Dariusz Kulesza

Źródło: uni.opole.pl
Najważniejszym przykazaniem prozy Wiesława Myśliwskiego, zarówno jego powieści, jak i dramatów, jest mocne, krótkie i jednoznaczne wezwanie: żyj! Towarzyszy mu zasada, reguła, diagnoza i prawo mówiące o tym, że żyje się tak, jak się musi. Oto cała Myśliwska lekcja. Komentarz do niej stanowi siedem powieści, cztery dramaty oraz zbiór wystąpień i rozmów zatytułowany W środku jesteśmy baśnią.
Pytanie „jak żyć?” już dawno zostało skompromitowane i to z co najmniej dwóch antytetycznych powodów. Pierwszy: nasza polska, późna (po)nowoczesność to czas, w którym niepokojąco łatwo uwierzyć, że radzimy sobie z naszym życiem wystarczająco dobrze, by dzielić się nim i to zarówno z każdym, jak i w każdy możliwy, zwłaszcza cyfrowy sposób, i to dzielić się globalnie. Drugi powód wydaje się mniej zabawny, a dotyczy co najmniej kilku scen i sytuacji, kiedy to z całą powagą pytanie „jak żyć?” stawiano, zupełnie nie wiem dlaczego, polskim politykom. Z jednej strony złudzenie spektakularnego radzenia sobie z życiem, a z drugiej skłaniająca do rozpaczy bezradność wobec niego. W takiej sytuacji twórczość, która do życia przygotowuje, nabywa wyjątkowej wartości.
Trzynastoletni Wiesio Myśliwski stracił ojca. Wyrzucony z matką na sandomierskie przedmieście potrafił w dramatycznych, powojennych czasach skutecznie wspomagać utrzymanie dwuosobowej rodziny, wyrąbując z dwóch ocalałych w Sandomierzu mostów na Wiśle i sprzedając cenne, drewniane, dębowe elementy. Przyszły pisarz grywał też na pieniądze w pokera i detonował w rzece zdobywane na rozminowywanych polach pociski, by w ten barbarzyński sposób łowić ryby. Ale tego, o czym piszę, nie dowiedziałem się z tekstów literackich. W taki sposób Myśliwski wspominał rok 1945 i kilka następnych. Chodzi jednak o to, by mierzyć się nie z biografią, ale z literaturą. Stawką niezmiennie pozostaje życie.
Mam już dość pisania o tym, jak ważna dla naszej narodowej tożsamości była (bo już nie jest) literatura. Tak, nie przetrwalibyśmy 123 lat niewoli, gdyby nie kultura, gdyby nie Tyrteusze wzywający do kolejnych powstań i gdyby nie wieszczowie uczący nas, jak radzić sobie z kolejnymi narodowymi klęskami. Umiemy przegrywać, więcej, potrafimy w swoich porażkach znaleźć sens ocalający zarówno nas, Polaków, jak i cały świat. A kiedy trzeba żyć, bywamy zdezorientowani. Niech wystarczy jeden literacki, symptomatyczny przykład: Gnój Wojciecha Kuczoka z 2003 roku. I jeden, konstytutywny dla tej powieści fakt: ojciec głównej, chłopięcej postaci bije swojego syna, bo nie zna innego sposobu wychowywania go w czasach, gdy bić Polaków przestała Historia. Myśliwski zdezorientowany nie jest m.in. dlatego, że przynajmniej jako pisarz nie ma wątpliwości, że cierpienie stanowi nieusuwalny komponent życia. Dlatego nie ma potrzeby go wywoływać.
Myśliwskiego nie da się zamknąć w tak zwanym nurcie chłopskim polskiej międzywojennej i powojennej prozy, chociaż wszystkie jego dramaty (Złodziej, Klucznik, Drzewo, Requiem dla gospodyni) i trzy pierwsze powieści (Nagi sad, Pałac, Kamień na kamieniu) wiejskiego uniwersum dotyczą, a ostatnia z nich nurt chłopski zamyka, ponieważ jest epopeją, jedyną spełnioną w polskiej powojennej literaturze, gatunkiem granicznym, o którym wiadomo, że żaden inny nie potrafi zrobić dla rzeczywistości nic więcej. Jakby tego było mało, Kamień… to epopeja chłopska i dlatego narodowa (pierwsza po Panu Tadeuszu), bo przecież powojenna Polska, czyli PRL, jest ze wsi, nawet jeśli chciałby być z Mickiewiczowskiego, szlacheckiego Soplicowa. To właśnie wiejskie uniwersum nauczyło postaci tekstów Myśliwskiego radzić sobie z życiem, to wieś życiowo ich przećwiczyła.
