logo
FA 5/2026 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie wyrzeczenia

Akademickie wyrzeczenia 1

Rys. Sławomir Makal

Wielu akademików stawia sobie pytanie: być poważnym uczonym czy mieć poważne dochody? Niektórzy mają te dochody z bycia znaczącym uczonym. Łatwiej jednak znaleźć takich, którzy mają je głównie z „odcinania kuponów” za uzyskane stopnie i tytuły.

Żyjemy w czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu. Jego urokom nierzadko trudno jest się oprzeć również członkom akademickiej społeczności. Nie w każdym przypadku traci na tym prowadzenie badań naukowych i akademickie kształcenie. Jednak gdy wskazówka ważności zbyt mocno przesuwa się w kierunku konsumpcjonizmu, jakość badań i kształcenia maleje. Ma to różne formy wyrazu w różnych grupach społeczności.

Wyrzeczenia studenckie

Dla wielu studentów przekroczenie bram uczelni może wydawać się wkroczeniem do raju, w którym obowiązków jest stosunkowo niewiele, a atrakcji tak dużo, że nie warto tracić czasu na wykłady. Unikanie uczestnictwa w nich lub wybieranie tylko odbywających się w mało kłopotliwej formie online może, ale nie musi przekładać się na trudności w zaliczeniu egzaminów. Można bowiem przygotować się do nich z podręcznika lub z notatek bardziej pilnych koleżanek czy kolegów. I pozostaje jeszcze liczenie na wyrozumiałość egzaminatorów. Nie w każdym przypadku jest ono bezzasadne. Są bowiem wykładowcy, którzy pogodzili się ze studencką niefrasobliwością w podchodzeniu do zajęć dydaktycznych, a co za tym idzie również z brakami w ich wiedzy i w umiejętnościach. Łatwiej jest ich jednak znaleźć w uczelniach, które toczą heroiczne boje o każdego studenta niż w tych, które mają ich tak wielu, że egzaminacyjny odsiew nie zagraża funkcjonowaniu instytucji na rynku usług edukacyjnych. Można postawić pytanie o pożytki ze studiowania i zdobywania zawodowych kwalifikacji na niby. Posiadanie dyplomu ukończenia studiów jeszcze nie świadczy o wyższych kwalifikacjach niż w przypadku tych, którzy nie studiowali a zawodowe umiejętności zdobywali poza uczelnią. Wiedzą o tym dobrze pracodawcy, którzy poszukują pracowników nie tyle z dyplomem, co z kwalifikacjami, które pozwalają należycie wykonywać obowiązki.

Co powinien zatem zrobić student, aby zdobyć takie kwalifikacje? Stwierdzenie, że powinien się wyrzec wszelkich atrakcji akademickiego życia i poświęcić cały czas i wysiłek na opanowanie kwalifikacji, być może trafi do przekonania tych, którzy mentalnie wpisują się w profil osobowościowy mnicha-ascety. Tacy jednak są nieliczni w akademickim życiu. Więcej jest osób, które podjęły studia z postanowieniem wykorzystania życiowej szansy, której nie mieli ich rodzice i zdobycia pracy, która da satysfakcje zawodowe i finansowe. Warunkiem jest jednak nie tylko poważne podejście do studiowania, ale także dokonanie wyboru właściwej uczelni i kierunku studiów. Odpowiedź na pytanie, jakie są to kierunki, nie jest trudna. Wystarczy zapoznać się z ogłaszanymi na każdej uczelni kryteriami przyjęć oraz limitami miejsc. Na niektórych jedynym praktycznie warunkiem przyjęcia jest posiadanie świadectwa maturalnego, a miejsc bywa i kilkaset. Są również kierunki modne, mimo że obowiązują tam bardziej rygorystyczne kryteria naboru oraz trudniej jest uzyskać dyplom. Należy do nich psychologia. Ograniczona liczba miejsc na uczelniach publicznych sprawia, że wiele osób korzysta z oferty studiowania modnej dyscypliny w uczelniach niepublicznych, rzecz jasna odpłatnie i bez gwarancji, że znajdzie się potem zatrudnienie w wyuczonym zawodzie. Nie oczekuję jednak, że maturzyści wyrzekną się marzeń o studiach, na których mogą spełniać swoje aspiracje, a przy okazji przyjemnie studiować. Powinni jednak posiąść wiedzę o możliwościach zatrudnienia po studiach. Wprawdzie dzisiaj praktycznie żadne nie gwarantują znalezienia pracy w wyuczonym zawodzie, jednak taka możliwość dodatkowo maleje wraz ze wzrostem liczby absolwentów najbardziej modnych kierunków.

