczycielem Hugona był Edmund Landau (1877-1938). Nauczył go precyzyjności dowodzeń i zabiegania o poprawność tekstu. W 1910 roku Steinhaus przez semestr przebywał w Monachium, gdzie słuchał Alfreda Pringelsheima (1850-1941) i Hugona von Seeligera (1849-1924). Po powrocie do Getyngi słuchał wykładów Alberta A. Michelsona (1952-1931), który był akurat w Getyndze jako visiting professor. Uczony ten zaproponował Steinhausowi pracę asystenta na Uniwersytecie w Chicago. Michelson był bardziej przyrodnikiem niż matematykiem i być może dlatego Steinhaus propozycji nie przyjął.
Egzamin doktorski zdał w 1911 roku u Hilberta, Carla Rungego (1856-1927) i Johannesa Hartmanna (1965-1936). Potem trochę podróżował po Europie, ale musiał wrócić, żeby odbyć służbę wojskową. Szybko okazało się, że dziecinna fascynacja żołnierką była pomyłką. Jak wspominał: „przymus wstawania rano, czyszczenie butów i guzików, rozbieranie i składanie karabinów, ścielenie łóżek i zwijanie płaszczy, konieczność słuchania idiotycznych pouczeń feldfebla i znoszenie szykan – to wszystko obrzydziło mi wojsko do ostatecznych granic. Kasarnia jest zarazem więzieniem, szpitalem, internatem dla małych dzieci, karczmą i szkołą” (H.S. 1992). Z przeszkolenia wojskowego uwolniła matematyka diagnoza dotycząca choroby serca. Przez pewien czas Steinhaus był „prywatnym uczonym” bez określonego zajęcia.
W 1913 roku matematyk przygotował kilka not o szeregach trygonometrycznych, które ukazały się w „Biuletynie Akademii Umiejętności”. Podróżował też trochę po Europie, głównie po Włoszech i Francji. Trenował wioślarstwo i tenis w Krakowie. Po wybuchu I wojny światowej rodzina salwowała się ucieczką do Austro-Węgier. Po paru miesiącach młodzieniec postanowił wstąpić do Legionów, a konkretnie do oddziału artyleryjskiego. Przez pewien czas towarzyszył mu Zygmunt Janiszewski, który wtedy już miał tytuł doktora Sorbony. Mogli więc swobodnie rozmawiać o matematyce. Pod koniec 1915 roku matka Steinhausa wystarała się w Ministerstwie Obrony Krajowej w Wiedniu o zwolnienie syna z armii. W tym samym czasie poległ młody bratanek rodziny Steinhausów, co pewnie dodatkowo zdeterminowało ją do działania. Hugo trafił do Centrali Odbudowy Kraju.
Spacerując pewnego dnia po krakowskich plantach, Steinhaus usłyszał sformułowanie „miara Lebesgue’a”. Podszedł do ławki i przedstawił się dwóm dyskutującym tam mężczyznom. Jednym z nich był Stefan Banach (można rzec: odkrycie Steinhausa), a drugim Otto Nikodym. Towarzystwo zaczęło spotykać się regularnie. Z czasem zaczęli dołączać inni, m.in.: Władysław Ślebodziński, Leon Chwistek, Jan Króo i Władysław Stożek. Postanowiono założyć oficjalne Towarzystwo Matematyczne, pierwszą taką organizację w Polsce.
W marcu 1917 roku z inicjatywy prof. Puzyny we Lwowie odbył się wykład habilitacyjny Hugona Stenhausa na temat własności szeregów Fouriera. W sierpniu tego samego roku wziął on ślub ze Stefanią Schmaus. Podczas podróży poślubnej dowiedział się, że uzyskał veniam legendi. Odtąd swoje życie dzielił między rodzinę i nudną pracę na etacie w Ekspozyturze Odbudowy Kraju z funkcjami docenta. W kwietniu 1918 roku (data podana przez H.S.) urodziła się córka Steinhausów – Lidia.