Na początku był sad, a może rajski ogród, w każdym razie na początku był i jest akt stworzenia. A zaraz potem pytanie: kim jestem? W Nagim sadzie, nagim, bo to nie tyle rajski ogród, ile raj, z którego zostaliśmy wygnani, ojciec stwarza syna, wymyśla go. Ma dość woli i miłości, by to zrobić, by uchronić syna przed wiejskim, chłopskim losem, by wysłać go do miasta, do szkół, wreszcie, by zastawić wszystko – siebie i coś jeszcze cenniejszego: ziemię, żeby tylko przywieźć syna do domu wozem, do którego zaprzęgnięty został najpiękniejszy koń z miejscowego dworu, duma dziedziczki.
Pani Wacława Stec i Pan Wiesław Myśliwski wzięli ślub 26 sierpnia 1956 roku w Sandomierzu, w XIII-wiecznej katedrze św. Jakuba Apostoła. Ich jedyny syn, Grzegorz, historyk mediewista, urodził się dziesięć lat później, w roku 1966. Nagi sad opublikowano w 1967 roku. Nie podawałbym tych informacji, gdyby ojciec Grzegorza nie tyle mi na to pozwolił, ile wręcz skłonił mnie do tego.
Myśliwski uczy nas definiować samych siebie. Prostych rozwiązań w tym zakresie brak. Istnieje kilka reguł ułatwiających tę lekcję. Po pierwsze: nie stwarzamy się sami, ponieważ pojawiamy się na świecie jako spadkobiercy, dziedziczymy tożsamość, czas i miejsce. Możemy temu dziedzictwu powiedzieć „nie”, ale w Nagim sadzie jest ciekawiej. Ojciec stwarza syna jako tego, który od jego chłopskiej tożsamości ma być wolny. I to mu się udaje. Problem w tym, że syn, wiejski nauczyciel, tracąc tożsamość swojego ojca, nie zyskuje żadnej innej, a u schyłku swojego życia opowiada swojego ojca, rekonstruuje nie tyle swoją więź z nim, zachowaną, ile jego wielkość, jego moc i miłość, które jemu, synowi, pozwoliły zaistnieć.
Nasi ojcowie mogą chronić nas przed dotkliwością swojego losu, my, ich dzieci, jak owczarz Jakub z Pałacu (1970), możemy szukać siebie nie w swoim mateczniku, ale jego społecznym otoczeniu, które wyznacza horyzont naszego świata. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy otoczenie matecznik opresjonuje i doświadczane bywa jako źródło tego, co najbardziej nieosiągalne i najcenniejsze: obce, wrogie i panujące. Bo przecież być chłopem na pańskim polu to albo zatracić się w pracy, albo marzyć już nie tylko o ziemi, ale także o pałacu i wszystkich przywilejach zamieszkujących w nim osób. Problem w tym, że jak ratująca przed chłopską traumą moc i miłość ojca nie zwalnia jego potomstwa od osobistej odpowiedzialności za tożsamość, tak samo podbój świata będącego w równym stopniu źródłem opresji, jak i pożądania tożsamości nikomu nie zapewni. Tożsamość musimy zdobyć sami. Jak? Tak jak zrobił to Szymon Pietruszka z Kamienia na kamieniu (1984). Najpierw dobrze jest ćwiczyć się w mówieniu temu, co nieuchronne „nie”. Nieuchronne jest życie, które dziedziczymy, doświadczane w konkretnym miejscu i czasie. Nasze „nie” pomaga, może nawet wydawać się niezbędne, by nasze „tak” nie było mimowolne i nieświadome. Szymon mówi „nie” wiejskiemu uniwersum, które odziedziczył. Szymon z tego miejsca i przed związaną z nią tożsamością ucieka, nawet na wojnę, bo przecież lepiej jest być partyzanckim bohaterem, „Orłem”, niż pracować w polu. Ale Szymek na wieś i do bycia chłopem wraca. Staje po stronie tych, którzy przegrali. Nie ma przecież sposobu na to, by wieś ocalić, by powstrzymać to, co łączy się z wieloznacznym słowem „postęp”, by nie dopuścić do budowy dzielącej wieś i chłopów drogi, która skazała Szymka na dwuletni pobyt w szpitalu, gdy próbował się jej przeciwstawić, gdy wjechał na nią, pełną samochodów, wypełnionym sianem wozem. Drogę zdołał powstrzymać Marcin Duda z dramatu Myśliwskiego Drzewo (1988), ale to osobna historia, zwycięska m.in. dlatego, że solidarnościowa i metafizyczna.
