Marek Przybylski

Rys. Sławomir Makal
Po co jest nauka? Na tak postawione pytanie ChatGPT jednoznacznie odpowiada: „Nauka jest po to, żeby rozumieć świat, rozwijać technologie i pomagać ludziom żyć lepiej”, „Każdy wynalazek zaczyna się od badań i zdobywania wiedzy”, „Dzięki badaniom powstają nowe lekarstwa, technologie i sposoby ochrony planety”, „Ostatecznie celem nauki jest poprawa jakości życia – dłuższe życie, większy komfort i więcej możliwości dla ludzi”. A więc to, czego oczekuje się od nauki, wydaje się jasno określone. W uzasadnieniu Nagrody Nobla z fizyki za niebieską diodę elektroluminescencyjną (2014) napisano: „(wynalazek) daje wielką nadzieję na poprawę jakości życia ponad 1,5 miliarda ludzi na świecie, którzy nie mają dostępu do sieci elektrycznej”.
Oczywiście sprostanie tym oczekiwaniom jest procesem skomplikowanym, realizowanym w systemie budowanym latami, wymagającym dużych nakładów finansowych etc. Od uczestników tego procesu oczekuje się głębokiej wiedzy, specjalnych predyspozycji intelektualnych, biznesowego myślenia. Efekty są pochodną wszystkich tych czynników, właściwie zastosowanych i umiejętnie ze sobą powiązanych. Z punktu widzenia nakładów finansowych istnieje obawa, że ten, który te nakłady poniósł/ponosi (np. budżet/instytucje państwa) będzie czegoś w zamian oczekiwał. Publikacji? Stopni naukowych? Czy będzie skłonny dawać więcej, jeśli jego oczekiwania (np. poprawa jakości życia) nie będą spełnione?
Jak w każdej dziedzinie życia społecznego, tak i w nauce, najważniejsi są ludzie: otwarcie myślący, pełni pomysłów i zapału, pracowici. Aby naukę uczynić sensem życia takich ludzi (przynajmniej zawodowego), trzeba im stworzyć odpowiednie warunki pracy, takie jak: wynagrodzenia, infrastruktura badawcza, pieniądze na badania. A że w większości te warunki są pochodną nakładów finansowych i całego systemu ich wydawania, zacznę od krótkiego omówienia tego, czym dysponujemy i czym będziemy dysponować w najbliższej przyszłości. W tym i w kolejnym artykule będę proponował „jak robić więcej i lepiej za mniej”, czyli jak zmienić system aby przy słabym finansowaniu efekty naszej pracy były lepsze, a wynagrodzenia wyższe. W szczególności będę postulował zmianę struktury zatrudnienia w uczelniach i zmianę systemu wynagradzania. Będę proponował rozdzielenie finansowania kształcenia i utrzymania potencjału uczelni (w tym wynagrodzeń) od finansowania badań naukowych, przy równoczesnym zwiększeniu środków na badania nawet kosztem subwencji przydzielanych uczelniom. Będę postulował, aby finansowanie badań naukowych odbywało się tylko poprzez zewnętrzne konkursy grantowe, zauważając, że istotą systemu grantowego jest konkursowa weryfikacja pomysłów, a nie finansowanie tylko najlepszych (współczynnik sukcesu na poziomie 13% w grantach typu NCN Opus to przynajmniej dwa razy za mało). Równocześnie będę proponował, aby koszty pośrednie w grantach znacznie wzrosły i stały się drugim istotnym źródłem finansowania uczelni obok subwencji. Będę rekomendować przeznaczenie zwiększonych wpływów z kosztów pośrednich na finansowanie wyższych wynagrodzeń, w szczególności dla najaktywniejszych naukowo (a więc dla zdobywających granty i przynoszących pieniądze dla swoich uczelni), przy rezygnacji z honorariów w grantach. Będę rekomendował optymalizację polityki aparaturowej z zauważeniem nie tylko potrzeby oszczędności, ale wieloaspektowej roli, jaką mogłyby pełnić laboratoria uczelniane. Będę wreszcie proponował, aby wysokość subwencji zależała tylko od liczby studentów z pewnym tylko udziałem kategorii naukowych. Celem tego, co będę proponował, będzie w szczególności poprawa efektywności wydawania pieniędzy (aby nasza praca nie była „trudem, który poszedł na marne”) i równoczesne przeznaczenie większych pieniędzy na nasze wynagrodzenia.
