Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
To, że pokoleniowe zróżnicowanie akademickiej społeczności występuje, widać gołym okiem na każdym kroku. Można spotkać się z poglądem, że stanowi ono jeden z ważniejszych, a zdaniem niektórych najważniejszych, wskaźników zróżnicowania tego środowiska. Wprawdzie polemizowałbym z tezą, że jest ono najważniejsze, jednak również ta teza warta jest poważnych dyskusji. Te rozważania traktuję jako głos w dyskusji.
Zapewne niejedna osoba zaliczana do pokolenia X nawet nie wie, że jest tak nazywana, a być może się nie orientuje, co się kryje za tym określeniem. Dla jasności zatem powiem, że pojawiło się ono stosunkowo niedawno i oznacza generację urodzoną w latach 1961-65. Odróżniane jest ono od pokolenia Y (urodzonego po 1980 r.), oraz pokolenia Z (urodzonego po 1995). Każdemu z nich przypisuje się określone preferencje życiowe i zawodowe oraz związane z nimi zachowania i umiejętności, w tym umiejętność lub jej brak korzystania z nowoczesnych technik cyfrowych. Zróżnicowaniem tym posługują się zarówno psychologowie i socjologowie do celów badawczych, jak i firmy reklamowe do celów marketingowych. W odniesieniu do środowiska akademickiego w uproszczeniu pozwala ono ująć wszystkie występujące w nim grupy wiekowe: od najstarszych pracowników, po najmłodszych studentów.
Pokolenie X posiada zwykle już ustabilizowaną sytuację w życiu prywatnym i zawodowym. Może jednak nie mieć (i często nie ma) na tyle dobrej orientacji w możliwościach technik cyfrowych, aby z nich korzystać w szerokim zakresie. Bywa, że taką orientację wprawdzie ma, ale po prostu nie chce mu się opanować umiejętności, która jest niezbędna do skorzystania z tego, co mu oferuje internet i woli korzystać z pomocy któregoś z młodszych współpracowników. Czasami tej pomocy udziela mu ktoś z członków rodziny. Może to być nawet wnuk obserwujący ze zniecierpliwieniem zmaganie się dziadka z komputerem. W tym wieku istotną rolę odgrywają jednak również stare przyzwyczajenia, takie m.in. jak korzystanie ze słowa pisanego i drukowanego na papierze czy rozmawianie na żywo (w tzw. szczere oczy) z tymi, którym chce się przekazać coś naukowo ważnego. W efekcie taki uczony nadal kupuje książki (czasami tylko po to, aby mieć je w domowej biblioteczce) i spotyka się na żywo ze swoimi kolegami i współpracownikami oraz od czasu do czasu wędruje po różnych naukowych kongresach i konferencjach, dbając w ten sposób o umacnianie naukowej pozycji lub przynajmniej towarzyskich relacji.
Do uzyskania stabilizacji zawodowej w środowisku akademickim niezbędne jest spełnienie warunków określonych w regulacjach prawnych. W naszych realiach w przypadku osób z naukowymi kwalifikacjami i aspiracjami jest to uzyskanie stopnia doktora habilitowanego. Natomiast w przypadku tych, którzy czasami mają takie aspiracje, ale jeszcze nie mają odpowiednich kwalifikacji, jest to możliwość przejścia na stabilizacyjny etat dydaktyczny. Rzecz jasna, można wyznaczać sobie bardziej ambitne cele, takie np. jak uzyskanie profesorskiego tytułu. Do tego potrzebne są jednak jeszcze wyższe kwalifikacje, potwierdzone naukowymi osiągnięciami, które zostaną pozytywnie ocenione przez pięciu niezależnych recenzentów. Może to jednak okazać się niewystarczające, bowiem członkowie prezydium Rady Doskonałości Naukowej mogą negatywnie przegłosować profesorski wniosek; aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć na stronę internetową RDN. Są oczywiście osoby (nie tylko zresztą z Pokolenia X), które decydują się na podjęcie takiego ryzyka. Nie jest jednak ich aż tak wiele, aby można było powiedzieć, że po prawdziwym „wysypie” habilitacji, który miał miejsce w ostatnich latach, nastąpił prawdziwy „wysyp” profesorskich tytułów. Wręcz przeciwnie, zdaje się ich przybywać w wolniejszym tempie niż w poprzednich latach, a niektóre „rodzą się” w cierpieniach czasami przez wiele lat i jeśli nawet się w końcu „urodzą”, to taki profesor jest już w wieku przedemerytalnym lub nawet emerytalnym. Czy to oznacza, że Pokolenie X jest mniej uzdolnione i pracowite naukowo niż jego pokoleniowi poprzednicy, czy też tylko podchodzi do tego bardziej asekuracyjnie, a być może również jest bardziej samokrytyczne wobec swoich naukowych osiągnięć? Trudno byłoby na tak postawione pytanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Skłonny jednak jestem zaryzykować twierdzenie, że osób wybitnie uzdolnionych do pracy badawczej nigdy w środowisku akademickim nie było wiele. Więcej było takich, które swoje braki w uzdolnieniach próbowały nadrabiać pracowitością. Jednak dzisiaj od kandydatów do profesorskich tytułów oczekuje się czegoś więcej niż pracowitości, to znaczy wyników badawczych udokumentowanych znaczącymi publikacjami w znaczących naukowo wydawnictwach i czasopismach.