Ojciec z Nagiego sadu wymyślił syna, wyobraził go sobie. Jakub spłonął w pałacu, wyobrażając siebie jako jego lokatora. Szymon nie wymyśla, ani nie wyobraża, tylko opowiada. Co? Wiejskie uniwersum – swoje miejsce w świecie, źródło swojej tożsamości. Nie robi tego dla siebie tylko dla brata Michała, który „awansował” do miasta i wrócił z niego okaleczony, milczący. Przywrócić go do życia, to sprawić, by przemówił, to mówić do niego, bo słowa śmierci nie znają. Zbyt metaforycznie? Proszę bardzo, ujmując rzecz więcej niż narratywistycznie: Michał na wsi żył, a poza nią umarł. Żeby go uratować, trzeba przywrócić mu miejsce życia, trzeba je opowiedzieć, bo go już nie ma i to nie tylko dlatego, że wieś, w jakiej bracia wyrośli, już nie istnieje, także dlatego, że nie żyją ich rodzice, a dwaj pozostali bracia przepadli w mieście. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko zbudować grób – dom na wieczne mieszkanie, zarówno rodzinie, jak i temu, co wiejskie. Bo w grobie, przestronnym, spocznie rodzina, a w słowach Szymka, które mają uratować Michała, wypowiedziana, zapamiętana i zapisana w Kamieniu na kamieniu zostanie wieś.
Szymon, bo Piotr Opoka, budowniczy grobu-kościoła wiejskiego uniwersum, którego bramy piekielne nie przemogą (zob. Mt 16, 18), Pietruszka, bo tkwiący w ziemi, związany z nią, Szymon Pietruszka ratując Michała, opowiedział świat: źródło swojej tożsamości. Przypomniał sobie, kim jest i zgodził się z tym. Powiedział „tak” wiejskiemu uniwersum i byciu chłopem. Alternatywą tego wyboru była jego tożsamościowa katastrofa i śmierć Michała. Szymek przećwiczył swoją tożsamość i siebie. Dzięki temu dowiedział się, kim jest.
Wiedzieć, kim się jest w szkole życia ufundowanej dzięki prozie Myśliwskiego, to za mało. Łatwiej jest rozpoznać siebie, gdy nasza tożsamość to część, a raczej rezultat całości posiadającej sens, na przykład takiej jak wiejskie uniwersum, zamknięte horyzontem wyznaczonym, paradoksalnie, przez jego centrum – ziemię, chronione przed zewnętrzną otchłanią także za sprawą czasu, cyklicznego, stałego, służącego życiodajnemu, wegetacyjnemu kalendarzowi ziemi. Szymek przyjmując chłopską tożsamość, godząc się na nią, stał się spadkobiercą sensu konstytutywnego dla wiejskiego uniwersum, zdeterminowanego przez ziemię, całościowego, bo określającego wszystkie aspekty chłopskiego życia, organizującego je bezwzględnie i stale, nieuchronnie i skutecznie. Tak, wystarczy być chłopem, by nadać swojemu życiu całościowy sens: egzystencjalny, ludzki, ale/i podporządkowany ziemi. Problem pojawia się wówczas, gdy całości brak, gdy świat się rozpada, gdy przestaje być samowystarczalny jak wiejskie uniwersum. Wówczas sens generowany przez rzeczywistość niepełną, bo sfragmentaryzowaną i zdekonstruowaną, skazany jest na podobieństwo do niej, czyli na fragmentaryzację i dekonstrukcję, na zanikanie, a nawet nieobecność. Zachowanie go, czyli ocalenie i uzyskanie wymaga ćwiczeń zapisanych w prozie Wiesława Myśliwskiego.