Nakłady na badania i rozwój (B+R), zgodnie z metodologią stosowaną m.in. przez OECD oraz Eurostat, to wydatki przedsiębiorstw na badania, finansowanie B+R przez państwo (poprzez agencje typu Narodowe Centrum Badań czy Narodowe Centrum Badań i Rozwoju) oraz działalność badawczą uczelni i instytutów naukowych (takich jak instytuty Polskiej Akademii Nauk). Ważna jest nie tylko suma tych nakładów, wyrażona odsetkiem produktu krajowego brutto (PKB), ale także ich struktura, czyli ile wnosi sektor biznesowy, a ile budżet państwa. Czy można liczyć na zwiększanie nakładów na badania i rozwój poprzez lepsze finansowanie uczelni?
Narzekanie na brak właściwego finansowania nauki towarzyszy mojej pracy w uczelni odkąd pamiętam. Objawiał się on zawsze tym samym, czyli brakiem środków na godne wynagrodzenia oraz na zakup aparatury i jej utrzymanie. Jakkolwiek wyjątki się zdarzały: w latach 2023 i 2024 uposażenia pracowników uczelni wzrosły, jeśli uwzględnić procent składany, o kilkadziesiąt (ponad 50) procent. Niestety towarzyszyła temu szalejąca inflacja, odpowiedzialna zresztą za podnoszenie minimalnego wynagrodzenia, która szybko „zjadała” efekty podwyżek. W konsekwencji minimalna pensja profesora uczelni (wynikająca z ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce i aktualnego rozporządzenia ministra) w dalszym ciągu praktycznie nie odbiega od średniej krajowej i jest niepokojąco bliska wynagrodzeniu oferowanemu za pracę wymagającą nieporównywalnie mniejszych kwalifikacji, z pełnym szacunkiem dla ludzkiej pracy w każdym zawodzie. Głośnym echem odbiło się niedawno ogłoszenie Instytutu Fizyki PAN, który poszukiwał badacza obeznanego z zaawansowanym mikroskopem elektronowym, posiadającego doktorat z fizyki, biegłą znajomość języka angielskiego, a któremu oferowano wynagrodzenie na poziomie wynagrodzenia minimalnego, czyli ok. 4806 zł brutto, przy minimalnym wynagrodzeniu pielęgniarki ze średnim wykształceniem bez specjalizacji wynoszącym 8369,35 zł (od 1 lipca 2026).
Mieliśmy też wyjątek, jeśli chodzi o zakupy infrastruktury badawczej: w ramach tzw. Strategii Lizbońskiej Unii Europejskiej, tylko z uruchomionego w 2007 roku Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka polskie instytucje naukowo-badawcze wydały blisko 2.3 mld Euro, m.in. całkowicie odmieniając krajowe laboratoria badawcze. Paradoksalnie, od tamtej pory polscy młodzi naukowcy nie chcą wyjeżdżać na Zachód, twierdząc, że nie muszą, bo najnowocześniejszą infrastrukturę badawczą mają już u siebie. Minęło już jednak kilka lat, a aparaturę naukową trzeba uzupełniać wraz z postępem technologicznym i pojawianiem się nowych technik badawczych. Nie znam efektów ostatniego konkursu na dofinansowanie inwestycji związanych z działalnością naukową, bo ministerstwo wyników nie publikuje (i jak się samemu nie aplikowało, to nie ma się decyzji, w której podawano statystykę). Natomiast niedawno mogliśmy przeczytać o 11 projektach służących utrzymaniu Specjalnych Programów i Urządzeń Badawczych (SPUB) zakwalifikowanych do finansowania przez ministra nauki na ok. 160 wniosków pozytywnie ocenionych przez ministerialną komisję. Jak wynika z listy projektów, dofinansowanych później z dodatkowych środków, w ramach konkursu nie udało się zapewnić pieniędzy na eksploatację tak flagowych instalacji polskiej nauki, jak np. radioteleskop w podtoruńskich Piwnicach.