Do tego pokolenia należą osoby mieszczące się w przedziale wiekowym od czterdziestu paru do trzydziestu paru lat lub nawet nieco młodsze. W im większym stopniu zbliżają się one do górnej granicy pokolenia (nazywanego również „milenialsami”), w tym większym stopniu wykazują przypisywane mu cechy życiowe i zawodowe, jak przekonanie o własnej wyjątkowości, przesadnie wysokie ocenianie swoich możliwości i umiejętności oraz niechętne przyjmowanie jakiejkolwiek krytyki. W świetle przyprowadzonych w Stanach Zjednoczonych badań tej grupy wchodzące w jej skład osoby deklarują wprawdzie gotowość podejmowania i wykonywania pracy, ale najchętniej we własnym „biznesie”, a jeśli już u innych pracodawców, to oczekują pozostawienia im sporej swobody zarówno co do jej czasu, jak i decydowania o sposobie jej wykonywania. Sprawia to, że dosyć często i chętnie zmieniają oni miejsce zatrudnienia lub przynajmniej szukają ofert spełniających ich oczekiwania i wymagania. Potrafią przy tym sprawnie posługiwać się technologią cyfrową, a nawet opanować ją do tego stopnia, że oferują swoje usługi w formie pracy zdalnej z wykorzystaniem technik komputerowych.
W przypadku życia akademickiego szeroki zakres mają usługi w kształceniu na odległość. Są kraje (jak np. Australia), w których odbywa się ono już począwszy od szkoły podstawowej, bowiem biorący w nim udział uczniowie znajdują się w odległych od siebie miejscach zamieszkania. W naszym kraju było ono stosowane na szeroką skalę w okresie pandemii. Niejeden z tak kształconych uczniów i studentów, a także ich nauczycieli, mógł się przekonać, że ma ono wprawdzie zalety, ale także poważne wady, takie chociażby jak możliwość dosyć swobodnego podchodzenia do udziału w tej formie kształcenia. Przyznam, że byłem skonsternowany zachowaniem studentki na jednym z moich zdalnych wykładów, która nawet nie ukrywała tego, że bierze w nim udział, leżąc w łóżku. W ten sposób można wprawdzie również wykonywać jakąś część pracy badawczej, ale nie w tych dziedzinach i dyscyplinach naukowych, w których niezbędne jest korzystanie z aparatury badawczej, która znajduje się w laboratoriach. Na pytanie, czy również niezbędne jest pozostawienie pokoleniu Y sporej swobody w samych badaniach, odpowiedzi mogą być różne, bowiem zależy to nie tylko od podejścia do takiej pracy, w tym zdyscyplinowania, ale także od posiadanych kwalifikacji. Zdarza się oczywiście, że osoby w tym wieku mają odpowiednie kwalifikacje do należytego jej wykonywania. Czasami są nawet nie do zastąpienia przez innych na swoich stanowiskach i pozostają na nich, mimo że mogłyby znaleźć lepiej płatną i mniej męczącą pracę. Są to jednak wyjątki, o których nawet najbardziej wymagający przełożeni nie powiedzą złego słowa.
W wielu dyscyplinach nauki nie jest konieczne przesiadywanie w laboratoriach i przelewanie z naczynia do naczynia „czegoś tam” z nadzieją, że się uzyska w końcu „coś tam”. Są wprawdzie nauki, w których jeszcze konieczne jest komputerowe „przesiewanie” i porównywanie ze sobą mnóstwa danych, jednak już dzisiaj w niejednej z nich znacznie szybciej i znacznie lepiej robi to AI. Są również takie, w których korzystanie z pomocy komputera może być (i niejednokrotnie jest) niezastąpione w dotarciu do informacji o tym, co inni mają do powiedzenia w swoich publikacjach. Pokolenie Y potrafi dotrzeć internetowo nawet do takich, do których teoretycznie dostęp jest odpłatny, jednak nie dla nich, bo oni znają sposób obejścia tego wymogu i korzystają w praktyce z tej wiedzy. W naukach wolnych od laboratoryjnej „udręki” czas pracy jest wprawdzie również wskazany w umowie o pracę, ale jednak nie jest on już konsekwentnie egzekwowany, z wyjątkiem świadczenia tzw. usług edukacyjnych. One jednak nie dają przepustki do awansów, na których najbardziej zależy pracownikom akademickim. Dają ją przede wszystkim wyniki osiągane w pracy badawczej. Jest jednak o nie trudno wówczas, gdy się nadużywa możliwości pracy niekontrolowanej w domu lub kontroluje się ją w taki sposób, że w gruncie rzeczy niewiele z tego wynika. Dotarły do mnie narzekania na zbyt dużą liczbę „N0” na moim wydziale, oznaczające brak jakiejkolwiek publikacji w dyscyplinie podlegającej ocenie. Mam jednak pytanie: dlaczego za tymi narzekaniami nie idą żadne działania naprawcze? Dodam, że realizowana na tym wydziale dyscyplina w poprzedniej parametryzacji otrzymała kategorię A+. Na miejscu dających do niej swoje afiliacje pracowników martwiłbym się, czy w kolejnej otrzyma ona chociażby kategorię B+. Należę jednak do pokolenia X+. Natomiast wielu pracowników tego wydziału należy do pokolenia X oraz Y.