Początek życiowej edukacji w przestrzeni innej niż wiejsko-chłopska wyznacza Widnokrąg (1996). Wieś to przeszłość. Współczesność to Rybitwy, przedmieście Sandomierza, z którego można dostać się do miasta, pokonując wysokie i strome schody. Ojca już nie ma. Została matka i syn. Pomocą służą obyczajowo oryginalne, zawodowo nad miarę tradycyjne siostry Ponckie, ale najużyteczniejszy okazuje się wiejski głupek, Kaziuń. To on uczy syna, Piotra, natury świata, skłębionej i tego, że spokój można osiągnąć docierając do widnokręgu, a osiągnąwszy go wchodząc na niebo, bo innej drogi nie ma. Niemożliwe? A Kaziuniowi się udało. Dzięki niemu i dzięki temu udało się też Piotrowi. Co? Rekonstrukcja całości i sensu. Bo jeśli widnokrąg można osiągnąć, oznacza to, że także miejski świat da się ograniczyć i zamknąć, pozbawiając go cech nieograniczonej otchłani, w której zginęli bracia Szymona Pietruszki z Kamienia na kamieniu. Potwierdzeniem oswojenia miasta jest odnalezienie się przez Piotra w roli ojca. Wieś była nieuchronnie patriarchalna, ponieważ świętej ziemi w największym stopniu służył gospodarz. Dlatego w mieście ojca być nie mogło, a jego miejsce musiała zająć matka. Dlatego ojcostwo stanowiło Piotrowy problem. Przezwyciężony w finale Widnokręgu, najpierw w scenie między żoną i mężem, a potem między mężem-ojcem i synem. Piotr jak Kaziuń dotarł do widnokręgu i wszedł na niebo swojego ojcostwa. Świat Piotra stał się całością i uzyskał sens.
Potem było już tylko trudniej. Świat rozrósł się do granic Europy, w której lokalach grał na saksofonie protagonista Traktatu o łuskaniu fasoli (2006). Widnokrąg umknął. A wraz z nim sens. Jednym z najbardziej przejmujących znaków tego stanu rzeczy okazało się miłosne niespełnienie. To kluczowa kwestia. W Nagim sadzie najważniejszy był syn i opowiadany przez niego ojciec, który syna wymyślił. Matka najczytelniej ujawnia swoją rolę, niosąc chorego syna w zabobonnie ratunkowej wyprawie przez dziewięć mostów. Ojciec ciął wówczas matkę kijem po nogach tak niemiłosiernie, że wstawiali się za nią uczestniczący w wyprawie sąsiedzi. Matka „[sz]ła już prawie nieżywa, chwiała się, może te kije ją tylko trzymały na nogach”. A kiedy ratujący syna przeszli przez dziewiąty most, ojciec „wyjął jej dziecko z rąk i ludziom oddał, aby ponieśli, a sam prawie nieżywą wziął matkę na ręce i niósł ją z powrotem do domu przez całą noc. I widzieli ludzie, że płakał”. W Pałacu jest tylko Jakub. W Kamieniu na kamieniu Szymek nie może ożenić się z Małgorzatą, ponieważ zabijając ich nienarodzone dziecko, sprzeniewierzyła się najważniejszemu, jedenastemu, pierwszemu przykazaniu: „żyj!”. W Widnokręgu spełniło się małżeństwo Anny i Piotra, ale w tym wypadku nie ona była problemem, tylko on – pełen zrozumiałego lęku przed nowym, otwartym, miejskim światem i ojcostwem, bo ojca mu zabrakło. W Traktacie… miłość się nie spełniła. Pozostał niemożliwy do opanowania świat, otwarta otchłań uniemożliwiająca miłość, niepoddająca się usensownieniu jak, nie przymierzając, polski powojenny stalinizm. Ratunek? W związku z nim Myśliwski pokazuje dwa ćwiczenia, dwie możliwe aktywności rekompensujące brak całości i determinującego ją sensu. Pierwsza to powrót do początku naznaczonego kresem, czyli na cmentarz świata, z którego się wyszło: spalonego lub zatopionego, powrót do domu, którego nie ma. (Bo czy można powiedzieć, że się jest, bo czy można żyć po śmierci swojego uniwersum?) Nie pozostaje zatem nic innego, jak strzec tego miejsca, pilnując domków letniskowych zbudowanych nad zalewem powstałym tam, gdzie była wieś i dbać o czytelność nagrobnych inskrypcji: imion, nazwisk, dat. Szymek Pietruszka zbudował grób – mieszkanie na wieczność. Protagonista Traktatu… o ten grób dba, bo jest w nim schronienie nie tylko dla rodziny Szymka, ale także dla wsi, której już nie ma, bo przecież jej wiecznym mieszkaniem jest Szymkowa opowieść budowana ze słów nieznających śmierci, powołujących do życia epopeję: słowo po słowie, tak jak grób powstał z kamienia na kamieniu. Druga aktywność ratunkowa to uprawianie sztuki. W Traktacie o łuskaniu fasoli rzecz dotyczy muzyki. W Ostatnim rozdaniu (2013) pojawia się malarstwo. Bagatelizowanie znaczenia literatury w tym zestawieniu wydaje się bezpodstawne.