Najprostszy wniosek, jaki można wysnuć z powyższego, jest jeden: polska nauka jest niedofinansowana, brakuje na podstawowe rzeczy, takie jak wynagrodzenia, najpotrzebniejszą aparaturę i na eksploatację posiadanej infrastruktury badawczej. Oczywiście zawsze jest lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Ale może warto zadać sobie pytanie czy problemem nie jest też sposób wydawania tych pieniędzy (czyli system organizacji badań i szkolnictwa wyższego w Polsce), który w obecnym kształcie powoduje, że wydajemy je nie tak efektywnie jak moglibyśmy to robić. To znaczy: czy części tych pieniędzy po prostu nie marnujemy?
Czy aktualna sytuacja bardzo odbiega od tego, czym polska naukowa dysponowała wcześniej? Nie, odkąd pamiętam, zawsze było podobnie: procent produktu krajowego brutto przeznaczonego na badania i rozwój zawsze był bardzo mały, znacząco odbiegający od środków, jakie na ten cel przeznaczają inne kraje, w tym europejskie. Jednak to, co wydarzyło się w 2025 roku, można nazwać tąpnięciem, którego przyczyn łatwo się domyślić: wojna tuż za naszymi granicami powoduje, że zakupy czołgów, dronów, pocisków artyleryjskich etc. są teraz ważniejsze, bo decydują o naszym bezpieczeństwie (oczywiście edukacja i nauka też decydują o bezpieczeństwie, ale w nieco innej perspektywie czasowej). A co gorsza, nawet jeśli jakieś środki się zwalniają, to przed nauką jest długa lista innych potrzeb, które muszą być zaspokojone, jak choćby likwidacja/zmniejszenie zadłużenia państwa czy nie schodząca z pierwszych stron gazet niedofinansowana służba zdrowia.
W obliczu złożonej sytuacji politycznej, zewnętrznej (skutkującej priorytetem dla wydatków zbrojeniowych) i wewnętrznej, przy tak kryzysowo traktowanych finansach publicznych trudno oczekiwać istotnych zmian w nadchodzących latach. Lepszemu finansowaniu nauki nie sprzyjają też dotychczasowe efekty ponoszonych nakładów rozumiane przede wszystkim poprzez skuteczność pozyskiwania grantów, w szczególności tych przyznawanych przez Europejską Radę Nauki czy Europejską Radę Innowacji, publikacje w najwyżej notowanych czasopismach, takich jak te z grupy NATURE, czy też pozycje polskich uczelni w światowych rankingach, takich jak ranking szanghajski. Oczywiście interpretacja tych samych osiągnięć/wskaźników może być dokładnie przeciwna i świadczyć nie tyle o mało efektywnym wydawaniu pieniędzy przeznaczonych na naukę, ile o niedofinansowaniu nauki. Zwolennicy tej drugiej interpretacji w szczególności pokazują uzyskane wskaźniki, np. liczbę publikacji, w przeliczeniu na nakłady, co w efekcie plasuje nas w górnych strefach stanów średnich lub, w przypadku niektórych dyscyplin, znacznie lepiej.
I jest jeszcze jedna ważna kwestia. Mówi się, że najszybciej zwracają się inwestycje ponoszone na naukę (a dokładniej na badania i rozwój). Lepiej zorientowani dodają, że to jest prawda, ale tylko w krajach, gdzie produkt krajowy brutto (PKB) per capita przekracza 40 tys. amerykańskich dolarów. To zastrzeżenie ma wskazywać, że beneficjentami nakładów na naukę są kraje już rozwinięte. W ogromnym uproszczeniu, w szczególności to kraje produkujące towary, o cenie których decyduje technologiczne zaawansowanie, a nie koszty surowców czy taniej pracy ludzkiej. W 2025 roku PKB na mieszkańca w Polsce było rzędu 28 tys. USD per capita nominalnie, co oznacza ok. 47 tys. USD po uwzględnieniu tzw. parytetu siły nabywczej (co lepiej oddaje realny poziom życia i wielkość gospodarki „od środka”). Plasuje to nas na wysokiej 47 pozycji na świecie i mimo że jest to ciągle znacznie mniej niż np. w Irlandii (131 tys. USD) czy Niemczech (72,3 tys. USD), to na pewno zaliczamy się do krajów rozwiniętych, a ludziom „żyje się coraz dostatniej” (przynajmniej średnio).