Temu pokoleniu przypisuje się m.in. takie cechy, jak spędzanie stosunkowo dużo czasu w internecie i czerpanie z niego nie tylko wiedzy, ale także wzorców zachowań. Ma ono być ciekawe świata i skłonne do podróżowania nie tylko po sieci, ale także w realnym świecie. Jest zwykle otwarte na różnego rodzaju nowinki oraz mentalnie przygotowane na to, że będzie musiało zmienić pracę kilka razy w życiu. Ma ono jednak większe aspiracje niż znalezienie jakieś pracy i utrzymywanie się w niej możliwie jak najdłużej. Lokuje je jednak zarówno w świecie, który zna jedynie z telewizji lub opowiadań innych osób, jak i w realnym świecie, który oznacza zdobywanie wykształcenia dającego szanse na realizację aspiracji. Do tych ostatnich należą m.in. ci, którzy podejmują studia na uczelniach. Stanowią oni najliczniejszą i najmłodszą część akademickiej społeczności. W ostatnich latach spadła radykalnie w naszym kraju nie tylko liczba studentów, ale także mocno obniżyła się średnia wieku studiujących, bowiem wzrosła liczba tych, którzy kończą studia na poziomie licencjatu. Jedno i drugie świadczy o tym, że pokolenie Z w mniejszym stopniu niż pokolenie Y postrzega podjęcie i ukończenie studiów jako życiową szansę.
Nauczyciele akademiccy, którzy prowadzili i prowadzą zajęcia dydaktyczne ze studentami, mogą zapewne powiedzieć wiele ciekawych rzeczy o sposobie ich studiowania i zachowywania się zarówno przed, jak i po zajęciach. Podzielę się tutaj moimi spostrzeżeniami. W ostatnich latach prowadziłem fakultatywny wykład na humanistycznym kierunku studiów, na którym studiują w ogromnej większości studentki. W pierwszej kolejności interesowało je nie to, co będzie przedmiotem wykładu, lecz to, ile ma on przypisanych punktów w uczelnianym systemie USOS. W następnej kolejności pytały mnie, ile trzeba mieć obecności na wykładzie, aby uzyskać zaliczenie, oraz jaka będzie forma zaliczenia. Później się zresztą okazało, że nawet takie „minimum minimum”, jakie wyznaczyłem, bywało trudne do spełnienia i nie pozostało mi nic innego niż jego obniżenie. Najdalej poszła jednak studentka, która twierdziła, że ma indywidualny tok studiów, w związku z tym jest zwolniona z brania udziału w zajęciach dydaktycznych, a mój wykład może zaliczać w formie egzaminu. Nawet się na nim pojawiała, ale była kompletnie nieprzygotowana. Na samym wykładzie było regułą, że studentki wpatrywały się uporczywie w swój laptop, a zapytane o cokolwiek z tego, o czym była mowa, pilnie szukały w nim odpowiedzi.
Inaczej zachowywali się doktoranci, z którymi również miałem fakultatywny wykład. Wprawdzie oni również dopytywali się o minima obecności i formę zaliczenia, ale przynajmniej brali w miarę regularnie udział w zajęciach, a gdy tylko nadarzyła się okazja, to albo o coś się dopytywali, albo nawet coś dodawali do tego, co miałem do powiedzenia. Moje przekonanie o atrakcyjności wykładu mocno „przybladło” po usłyszeniu od nich, że oferowana lista wykładów jest tak mało interesująca, że wybór mojego był wyborem z gatunku „na bezrybiu i rak ryba”. Najbardziej zastanawiające było jednak to, że niejeden z tych doktorantów – mimo zaliczenia kilku lat studiów – nie poczynił jeszcze takich postępów, aby chociażby otworzyć przewód doktorski. Bez doktoratu można oczywiście żyć, ale nie można pracować naukowo na mojej uczelni.
Wróć