Nie ma już wsi. Miasta też wyglądają inaczej niż powojenny, peerelowski Sandomierz. Nadciąga ponowoczesność, oczywiście płynna, bo Myśliwski ucząc nas życia, prowadzi swoją arcydzielną, literacką edukację nie w abstrakcyjnych warunkach laboratoryjnych, ale w realnej historii mierzonej od powstania styczniowego, bo właśnie wtedy rozstrzygnęła się sprawa uwłaszczenia chłopów w zaborze rosyjskim, ważnym, ponieważ sandomierskim i stołecznym, centralnym z punktu widzenia nie tylko współczesnej Polski. Następny historyczny trop to lata nie tyle międzywojenne, ile przedwojenne, potem wojna, powojenne zmiany, październikowa odwilż, w sumie cały PRL, a po nim zamiast III RP płynna, baumanowska nowoczesność. Przestrzeń zaciera nie tylko swoje granice, ale także kontury. Relatywizacja czasu mniej ma wspólnego z teorią względności niż z ponowoczesnym bagatelizowaniem i neutralizowaniem go, bo skoro śmierć dzieje się w wyspecjalizowanych przestrzeniach izolowanych od naszej prywatności, czas staje się miarą naszych zawodowych zadań i osobistych rozrywek, a nie umierania. A sens to relikt przeszłości, chyba że dotyczy życiowych karier lub hedonistycznych ambicji. Trywializuję? Idę tropem wyznaczonym przez dramat Myśliwskiego z 2000 roku zatytułowany Requiem dla gospodyni. Ale wróćmy do prozy. Płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana ani naszej polskiej późnej nowoczesności Przemysława Czaplińskiego nie da się ani zamknąć, ani poddać porządkującemu działaniu czasu, bo charakteryzuje je/ją amorficzność traktowana nie jak problem, ale jak pożądana ewentualność. Sens? Niemożliwy, bo ograniczający. Jedyne co pozostaje, to gromadzenie wrażeń, doświadczeń, a nawet iwentów, wszystko z nadzieją, że suma tego, co małe, potrafi wywołać skutki podobne do doświadczeń wielkich o tyle, o ile istotnych. Żeby o tym wiedzieć, nie trzeba czytać Myśliwskiego. Ciekawsze jest to, co Myśliwski w tych warunkach proponuje, by żyć z nadzieją na świadomość całości, jaką nasze życie staje się wówczas, gdy jesteśmy w stanie nadać mu sens.