Inną sprawą jest nasz PKB w całości, który w 2025 roku wyniósł ok. 980 miliardów USD (w ujęciu nominalnym pokazującym, kto ma większą siłę na świecie – handel, inwestycje). To jest poważna kwota, już niewiele różniąca się od PKB np. Niderlandów (1,3 bln USD) czy Turcji (1,3 bln USD). Ale to ciągle zdecydowanie mniej niż PKB Japonii (4,3 bln USD) czy Niemiec (5 bln USD). Z tego punktu widzenia jako kraj nie jesteśmy jeszcze gospodarczą potęgą, ale… Już wg danych za 2025 rok Polska miała szansę stać się dwudziestą gospodarką świata, jednak Szwajcaria okazała się nieco mocniejsza. Wzrost PKB prognozowany na 2026 rok to 3,6%, czyli nadal znakomity wynik, co pozwala na optymizm i realizowanie kolejnych celów na kredyt; celów których inaczej nie da się realizować, a które są absolutnie konieczne, np. zbrojenia. Jednak zadłużenie sektora instytucji rządowych i samorządowych za chwilę może przekroczyć progi zapisane w konstytucji i w traktatach unijnych. Co więcej, spodziewany w najbliższych latach spadek tempa wzrostu PKB, przy dużym obciążeniu długami, nie ułatwi zwiększania wydatków na inne cele, np. na badania i rozwój. Tym bardziej, że już jesteśmy postrzegani jako kraj o „szwedzkim socjalu i irlandzkich podatkach”, czyli o zbyt rozbudowanych w stosunku do PKB programach socjalnych, przy zbyt niskich wpływach podatkowych.
Jeszcze inną sprawą jest procent PKB, jaki w danym kraju przeznacza się na badania i rozwój (jakkolwiek trzeba pamiętać, że ten sam procent od 100 USD to jednak mniej niż od 1 mln USD i możliwości daje zupełnie inne). W Europie procentowo najwięcej na ten cel wydają Szwecja (3,6%), Belgia (3,4%), Austria (3,3%) i Finlandia (3,2%). W świecie od lat niekwestionowanymi liderami są Izrael (6% PKB), Korea Południowa (5,2%) i Tajwan (3,8%), czyli kraje, dla których innowacje są priorytetem narodowym, a stopa zwrotu nakładów na B+R niezaprzeczalnie wysoka (co widać po PKB per capita równym np. 80 tys. USD dla Tajwanu). Można domniemywać, że tak wysokie nakłady na B+R w Izraelu, Korei czy na Tajwanie nie pozostają bez związku z położeniem geograficznym tych krajów i ich sytuacją geopolityczną. Warto zauważyć, że takim „brzegowym” krajem jest też Polska, także w niełatwej (i pogarszającej się) sytuacji geopolitycznej. Polska przeznacza na badania i rozwój około 1,4–1,5% PKB, czyli mniej niż średnia UE wynosząca około 2,2%. Większość nakładów pochodzi z sektora przedsiębiorstw, a nie ze środków publicznych. Przy czym 1.1% naszego PKB, czyli ok. 10.8 miliarda USD (ok. 39 mld PLN) to środki zapisane w budżecie Państwa jako wydatki na szkolnictwo wyższe i naukę. Kwoty na B+R w innych krajach to np. 36,6 mld USD w Izraelu, 96,7 mld USD w Korei Południowej, 33,4 mld USD na Tajwanie czy 23,8 mld USD w Szwecji, czyli kwoty wielokrotnie większe niż w Polsce. A to ciągle oznacza nasze duże ryzyko technologicznego (i nie tylko) uzależnienia od innych krajów. Oczywiście na pytanie, jaki jest w Polsce zwrot nakładów na naukę, odpowiedzieć nie potrafię, ale przy tak niedużych nakładach istotnego wpływu na naszą gospodarkę bym się nie spodziewał.