Mimo trudnych warunków i wojny polsko-bolszewickiej środowisko matematyków lwowskich powoli zaczęło się budować. Do PTM należeli, obok Hugona Steinhausa: Krygowski, Janiszewski, Żyliński, Łomnicki, Banach (któremu Steinhaus wystarał się o etat na Politechnice) oraz Ruziewicz. Od 1920 roku zaczęli się także pojawiać pierwsi studenci. W tym samym czasie Hugo Steinhaus uzyskał nominację na profesora nadzwyczajnego i wyjechał na jeden semestr do Getyngi. Zajmował się wtedy rachunkiem prawdopodobieństwa i mechaniką statystyczną. W 1923 roku w IV tomie warszawskiego „Fundamenta Mathematicae” ukazał się jego tekst o prawdopodobieństwie zbieżności szeregów, których wyrazy są zaopatrzone w znaki losowe. Inspiracją do poruszania tego typu zagadnień były zdarzenia z życia codziennego.
Według wspomnień, wykłady Hugona Steinhausa były za trudne dla przeciętnego odbiorcy (M. Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Iskry, Warszawa 2014). Marceli Stark zauważył, że najlepiej było wtedy, kiedy Profesor gubił się w swoich dowodach. Wtedy można było się naprawdę nauczyć, jak robić matematykę. Steinhaus rezygnował z suchego wykładu i wciągał studentów w dyskusję, zaczynał rozumowanie od początku. O swojej dziedzinie powiedział, że jest jak istniejąca od wieków wysoka wieża, na szczyt której prowadzą kręte schody. Aby zobaczyć postęp budowy, trzeba wejść na sam szczyt. Natomiast zadaniem popularyzatora jest zbudować windę, aby przeciętnemu czytelnikowi bez zbędnych szczegółów pokazać, że gmach stoi pewnie, jest wysoki i wciąż rośnie. Tak powstała książka pt. Czem jest, a czem matematyka nie jest (1923).

Fragment rękopisu Księgi Szkockiej. Źródło: Wikipedia
We wrześniu 1927 roku zorganizowano I Polski Zjazd Matematyczny we Lwowie. Podczas tego spotkania Steinhaus i Banach zdecydowali o utworzeniu nowego pisma, którego zostali redaktorami. Mimo protestów środowiska warszawskiego „Studia Mathematica” otrzymały ministerialną dotację i ruszyły. Pierwszy numer ukazał się w 1929 roku. Wydawano je w 4 językach, a wyzwaniem było znalezienie umiejętnych zecerów, którzy radzili sobie z zapisem matematycznym. Pierwsze teksty dotyczyły teorii operacji i rachunku prawdopodobieństwa. Mimo wielu obowiązków w tym samym roku większość matematyków lwowskich, w tym Steinhaus, wybrała się do Bolonii na konferencję. Takie spotkania nie sprowadzały się jedynie do naukowej dyskusji. Była to też okazja do nawiązania więzi koleżeńskich, wysondowania nastrojów politycznych za granicą, a także poznania świata.
W 1930 roku Steinhaus został dziekanem Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego UJK. Musiał zwoływać Rady Wydziału dwa razy w miesiącu. Najbardziej jednak nie lubił zebrań senatu, które uważał za jałowe. Był opiekunem Towarzystwa Żydowskich Studentów, ale nie dlatego, że z pochodzenia był Żydem. Nie akceptował dyskryminacji ze względu na narodowość czy wyznanie, ponieważ dostrzegał, że stoi za tym „większa polityka”, która posługuje się młodymi jako „pożytecznymi głupcami”. Nie ma też ku dyskryminacji żadnych przesłanek merytorycznych. W lutym 1937 roku na wykładzie Steinhausa próbowano zaprowadzić getto ławkowe. Oburzony Profesor opuścił salę i nie zrealizował wykładu.
Lwowscy matematycy sporo czasu spędzali w restauracjach i kawiarniach. Taki styl mieli przede wszystkim Stefan Banach i Stanisław Mazur, po oficjalnych obowiązkach uczelnianych lubili jeszcze dyskutować we własnym gronie. Może i nie było to ulubione otoczenie Hugona, który pracował przede wszystkim we własnym gabinecie, ale się temu nie przeciwstawiał i uczestniczył w spotkaniach. Do „Kawiarni Szkockiej”, gdzie najczęściej się widywano, zaglądali także: Herman Auerbach, Włodzimierz Stożek, Stefan Kaczmarz, Stanisław Ruziewicz, Józef Schreier, Władysław Nikliborc, Stanisław Saks, Juliusz Schauder, Władysław Hetper, Jan Herzberg, Marceli Stark, czy Marek Kac (M.U. 2014). Niezwykłość tych spotkań polegała także na ich równościowym charakterze. Jeśli ktoś miał coś wartościowego do powiedzenia, to nie liczył się tytuł naukowy, tylko sama wygłoszona uwaga.