Prostych rozwiązań brak, a jeśli pojawiają się pod postacią możliwych do praktykowania ćwiczeń, ich skuteczność pozostawia wiele do życzenia. Tak sytuacja przedstawia się także w Ostatnim rozdaniu. Kiedy świata zamknąć się nie da, kiedy opanowanie doświadczanego w nim życia wydaje się nieprawdopodobne, ratunkowy okazuje się notes z adresami i numerami telefonów, realnie analogowy do tego stopnia, że ściśnięty gumką zapewniającą mu integralność. Najważniejsze w tym ćwiczeniu wydaje się poszukiwanie zrozumienia swojego życia, ogarnięcia go, jak pisze Myśliwski, za sprawą, czyli przy pomocy innych osób. W zdezintegrowanym świecie, w przestrzeni kształtowanej inaczej niż wokół sensownego centrum, jakim na wsi była ziemia, jedyną realną drogą życiową pozostają ludzie, których dane nam było spotkać, a może nawet ci, których nigdy nie poznaliśmy, bo przecież protagonista Ostatniego rozdania początkowo wpisywał do notesu także dane osób znalezione w księdze gości prowadzonej przez matkę wynajmującą pokoje w swoim domu. Co ważniejsze, w powieści pojawia się pytanie o to, na ile skuteczne (skuteczniejsze?) w ogarnianiu jego życia niż notes są listy, jakie pisywała do niego Maria, jeszcze jedna postać kobieca z tych w prozie Myśliwskiego, które personifikują nieosiągalne, bo utracone miłosne szczęście, tak ważne dla męskich protagonistów Kamienia na kamieniu czy Traktatu o łuskaniu fasoli.
W Ostatnim rozdaniu ratunku nie przynoszą ani notes, ani listy, a miłość Marii uzyskuje ocalający życie protagonisty sens dopiero w perspektywie, której nie chcę nazwać metafizyczną, ponieważ ma ona wymiar bardziej zasadniczy, wręcz eschatologiczny, ponadreligijny, ale niedający się ograniczyć do mitologicznego kontekstu. Myśliwski łączy ziemię z drugą przestrzenią, z niebem, a ważniejsze niż eklezjalny wymiar tego miejsca wydaje się to, że ziemia na szczęście nie pozwala, a życia na niej nie należy łączyć z nadzieją na spełnienie, na sens, który nie przemija. Nie do przegapienia jest także to, że miłosne niespełnienia powieści Myśliwskiego umetafizyczniają kobiety, a ujmując rzecz dokładniej: sakralizują je, kojarząc z tym, co naznaczone sensem, a nawet Sensem. Taka perspektywa jednak nie ocala, co prawda daje eschatologiczną nadzieję, ale nie uwalnia od ziemskiego rozpoznawania przykazanie „żyj!”, które w prozie Wiesława Myśliwskiego brzmi jak wyrok lub przynajmniej nakaz, a nie jak ekstatyczna afirmacja witalności. Także reguła mówiąca o tym, że żyje się tak, jak się musi, traci swój usprawiedliwiający, deterministyczny charakter i przenosi akcent na przymus życia ze świadomością związanych z tym ograniczeń, które nie tyle decydują za nas, jak żyjemy, ile oznaczają i ujawniają granice, jakich nasze życie nie jest w stanie przekroczyć. W niczym nie ogranicza to naszego zobowiązania dotyczącego zarówno życia, jak i stałego wysiłku, by uczynić zeń Los.
Najpierw trzeba dowiedzieć się, a przynajmniej dowiadywać, kim się jest. Ta lekcja wymaga ćwiczenia swojej tożsamości w konfrontacji z osobami, ale także z miejscem i czasem, z tymi i z tym, co powołało nas do istnienia. Szacunku wymagają ci, po których odziedziczyliśmy tożsamościowy spadek, wymagają go także wtedy, gdy ich dziedzictwu mówimy „nie” i to nie tylko dlatego, że nasz sprzeciw prowadzi często ku świadomemu „tak”, ku akceptacji naszego pochodzenia. W każdym razie do katastrofy prowadzi „nie” powiązane z próbą bratania się z tym i z tymi, którzy piętnują naszą tożsamość swoją opresją. Lepiej pozostać wiernym swoim źródłom, choć niezależnie od tego, gdzie one są, ich trwałość wydaje się iluzoryczna. A w konfrontacji z nieznanym, obcym światem warto dysponować tożsamością posiadającą kwestionowaną nawet przeszłość. Trudniej będzie nam wtedy rozpłynąć się w nowej rzeczywistości czyhającej na naszą bezkształtność. Jedno nie ulega wątpliwości, kimkolwiek i gdziekolwiek jestem, mam wybór: zginąć w świecie, stać się upodobnioną do niego częścią lub wybić się na niepodległość świadomą życia jako wyzwania, które powinno być traktowane na zasadach całości upominającej się o sens. Całości i sensu potrzebuję po to, by świadomie być. By z materii życia, która tak łatwo degeneruje się do przypadkowej sumy osób i zdarzeń, uczynić coś nieprzypadkowego, całościowego i sensownego, co Wiesław Myśliwski nazywał Losem.