Oczywiście można zadać pytanie, czy inwestowanie w B+R to jedyny sposób, by kraj (i jego mieszkańcy) był coraz bogatszy, a jakość życia coraz lepsza. Nie jedyny, takie przypadki się zdarzają. Np. zaskakująco duży PKB per capita w Irlandii, spowodowany m.in. obecnością globalnych koncernów (o krajach produkujących ropę nie wspominając). Trzeba też zauważyć dyskutowany powyżej spektakularny wzrost PKB w Polsce w ostatnich 30 latach i nikt pewno nie będzie twierdził, że zawdzięczamy to nakładom na B+R. Łatwo sprawdzić, że jak przystało na kraj rozwinięty, główny udział w polskim PKB mają usługi, takie jak e-handel, transport, banki, IT i outsourcing. Łatwo jednak zauważyć, że nie zawsze tak będzie. Np. popyt na informatyków już nie jest taki jak kiedyś, dla outsourcingu już teraz atrakcyjniejsze są takie kraje jak Indie czy Pakistan, a chętnych do pracy w charakterze kierowcy TIR-a jest coraz mniej. Przemysł wnosi do PKB mniej, ale jego wpływ na wzrost gospodarczy jest decydujący, choćby poprzez eksport. Nie można więc popełnić błędu i dojść do niesłusznego wniosku, że nauka (czy szerzej: badania i rozwój) są niepotrzebne, a nowe technologie można kupić za granicą. O taki wniosek łatwo, jeśli B+R nie przynoszą bezpośredniego efektu zauważanego w szczególności przez polityków.
Podsumowując, jeśli nakłady na naukę nie są duże, jeśli w dającej się przewidzieć przyszłości nie ma większych szans na ich znaczące zwiększenie, a zależy nam na szeroko rozumianej lepszej niż dotąd efektywności tych nakładów, to wyjście jest tylko jedno: musimy zacząć te pieniądze lepiej wydawać. A więc odpowiedzieć na pytanie, czy aby na pewno nasz system organizacji nauki i szkolnictwa wyższego jest optymalny względem celów, które chcielibyśmy osiągnąć.
Poważne firmy zwykle nie oszczędzają na wynagrodzeniach menadżerów, bo taka oszczędność najczęściej okazuje się pozorną. Podobnie jest w nauce: oferując zbyt niskie wynagrodzenia, tracimy być może najlepszych kandydatów do tego zawodu, którzy albo wyjeżdżają za granicę, albo podejmują inne ścieżki zawodowej kariery. Obok innych zmian w systemie organizacji nauki w Polsce (o których poniżej, a które mogłyby uczynić karierę naukowca atrakcyjniejszym pomysłem na życie), podniesienie zarobków wydaje się czymś absolutnie koniecznym, jeśli myśli się o znaczącej poprawie jakości i efektywności nauki. Oczywiście pamiętając, że nigdzie na świecie w nauce nie zarabia się milionów i nigdzie na świecie pracy naukowej nie podejmuje się dla zarabiania milionów.
Ciekawe porównanie płynie z dyskusji o wynagrodzeniach w służbie zdrowia, które nie tylko przestały być problemem, ale wręcz odwrotnie: wydają się za duże, przynajmniej dla budżetu, jakim dysponuje publiczna służba zdrowia. Pomijając często ostatnio dyskutowane błędy ustawowe etc., wnioski mogą być tylko dwa: (1) działa rynek, (2) mamy za mało lekarzy (m.in. kilkanaście tysięcy wyjechało za granicę). Innymi słowy, najbardziej podstawowe prawo kapitalizmu: ceny towarów i usług (medycznych) rosną wraz z maleniem ich podaży, działa jak zawsze. I nie chodzi tylko o to, że zatrudnienie specjalisty graniczy z cudem (co zwiększa koszty dla coraz bardziej zadłużającego się szpitala), ale zwiększa ryzyko błędu przepracowanego i zmęczonego lekarza zatrudnionego w kilku miejscach. Dodam w tym miejscu, że funkcjonuje też opinia, że nie tyle brakuje lekarzy, ile wydajność pracy lekarzy w Polsce jest niska, a przyczynę tego upatruje się w nadmiernej biurokracji, którą wykonywać muszą lekarze, a nie ich mniej wykształceni i gorzej płatni asystenci. Wnioski zostały wyciągnięte, w ostatnich latach studiować medycynę można już nie tylko w uniwersytetach medycznych, liczba studiujących gwałtownie rośnie. Są już głosy, np. Naczelnej Izby Lekarskiej, że za kilka lat lekarzy będzie za dużo, szczególnie że liczba ludności w Polsce systematycznie maleje.