W lipcu 1935 roku żona Stefana Banacha, Łucja, przyniosła do kawiarni zeszyt, żeby matematycy przestali pisać po stolikach. Tak powstała słynna Księga Szkocka. Pierwszego wpisu dokonał Stefan Banach, za nim Ulam, Mazur i Orlicz. Za rozwiązanie problematu należała się nagroda wyznaczona przez autora. Były różne: od czarnej kawy, po żywą gęś. Steinhaus raz zaoferował 10 deko kawioru. Zadania do Księgi wpisywali nie tylko lwowianie. Rozwiązania nie pochodziły wyłącznie z lwowskiego środowiska, ale z całego świata. Najwięcej problematów wpisali do księgi Stanisław Ulam (62) i Stanisław Mazur (49). Ten pierwszy w 1936 roku zaoferował za rozwiązanie żywą gęś. Hugo Steinhaus był autorem 10 zagadnień matematycznych, w tym ostatniego z 31 maja 1941 roku (Tamże).
Podczas wakacji 1937 roku w Krynicy pewna kobieta zapytała Steinhausa, czym właściwie się zajmuje. Tak powstała idea Kalejdoskopu matematycznego, który okazał się być wielkim sukcesem matematyka jako popularyzatora. W przygotowaniu publikacji pomagał Profesorowi Marek Kac, którego w ten sposób Steinhaus próbował wesprzeć w karierze. Opracowanie miało aż 180 rycin i to one były najtrudniejsze w przygotowaniu. Z poświęceniem oddała się im Wanda Diamandówna, która miała laboratorium fotograficzne we Lwowie. Nie jest łatwo wykonać zdjęcie sklejonej wstęgi papieru. Do innych ujęć potrzebne były ołowiane żołnierzyki w liczbie 500 albo sztuczna mucha. Ostatecznie książka ukazała się w 1938 roku w Książnicy Atlas. Z czasem została przetłumaczona na 10 języków. W samej Polsce miała cztery wydania.
W 1938 roku Hugo Steinhaus pojechał na kongres matematyczny do Genewy. Było to niemałe wyróżnienie, ponieważ zapraszano tam najwybitniejszych uczonych z całego świata. Przedsięwzięcie finansował tajemniczy milioner, którego nazwiska nigdy nie ujawniono. Podczas zjazdu Steinhaus poznał dwóch Noblistów: Hindusa Chandrasekhara Romana (nagroda w 1930 roku) i Niemca Wernera Heisenberga (nagroda w 1932 roku). Zapytał ich, jak przebiega tor pocisku, który wpada ukośnie w ciało ludzkie. Nie potrafili odpowiedzieć. Hugo Steinhaus musiał już wtedy pracować nad swoim introwizorem – urządzeniem, które miało lokalizować ciała obce w ciele i umożliwiać ich wydobywanie podczas operacji.
Problem ten „męczył” matematyka już znacznie wcześniej, ale bez obiecujących rezultatów. Rozwiązanie przyszło przez przypadek. „Była zima 1937/1938 roku, prószył śnieg, na rękawach czarnego futra profesora Steinhausa osadzały się śniegowe gwiazdki. W witrynie saloniku dostrzegł siebie i odbicie śniegowych płatków na powierzchni kapeluszy za szybą. Kiedy poruszył ręką, zobaczył, jak białe gwiazdki śniegu widoczne w szybie jakby wnikały do środka materii, z której zrobione były nakrycia głowy” (M.U. 2014). Tak powstał projekt wynalazku introwizora.