Zamiast pisać o całości, mógłbym, za Myśliwskim, używać określenia „ogarnąć życie”, zamiast nadużywać słowa „sens”, mógłbym opowiadać o niemożliwym do urzeczywistnienia szczęściu, nieosiągalnej miłości związanej z kobietami, które nie tyle nie rozumieją mężczyzn, jak Małgorzata z Kamienia na kamieniu, ile znają ich lepiej niż oni sami, jak Anna z Widnokręgu czy Maria z Ostatniego rozdania. Ich wiedza nie musi być wyłącznie ziemska, a nawet, czas to wyznać, nie pochodzi stąd, ponieważ naznaczona jest drugą przestrzenią, niebem realnym przynajmniej tak, jak nasze marzenia o szczęściu i miłości, czyli o sensie, który usprawiedliwiłby nasze życie, czyniąc z niego spełniony Los.
Każdy wysiłek zmierzający do ogarnięcia naszego życia czyni z niego całość upominającą się o sens. Każdy. Kiedy jak Szymon Pietruszka z Kamienia na kamieniu wiemy już, kim jesteśmy, co byłoby nieosiągalne bez świadomości tego, jaki jest nasz świat, nasz tożsamościowy matecznik, możemy razem z Kaziuniem iść do widnokręgu z nadzieją, że go osiągniemy, a potem zdołamy wejść na niebo, gdzie spokój, gdzie nie kłębi się ziemia. Możemy opowiadać swoje życie przypadkowej (?) osobie jak strzegący cmentarza swej przeszłości protagonista Traktatu…, możemy ogarniać je, szukając osób zapisanych w notesie z adresami i numerami telefonów (Ostatnie rozdanie). W Uchu Igielnym (2018) Wiesław Myśliwski szuka całości i sensu, konfrontując ze sobą dwie perspektywy: młodzieńczą i starczą. Obie dotyczą jednego życia, jednej osoby, jednego Losu. To nie jest fantasy. Ani nawet metafizyka, ale nie musi to być wyłącznie starość pamiętająca o młodości. Ani kryminał, chociaż i ku temu znalazłyby się podstawy. Ważne, że między młodością i starością jest podejrzenie o zbrodnię, którą młodość mogłaby popełnić na starości. Ktoś młody na kimś starym? Raczej ktoś na sobie samym. Rzecz mogłaby być dowcipna i zabawna, ale nie jest. Poczucie humoru nie ma szans, gdy w grę wchodzi jeszcze jedna kobieta, właściwie dziewczyna, na którą się czekało i z którą, ostatecznie, nie można było się spotkać. I to nie tylko dlatego, że była Żydówką i musiała odejść w stronę Zagłady.
Miłosz chronił „brata swego” przed przerażeniem światem, opowiadając rzeczywistość jako tę, która wbrew dowodom, także najdramatyczniejszym, ma sens, a nawet Sens posiada. Szymborska wierząc w ocalającą moc sztuki, potrafiła „bez przesady” pisać zarówno o śmierci, jak i o miłości. Różewicz nie miał złudzeń co do tego, że świat to zdegenerowane Nic i krzyczał o tym w swoim pisaniu sfrustrowany naszym upadkiem i swoją bezsilnością. Z Herberta nie zostanie Przesłanie Pana Cogito tylko zapisany w tomie Rovigo wiersz Życiorys, jeszcze bardziej heroiczna opowieść o zwyczajnym człowieku, który przez całe banalne życie męczył się, dbając o to, by zachowywać się przyzwoicie. Wszyscy ci najwięksi ratowali świat dla nas i nas przed światem, ale nikt z nich równie konsekwentnie jak Myśliwski nie uczył nas żyć, a to najcenniejsza lekcja. Autor Kamienia na kamieniu arcydzielnie podporządkował jej swoją twórczość i to czyni z niego najlepszego nauczyciela polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku.
Prof. dr hab. Dariusz Kulesza, filolog, literaturoznawca, Uniwersytet w Białymstoku, autor m.in. następujących książek: „Epopeja. Myśliwski, Herbert, Mrożek” (Białystok 2016) i „Ćwiczenia z życia. O twórczości Wiesława Myśliwskiego” (Kraków 2022)
Wróć