Uczeni na dorobku

Ta cześć akademickiej społeczności jest stosunkowo najbardziej zróżnicowana. Należą do niej bowiem zarówno pracownicy dopiero na początku akademickiej drogi, jak i ci, którzy są na niej już od dłuższego czasu, ale nadal muszą starać się o osiągnięcie celu. Większą skłonność wyrzeczeń przejawiają ci pierwsi, nie tylko dlatego, że bardziej wierzą w swoje intelektualne możliwości, ale także dlatego, że mają mniejszą świadomość swoich ograniczeń oraz wyrzeczeń będących warunkiem osiągnięcia znaczących wyników. Tak czy inaczej w gronie uczonych na dorobku znajdują się akademiccy „desperaci”, którzy są gotowi postawić wszystko na „jedną kartę” zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym życia w celu rozwiązania problemów wartych w ich przekonaniu największych poświęceń.

O takich uczonych Max Weber w wykładzie wygłoszonym w 1917 roku na Uniwersytecie w Monachium mówił, że traktują swój zawód jako powołanie, a cel badań jako coś co przetrwa całe lata. Dodawał przy tym, że „Kto nie posiada, żeby tak powiedzieć umiejętności nałożenia sobie klapek na oczy i utwierdzenia siebie w przekonaniu, że los jego własnej duszy zależy od prawidłowego dokonania poprawki, i to akurat tej poprawki, w tym właśnie miejscu (…) ten ma niewiele wspólnego z nauką. Nigdy nie doświadczy tego stanu wewnętrznego, który można nazwać «przeżyciem» (…) opętaniem lub pasją”. Do takich „opętanych” nauką należał z całą pewnością sam Weber. Potrafił przy tym tak umiejętnie łączyć życie zawodowe z prywatnym, że jego małżeństwo mimo różnych zawirowań przetrwało (miał jednak bardzo wyrozumiałą żonę). Takich „opętanych” spotykałem również w swoim akademickim życiu, tyle że bardzo rzadko, a niejednemu z nich przechodziło to po pewnym czasie. Czasami „leczyło” ich z „opętania” nieprzychylne otoczenie, a czasem nawet najbliższa rodzina, stawiająca alternatywę: „albo my, albo twoje naukowe pasje”. Znam przypadek uczonego, który wybrał naukową pasję i po dłuższym pobycie na zagranicznym stażu dowiedział się, że jego żona jest już w związku z inną osobą. Inny natomiast zaangażowanie w realizację naukowych pasji przypłacił małżeńską separacją. Później „poszedł po rozum do głowy” i postawił na życie rodzinne. Swoje najbardziej znaczące osiągnięcia miał w pierwszym okresie. Nie sugeruję jednak, aby uczeni rezygnowali z zakładania rodziny. To nie zawsze się sprawdza.

Co by jednak nie mówić, w każdym przypadku istotne znaczenie może mieć zaspokajanie potrzeb materialnych własnych i rodziny. Wynagradzanie pracowników naukowych za prace badawcze od wielu lat budzi poważne zastrzeżenia w akademickim środowisku. Można oczywiście szukać dodatkowych źródeł dochodów poza wynikającymi z umowy o pracę w macierzystej placówce. Dzisiaj wprawdzie już nie jest tak łatwo je znaleźć, jak jeszcze kilkanaście lat temu, jednak w niektórych dziedzinach jest niemal regułą, że pracuje się w kilku miejscach. Prym pod tym względem zdają się wieść medycy. Niewiele im jednak ustępują prawnicy i psycholodzy. W każdym jednak przypadku „rozmnażanie” źródeł dochodów oznacza kurczenie się czasu na prowadzenie poważnych badań. A czy oznacza podnoszenie kwalifikacji zawodowych, może być przedmiotem dyskusji. Tak czy inaczej wielu akademików skłania to do postawienia pytania: być poważnym uczonym czy mieć poważne dochody? Niektórzy mają te dochody z bycia znaczącym uczonym. Łatwiej jednak znaleźć takich, którzy mają je głównie z „odcinania kuponów” za uzyskane stopnie i tytuły, zwłaszcza w instytucjach, których nie stać na własną kadrę badawczą i dydaktyczną.