Zamysł urządzenia matematyk opublikował w „Sprawozdaniach Akademii Paryskiej” i w księdze jubileuszowej jasielskiego gimnazjum (tekstu zapewne nikt nie zrozumiał). Na tej podstawie udostępniono Steinhausowi atelier rentgenowskie do prowadzenia eksperymentów. Matematyk chciał także być obecny przy operacjach chirurgicznych, by lepiej zrozumieć, jak najlepiej zbudować urządzenie. Jeszcze w 1938 roku uzyskał patent w Polsce, potem też w USA.
Ostatnie lato przed wojną rodzina Steinhausów spędziła na Huculszczyźnie na Podolu. Tam niespodziewanie odwiedziła małżeństwo córka z mężem Janem Kottem (ślub w czerwcu tego samego roku). Matematyk nie był zadowolony z wizyty, gdyż uważał, że jego jedyne dziecko będzie bardziej bezpieczne we Francji, gdzie do tej pory studiowało na Sorbonie. Z perspektywy audycji radiowych pierwsze dni wojny wydawały się igraszką. Wraz ze zbliżającym się frontem stawało się jasne, że wojna polsko-niemiecka jest przegrana. Rodzina Steinhausów rozważała wyjazd za granicę, ale ostatecznie, obawiając się nieznanego, zdecydowali się wrócić do domu. Do Lwowa przyjechali w momencie, gdy był on już pod okupacją sowiecką.
Uniwersytet był w chaosie. Wkrótce zaczęły się dwie plagi: mityngów i reorganizacji. Początkowo Sowieci obiecywali darmowe kształcenie, nieograniczoną liczbę miejsc, podwójne zarobki dla profesorów. Z czasem okazało się, że ceną za to jest kompletny brak przewidywalności. Rządy Sowietów kojarzyły się matematykowi ze złośliwą pajdokracją. Oczywiście wszelkie dotychczasowe dokonania nauk uznano za „burżuazyjne”. Rozpoczęły się aresztowania, w pierwszej kolejności polskich oficerów. Od wiosny 1940 roku na coraz większą skalę i pozornie według przypadkowego klucza. Wiele instytucji i ziem upaństwowiono. Usunięto nawet polskie nazwy ulic. Pojawiało się za to coraz więcej sowieckich urzędników i ich rodzin. Wbrew obietnicom dobrobytu w sklepach nie było nic. Pojawiły się naciski, żeby wykłady prowadzić po ukraińsku (Steinhaus używał określenia „po rusku”). On się jednak przed tym wzbraniał, tłumacząc, że Ukraina nie dorobiła się jeszcze odpowiedniego zestawu pojęć, który umożliwiałby jej swobodne prowadzenie analizy matematycznej. Wszak nawet polski język matematyczny uważany był za młody. Wiele terminów stworzył dopiero prof. Puzyna. Niemniej jednak Wydział Matematyczno-Przyrodniczy został uruchomiony, a dziekanem został Banach, który za najlepszą strategię uznał współpracę z zaborcą. Steinhaus i inni matematycy zostali członkami Akademii w Kijowie, co wiązało się z dodatkowym wynagrodzeniem. Rozpoczęły się uciążliwe wyścigi o zwiększanie produktywności. Biurokracja się rozrastała. Przyjeżdżający byli podejrzewani o szpiegostwo, wyjeżdżający o malkontenctwo i szpiegostwo. Za napisanie wiersza można było trafić na Sybir. Rosjanie opuszczając miasto, zostawili stosy pomordowanych w więzieniach.
Okupacja niemiecka Lwowa rozpoczęła się 30 czerwca 1941 roku. Powróciły na krótko rządy ukraińskie. W trzecim dniu okupacji aresztowano 22 profesorów UJK i zamordowano ich na Wzgórzach Wuleckich. W lipcu intensywne naloty funkcjonariuszy SS na mieszkanie Profesora spowodowały, że zdecydował się on je opuścić i ukrywać się. Steinhausowie spakowali niewielki dobytek, żona profesora zerwała ostatnią różę z ogrodu i nieśpiesznie oddalili się od swojego domu, tym samym ratując życie.