W nauce sytuacja jest odwrotna: wynagrodzenia są zbyt niskie. Czy to oznacza, że podaż chętnych do pracy naukowej jest zbyt duża, a popyt zbyt mały, czy też że rynek nie działa? Sprawa jest nieco skomplikowana, bo może ktoś powiedzieć, że wszędzie działa rynek. Ale to, że przedsiębiorstwo produkcyjne czy handlowe musi przynosić zysk (w rynkowych warunkach), nie oznacza, że podobnie mierzona efektywność ma też dotyczyć uczelni. Na pewno nie może to być kalka 1 do 1, ale brak działania rynku w tym zakresie wydaje się niezaprzeczalnym faktem. Pocieszamy się, że rynek działa przynajmniej w sferze jednego „produktu” uczelni, jakim są absolwenci (jakkolwiek i tutaj pojawiają się wątpliwości), ale w przypadku wysoko wykwalifikowanych kadr będących efektem działalności naukowej jest już znacznie gorzej. Nie wiem, czy mamy wybitnych naukowców na rynku, którzy chcieliby np. zmienić miejsce pracy. Czy mamy instytucje badawcze, które chciałyby pozyskać liderów ze światowym dorobkiem i byliby gotowi negocjować z nimi ich wynagrodzenie i starting money (czyli środki na rozpoczęcie badań, w szczególności stworzenia potrzebnej bazy aparaturowej)?
Podstawowe zarobki w polskich instytucjach naukowo-badawczych nie są wysokie, ale otwierają wiele innych możliwości. W odróżnieniu od systemów w innych krajach, takich jak USA (nasz tradycyjnie ulubiony przykład) czy w Niemczech (przykład z rynku europejskiego), podstawowe wynagrodzenie na uczelni to nie całość przychodów polskiego naukowca. Pomijając już zatrudnienie u innych pracodawców, co jest możliwe choćby ze względu na tzw. zadaniowy czas pracy obowiązujący na uczelni, dodatkowo płatnych jest wiele innych czynności realizowanych dla uczelni, dodatkowe wynagrodzenie z grantów (co jest pewnym ewenementem, często krytykowanym choćby przez tych, którzy uważają, że to podwójne wynagradzanie za tę samą pracę). Wreszcie płatne są recenzje konieczne w postępowaniach o nadanie stopnia doktora, doktora habilitowanego czy tytułu profesora etc. Tyle tylko, że lepsze wynagrodzenia dostępne są dla osób już doświadczonych, często po wielu latach pracy. A jedyne konkursy dla doświadczonych naukowców, w ramach których można być zatrudnionym, to konkursy na stanowisko profesora uczelni, które otwiera się rzadko. A nawet jeśli się otwiera, to liczba osób na rynku posiadających habilitację i szukających innego, nieznanego miejsca pracy jest mocno ograniczona.