Uczeni z dorobkiem

Badania dotyczące produktywności publikacyjnej polskich uczonych w okresie ostatniego ćwierćwiecza, mierzonej ich liczbą w obszarze STEMM osób ze stopniem doktora oraz doktora habilitowanego, przeprowadzone przez Marka Kwieka i Wojciecha Roszkę, pokazują, że istnieje zasadnicza różnica między uczonymi z tzw. silnym i słabym dorobkiem. Sformułowany przez nich generalny wniosek mówi, że „jeśli okres pracy na etapie doktoratu wyróżniał się wysoką liczbą i jakością publikacji, to analogicznie okres pracy na etapie habilitacji również będzie najpewniej charakteryzował się wysoką produktywnością. Jeśli zaś ten pierwszy etap cechował się słabym dorobkiem – to i kolejne lata zwykle pozostaną na niskim poziomie produktywności” („Nauka” nr 3/2025). Inaczej mówiąc: naukowa przeciętność w okresie akademickiej młodości rzadko kiedy zmienia się na ponadprzeciętność w okresie akademickiej dojrzałości. Jest to poważny problem do dyskusji o polityce zatrudniania na uczelniach i w jednostkach badawczych. Kłopot w tym, że wybitnie uzdolnionych do pracy badawczej jest stosunkowo niewielu, a co za tym idzie rezygnacja z zatrudniania osób przeciętnie uzdolnionych prowadziłaby do tego, że byłoby wiele wolnych etatów naukowo-badawczych i naukowo-dydaktycznych w uczelniach, ale nie byłoby kim ich obsadzić. Wychodzi na to, że na bezrybiu i rak ryba.

Wybitnie uzdolnieni się jednak zdarzają. Nie to oczywiście, że stoją przed nimi otwarte drzwi każdej prestiżowej uczelni. Dobrym przykładem może być Albert Einstein. Najpierw miał kłopoty z dostaniem się na Politechnikę w Zurychu (dostał się dopiero za drugim podejściem), a po ukończeniu studiów ze znalezieniem zatrudnia w znaczącej uczelni lub instytucie (swoją szczególną teorię względności sformułował w 1905 roku, pracując w urzędzie patentowym). Stanowisko profesora i dyrektora Instytutu Fizyki w prestiżowym wówczas Uniwersytecie Berlińskim dostał w gruncie rzeczy po znajomości, bowiem rektorem był wówczas inny wybitny fizyk, Max Planck. Einstein „zrewanżował” się mu, formułując w 1916 roku ogólną teorię względności. Do Nagrody Nobla zgłaszany był wielokrotnie. Otrzymał ją jednak dopiero w 1922 roku, gdy był już uznanym i podziwianym na świecie uczonym. W późniejszych latach pisał rozdział swojego życia, który jego biografowie – Roger Highfield i Paul Carter – zatytułowali: Kapłan w świątyni. On sam przyznawał, że nie mógł się opędzić od dziennikarzy i nazwał to „nieszkodliwym szaleństwem”. Czasami jednak jego „kapłaństwo” przybierało formę gwiazdorzenia. Szkodliwego czy też nieszkodliwego, to zależy czym je mierzyć. Jeśli np. udziałem Einsteina w przedsięwzięciach, które miały na celu zachowanie pokoju w świecie skonfliktowanym po II wojnie światowej, to można je uznać nawet za pożyteczne; inna sprawa, że Einstein przejawił w nich sporą naiwność. Jeśli natomiast mierzyć je brakiem kolejnych sukcesów w badaniach naukowych, to stanowiło ono co najmniej ich istotne utrudnienie. Brak sukcesów naukowych zresztą sprawił, że w ostatnich latach życia Einstein czuł się rozgoryczony i lekceważony przez świat nauki, na którego uznaniu najbardziej mu zależało.

Wielką naukową gwiazdą był również fizyk Stephen Hawking. On również potrafił „przekuć” naukowe osiągnięcia na gwiazdorzenie w mediach, które sprawiło, że szeroko znany stał się nie tylko podejmowany przez niego problem tzw. czarnych dziur, ale także jego kłopoty zdrowotne. Przywołuję te przykłady nie po to, by apelować do uczonych o zaprzestanie gwiazdorzenia, ale po to, by zasugerować zachowanie w tym umiaru.

Miałem okazję przekonać się jak to wygląda na rodzimym „podwórku”. Brałem udział w filozoficznej konferencji, gdzie w roli naukowej gwiazdy występował fizyk, którego osiągnięć nie znałem. Uznawał się za wybitnego specjalistę nie tylko w fizyce, ale także w każdej możliwej filozofii. Tak też traktowali go organizatorzy spotkania. Mówił głównie o swoim znaczącym osiągnięciu w fizyce, za które – jeśli wierzyć jego słowom – powinien otrzymać Nagrodę Nobla, co zresztą jest tylko kwestią czasu. W dyskusjach po wystąpieniach filozoficznych rzadko zabierał głos, lecz po jednym z nich wypowiedział się zdecydowanie krytycznie, dając przy tym świadectwo, że nie jest specjalistą od filozofii. Co więcej, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że niewiele pojął z krytykowanego wystąpienia. Rozumiem jednak, że chciał podkreślić swoją naukową ważność.

Wróć