Tułali się po znajomych. Nieco więcej czasu spędzili w willi u państwa Fulińskich przy ul. Tarnowskiego. Nie zdecydowali się na założenie opasek z gwiazdą Dawida, nie zgłaszali się do żadnych rejestrów i spisów. Dla Hugona Steinhausa stawało się coraz bardziej jasne, że żeby przeżyć ten okrutny czas, musi porzucić własną tożsamość i zniknąć. We Lwowie zostawili swoje sowieckie dokumenty i ostatnie prace naukowe. Ich celem były okolice Przemyśla, a konkretnie przysiółek zwany Osiczyną. W miejscu tym Steinhausowie funkcjonowali jako państwo Krochmalni. Ponieważ konsekwentnie nie chcieli figurować na jakichkolwiek listach, unikali w ten sposób robót przymusowych, ale nie przysługiwały im też kartki żywnościowe, więc bywało trudno. Matematyk prowadził luźne zapiski matematyczne, notował raczej problemy niż ich rozwiązania.

W lipcu 1942 roku konieczna okazała się kolejna przeprowadzka. Państwo Steinhausowie trafili do Stróż, do folwarku Berdechowo zarządzanego przez rodzinę Cieluchów. Tam przebywali już teściowa i szwagier matematyka. Żeby być przydatnym, Steinhaus wykonał mapę majątku. Od wiosny 1943 roku uczył też okoliczne dzieci, oczywiście w ramach tajnego nauczania. Finansowo wspierała ojca Lidia Kott. Mniej więcej w tym samym czasie Profesor postanowił pisać pamiętnik, na którym w dużej mierze oparty jest ten artykuł. W drugim półroczu 1944 roku na prowincji zaczęło się robić coraz bardziej niebezpiecznie. Władza zmieniała się szybko, pojawiali się żołnierze wracający z frontu, grasowały różne leśne oddziały: od żołnierzy podziemia po zwykłych bandytów i złodziei. W grudniu 1944 roku do Steinhausów dotarła wiadomość o zniszczeniu Jasła. Tym samym stracili oni cały swój majątek i widoki na spokojną emeryturę.
W styczniu 1945 roku Profesor sporządził listę strat swojej dyscypliny. Wyszło mu, że polska nauka straciła 70% matematyków. Mniej więcej też od tego roku wrócił do bardziej systematycznej pracy naukowej. Pisał artykuły i przekazywał je przez znajomych innym matematykom. W sierpniu 1945 roku Steinhaus wybrał się do Jasła, żeby uporządkować sprawy majątkowe. Pierwszy raz od 3 lat jechał pociągiem. Wsiadł do niego jako Grzegorz Krochmalny, a wysiadł jako profesor Hugo Steinhaus. Później trafił do Krakowa, gdzie początkowo w ogóle mu się nie podobało. Denerwował go brud, hałas i tłok. W mieście odnalazł swoją matkę i siostry.
Na „ziemiach odzyskanych” zaplanowano nowe polskie uczelnie. Steinhausowi zaproponowano katedrę we Wrocławiu. Nie był początkowo tym pomysłem zachwycony (o Wrocławiu wyraził się: „największa kupa dziadów na największej kupie cegieł i rumowiska w Europie”), ale w Krakowie raczej nie miał szans na zatrudnienie. Do Wrocławia mieli trafić także Ślebodziński, Szpilrajn-Marczewski, Orlicz, Mazur, Zygmund, Nikliborc. W listopadzie 1945 roku Steinhaus objął funkcję dziekana na Wydziale Matematycznym i rozpoczął wykłady dla… 1,5 studenta, bo jak sam stwierdził: „jeden słuchacz bez dokumentów, to jak pół” (H.S., 1992). Początkowo był chaos, ludzie wyjeżdżali i przyjeżdżali. Nikt nie znał nowych nazw ulic. Dochodziło do rozbojów rabunkowych. Nie było bezpiecznie.
Marek Kac, który przebywał w Stanach Zjednoczonych, postanowił wydać tam Kalejdoskop Steinhausa pod angielskim tytułem Mathematical Snapshots. Wznowione zostały posiedzenia Towarzystwa Matematycznego, gdzie także lwowianin miał swoje wystąpienia. Założono Towarzystwo Naukowe Wrocławskie, którego był sekretarzem. W tym czasie w jego wspomnieniach pojawiało się wiele wyliczeń odnośnie do strat wojennych. Widać też niepokój związany z rodzeniem się nowego ustroju. Z goryczą zauważył także, że mimo niemal całkowitej eksterminacji ludności żydowskiej na terenach polskich, nadal utrzymywał się antysemityzm i dochodziło do pogromów. Pod koniec 1945 roku Żydzi stanowili zaledwie 1,5 procenta ludności. Po wojnie Steinhaus nadal udoskonalał swój introwizor. W zapiskach odnotował pod datą 2.06.1946, że prace nad nim ukończył.