Po prostu nie ma rynku. Nie ma instytucji naukowych, które poszukują profesorów od tematyki (czasem od metody badawczej), którą dana instytucja, z takich czy innych powodów, chciałaby podjąć i rozwijać. Nie ma takiej tradycji, nie ma środków na lepsze wynagrodzenia (to jest na całym świecie dobry argument za zmianą pracy), nie ma na starting money, nie ma środków na etat postodoka (chyba że z grantu, ale dostać grant jest trudno). Z drugiej strony nie ma osób, które takimi ofertami (mało atrakcyjnymi, bo nie oferującymi niczego poza podobnym jak wszędzie niewygórowanym wynagrodzeniem) byłyby zainteresowane. Motorem awansu na stanowisko profesora nie jest więc ani lepsza oferta pracy, ani konkurs (który może okazać się trudny do wygrania), ale awans wewnątrz uczelni. A to nie jest mechanizm, który wymusza istotny wzrost wynagrodzenia ani otrzymanie pieniędzy na aparaturę etc. Jeżeli chodzi o stanowisko profesora (najwyższe stanowisko w uczelni), to nie ma żadnych ustawowych ani zwyczajowo określonych wymagań, obowiązków, kompetencji i potrzeb zatrudniania na tym stanowisku, konkursy zaś otwierane są więc równie rzadko. Zgodnie z ustawą, awans na stanowisko profesora odbywa się „automatycznie” po uzyskaniu tytułu profesora i nie jest związany z żadnymi nowymi kompetencjami czy obowiązkami (natomiast jest związany z wysokimi kwalifikacjami, których potwierdzeniem jest tytuł profesora nadawany za „wybitne osiągnięcia naukowe”).
Nie ma więc żadnego mechanizmu rynkowego, który zarówno zatrudniającej uczelni, jak i kandydatowi na stanowisko profesora nakazywałby przedstawiać ich oczekiwania finansowe, a uczelni sugerował, z punktu widzenia jej interesów, spełnienie tych oczekiwań (no bo mogłoby się to najzwyczajniej opłacać). Może to dziwić, przynajmniej w porównaniu ze zwyczajami amerykańskimi, gdzie wynagrodzenie można negocjować na podstawie tego, co się ze sobą wnosi. Co ciekawe, największą wartością kandydata nie jest tam jego dorobek naukowy, lecz aktualna i potencjalna zdolność do przynoszenia pieniędzy z grantów i współpracy z biznesem (która oczywiście z dorobkiem koreluje). W tym miejscu należy dodać, że w USA związek pomiędzy wynagrodzeniem a przynoszonymi grantami jest bezpośredni: granty istotnie zasilają budżet uczelni poprzez wysokie indirect costs, czyli nasze koszty pośrednie, stanowiące znaczący procent przychodów uczelni. Na wszelki wypadek dodam, że możliwość negocjacji wynagrodzenia jest zwykle ograniczona widełkami, a same widełki bywają znacząco różne ze względu na znacząco różne koszty życia w różnych Stanach, ale przede wszystkim ze względu na dyscyplinę nauki, w której się pracuje (sprawa rynku pracy: profesorom inżynierom zwykle płaci się lepiej niż profesorom historykom).
Inny system działa w Niemczech. Tam wynagrodzenie na stanowisku profesora jest ustalone przepisami i każdy, kto takie stanowisko obejmuje (w danym Landzie), otrzymuje takie samo wynagrodzenie podstawowe (z wyjątkiem dodatków motywacyjnych, funkcyjnych czy rodzinnych, które wynagrodzenie mogą dość znacząco różnicować). Ale oczywiście aby stanowisko profesora objąć, trzeba wygrać poważny konkurs i spełnić wyśrubowane kryteria. Najwyższe stanowisko profesorskie (czyli W3, odpowiadające naszemu stanowisku profesora) są najczęściej zarezerwowane dla osób kierujących dużymi grupami, pełniących poważne funkcje administracyjne etc.
Jak to więc działa w Polsce? W praktyce wysokość wynagrodzenia proponuje kierownik jednostki organizacyjnej, który ze swoją propozycją musi się zmieścić w możliwościach budżetowych jednostki (i uczelni) i… nie odbiegać zbytnio od wynagrodzenia innych osób zatrudnionych na tych samych stanowiskach. A tymczasem nasz system, z określonym ustawowo tylko minimalnym wynagrodzeniem, teoretycznie daje znaczne możliwości negocjacyjne, tyle że kulturowo nam obce.