W grudniu 1946 roku odbył się IV Zjazd Matematyczny organizowanym przez PTM. Steinhaus wygłosił referat o podziale pragmatycznym. Odbyła się też akademia ku czci ś.p. Stefana Banacha. Matematyk wspominał tam słynną księgę problematów założoną w Kawiarni Szkockiej. Później Profesor wziął udział w konferencji przemysłu i uczelni. Zaproponowano mu zajęcie się zagadnieniami związanymi z obliczaniem premii w dużych zakładach produkcyjnych. Tego rodzaju praktyczne problemy rozwiązywał wiele razy, co odnotowywał we wspomnieniach.
W czerwcu 1947 roku Steinhaus wybrał się do Ameryki na zaproszenie Stanisława Ulama. Swoje pierwsze wrażenia opisał następująco: „obfitość wszystkiego niezmierna. Są tu winogrona bez pestek i nieznane mi avocado – owoc mający zapach i posmak orzecha, a miąższ i kolor karczocha. Pomarańcz nie jedzą, bo wolą pić wyciśnięty sok. Przeciętny wiek białych w USA wynosi 65 lat” (H.S. 1992). Podczas podróży poznał wielu matematyków i znanych osobistości naukowych. Próbował także ponownie opatentować introwizor, co jednak okazało się zadaniem skomplikowanym.
Po powrocie musiał się zmierzyć ze śmiercią matki, która odeszła w wieku 93 lat oraz z nową reformą uczelni wyższych, która w zasadzie kasowała ich autonomię. Studentów rekrutowano z uwzględnieniem odpowiedzi na pytania polityczne, a dziekani byli odtąd mianowani, a nie wybierani. W tym czasie matematyk pracował nad „normami” statystycznymi dla Polskiego Komitetu Normalizacyjnego oraz zagadnieniem ciągów przypadkowych. We wrześniu 1948 roku uczestniczył w warszawskim zjeździe matematycznym, gdzie mówił o drogach matematyki stosowanej. Mniej więcej w tym samym czasie na polskich zebraniach naukowych zaczęli się pojawiać Rosjanie, którzy podważali dotychczasowe odkrycia naukowe. Zaczęło się od genetyki. Steinhaus podsumował zjawisko jako: „fragment procesu obśliniania, które poprzedza połknięcie polskiego cielęcia, przez rosyjskiego boa-dusiciela” (Tamże). Cenzura miała trzy wymiary: przed składaniem, przed drukiem i przed wypuszczeniem w obieg. Od września 1949 roku Steinhaus pracował w Instytucie Matematycznym, gdzie odpowiadał za dział zastosowań.
„Obecnie pracuję (chwilowo) z drem Ryll-Nardzewskim nad zbieżnością szeregów funkcyjnych. Sprawa introwizora upadła zupełnie – upadnie zapewne i taryfa kwadratowa. Bierze się to stąd, że wszystko u nas jest półserio. Stworzono papierową rzeczywistość i grube płachty gazet, transparentów i malowanych kulis, odgradzając nas od realności, która właściwie nie jest znana nikomu” (Tamże). Awanse stały się prawie niemożliwe, gdyż przynajmniej jeden – opiekun lub promowany – musiał być partyjny. Efekt był taki, że uczeni przestali się śpieszyć z publikacją swoich prac. O Kongresie Nauki Polskiej matematyk napisał, że był to „wielki odpust połączony z jedzeniem za darmo” (Tamże).
W maju 1952 roku Hugo Steinhaus dostał wezwanie do wojewódzkiej komendy UB. Tam wypytywano go o różne sprawy na uczelni, a potem zaproponowano współpracę. Matematyk ze spotkania poszedł prosto do rektora Mydlarskiego i opowiedział mu o sprawie. W ten sposób zapewne uwolnił się od konieczności kolejnych wizyt w siedzibie UB.
W 1954 roku z inicjatywy Tuwima opublikowano w miesięczniku „Problemy” tzw. Słownik Sesteriusa. Profesor Steinhaus słynął z uszczypliwych, ale trafnych komentarzy do rzeczywistości. Potrafił tworzyć też dowcipne zagadki. Słownik nie został opublikowany pod jego nazwiskiem, ale pod pseudonimem z czasów gimnazjalnych. Takie było życzenie matematyka. O rzeczywistości lat 50. pisał następująco: „u nas w kraju katastrofa jest tak ustabilizowana, że nie robi wrażenia; wszyscy wiedzą, że wszyscy kradną (idąc za modą odchudzania się »kradzione nie tuczy«). Zawiodła nadzieja na pozytywną rolę dla swoistego NEPu: neokapitaliści to tylko prywatna inicjatywa w kradzieży” (H.S.). W kwietniu 1958 roku Steinhaus otrzymał doktorat honoris causa na Uniwersytecie Warszawskim. W marcu 1961 roku został uhonorowany w ten sam sposób przez wrocławską Akademię Medyczną. W tym samym roku odbył podróż do Wielkiej Brytanii, gdzie spotkał się z Kacem i Ulamem. Sądzę, że pozostawanie w stałym kontakcie i korespondencyjnym i rzeczywistym z innymi matematykami dawało mu nie tylko świetne rozeznanie w postępach naukowych w dziedzinie, ale też w geopolityce. Dla komunistycznej gospodarki Steinhaus przygotowywał ekspertyzy dotyczące zwiększania wydajności. Jako przykład można wskazać chociażby badania pracowitości pracowników PAFAWAG-u. W grudniu 1959 roku matematyk otrzymał odznaczenie państwowe Order Sztandaru Pracy I klasy. Drwił sobie trochę z tego rodzaju zaszczytów, jednak go przyjął. „Od dwóch lat prasa postanowiła mnie zrobić sławnym; używa określeń »uczony światowej sławy« etc. (…). Ta popularność jest tym zabawniejsza, że ani dziennikarze, ani czytelnicy gazet nie wiedzą absolutnie o tym, co ja robię i właściwie zupełnie ich to nie obchodzi” (Tamże).
W 1960 roku zmuszono Steinhausa do przejścia na emeryturę. Miał wtedy 70 lat. Żegnając się z uczelnią, powiedział: „autonomia jest równoznaczna z wolnością sumienia, a wolność sumienia jest sprawą wewnętrzną. Gdy widzę, że student, który słucha moich wykładów, rozumie dowody matematyczne, myślę sobie, że ten student już nie wierzy w to, co podaje do wierzenia prasa codzienna. Były kraje, w których nie wolno było wykładać logiki; powinno się było zakazać także nauczania matematyki, fizyki i chemii. Sedno sprzeczności leży w tym, że politycy, którzy zdobyli władzę, mają także dostateczne zdolności do zrozumienia króla hiszpańskiego, co podniósł pędzel Velazquezowi. Gdy grand z jego świty dziwił się temu, król powiedział: mogę z dwunastu chłopów kastylijskich zrobić dwunastu grandów, ale z dwunastu grandów nie zrobię jednego Velazqueza” (Tamże).
W sierpniu 1961 roku Steinhaus ponownie wybrał się do Stanów Zjednoczonych. Obchodził tam 50-lecie swojego doktoratu. Zaraz po powrocie rozpoczął starania o ponowny wyjazd. Tym razem do uniwersytetu Notre Dame jako visiting professor. W kwietniu 1966 roku pojechał z kolei do Brighton, by tam nauczać przez jeden semestr.
W swoim długim życiu opublikował około 250 prac. Najwięcej uwagi poświęcił szeregom trygonometrycznym, ortogonalnym oraz problemowi sumowalności. Jego teksty były też istotne dla podstaw rachunku prawdopodobieństwa. Charakterystyczne dla Steinhausa było także podejmowanie zagadnień praktycznych w obszarze medycyny, biologii czy statystyki.
Matematyk odszedł 25 lutego 1972 roku we Wrocławiu i tam też został pochowany.
Wróć