Jak to działać powinno? Mam wrażenie, że do systemu amerykańskiego, czyli indywidualnie negocjowanego wynagrodzenia, nie dorośliśmy jeszcze (z wielu powodów). Znacznie bliższy jest nam system niemiecki, czyli precyzyjnie określone wynagrodzenie podstawowe, jednakowe dla wszystkich, plus dodatki przyznawane za szczególne osiągnięcia naukowe (zdobywanie grantów!) lub za pełnienie dodatkowych obowiązków administracyjnych. Oczywiście wynagrodzenie podstawowe powinno być godne, ale i otrzymanie stałego etatu na uczelni powinno być wyzwaniem: płacimy dobrze, ale tylko tym, którzy reprezentują kwalifikacje i dorobek oczekiwany na stanowisku profesora. A to w szczególności oznacza i uprawnienie do promotorstwa prac doktorskich (czyli odpowiedzialność za innych), i samodzielne kierowanie zespołem badawczym (czyli dysponowanie często dużymi środkami finansowymi). To z kolei oznacza konieczność posiadania stopnia doktora habilitowanego i powrót do wysokiego poziomu (dużych wymagań) stawianych habilitantom.
Na pewno w przypadku profesora wynagrodzenie powinno być znacząco wyższe niż średnia krajowa, a w przypadku adiunkta (postdoka) absolutnie nie powinien to być poziom „minimalnej krajowej”. Osoba przynosząca dużo pieniędzy z grantów otrzymywałaby duży dodatek „za aktywność badawczą”, podobnie jak teraz najlepiej publikujący naukowcy (co szybko stałoby się jednym i tym samym, bo bez grantów nie dałoby się prowadzić badań i w efekcie dużo publikować). Oczywiście dodatek (czyli w praktyce znacząco wyższe wynagrodzenie) powinien być przyznawany w sposób transparentny według jednoznacznie określonych kryteriów. Inną sprawą byłyby dodatki przyznawane z tytułu pełnionych funkcji i innych obowiązków administracyjnych (tak jak to się zresztą teraz dzieje). Ostatnim dodatkiem musiałby pewno być dodatek „lokalizacyjny”, bo różnica kosztów utrzymania pomiędzy miastami uniwersyteckimi w Polsce też potrafi być duża. Podkreślenia wymaga konieczność zachowania systemowej jedności kwalifikacji, dorobku i wynagrodzenia. Zarabiajmy tak jak w Niemczech, ale równocześnie reprezentujmy takie jak w Niemczech profesorskie kwalifikacje, dorobek i aktywność.
Podsumowując tę (pierwszą) część rozważań, należy stwierdzić, że proste mechanizmy ekonomicznego rozwoju Polski (takie jak np. tania siła robocza) już się wyczerpały lub szybko się wyczerpują. Zaawansowanie technologiczne i innowacje wydają się jedynym pomysłem na dalszy rozwój i zbliżanie się do PKB per capita typowego dla takich krajów jak Niemcy czy Francja, o krajach skandynawskich nie wspominając. Nauka i szkolnictwo wyższe mają tutaj do odegrania rolę, której nie da się przecenić. A że nie wszyscy są już tej roli nauki świadomi (i nie wszyscy wierzą w efektywność polskiej nauki), trzeba to robić bez realnych szans na istotnie lepsze finansowanie z budżetu Państwa. Trzeba więc tak zorganizować system badań, aby nie marnować tego, co mamy, doceniać najlepszych, skutecznie pozyskiwać zewnętrzne finansowanie (w szczególności granty europejskie) i w znaczący sposób wpływać na gospodarczy i społeczny rozwój kraju.
Ten artykuł został pomyślany jako zaproszenie do dyskusji i wprowadzania w życie pomysłów, które pozwolą polskiej nauce odegrać oczekiwaną cywilizacyjnie, kulturowo, politycznie i społecznie rolę, co w efekcie przełożyłoby się na jej lepsze finansowanie, jakość i społeczny odbiór.
Prof. Marek Przybylski, Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie
(Prezentowane poglądy są indywidualnymi poglądami autora i nie stanowią oficjalnego stanowiska uczelni)
Wróć