Leszek Szaruga

Źródło: pixabay
„Młody Polak rozchwytywany przez czołowe amerykańskie uczelnie. Michał Lipiec to uczeń krakowskiego V LO im. Witkowskiego, który latem zeszłego roku zdobył trzy medale międzynarodowych olimpiad: złoty z chemii w Zurychu, srebrny z fizyki w Tokio i brązowy z matematyki w Chiba. Był tym samym pierwszym w historii kraju uczniem, który dokonał takiej rzeczy. Właśnie jego była szkoła podstawowa poinformowała, że dostał się na Harvard University, Massachusetts Institute of Technology, University of Cambridge oraz California Institute of Technology. Najlepsze uczelnie świata. Michał gratuluję Ci! To Twoje wielkie osiągnięcie”.
Taki post pojawił się na mojej ściance w fb i natychmiast skorzystałem nie tylko z opcji pozwalającej na „polubienie”, lecz również z tej, która pozwala na „udostępnienie”, jako że uważam rozpowszechnianie informacji o sukcesach naukowych młodych ludzi za niezwykle istotną część dyskursu społecznego. Fakt, że podobnych informacji pojawia się coraz więcej, wydaje się pozostawać w sprzeczności z praktyką sprawiającą, że wiadomości te upychane są po jakichś zakamarkach i kątach zamiast być eksponowane w widocznych, a nawet rzucających się w oczy miejscach. I nie chodzi tu tylko o reklamowanie osiągnięć konkretnego młodzieńca czy dziewczyny oraz zwrócenie uwagi na sukcesy nauczycieli takich uczniów wspierających, lecz przede wszystkim o gromadzenie wiedzy o wielkim potencjale, którym nie najlepiej gospodarujemy.
Ale… Jak wiadomo, po „ale” wszystko, co zostało przedtem powiedziane, traci ważność. Otóż jeden z komentarzy do mojego „udostępnienia” ograniczył się do poinformowania mnie o tym, że przez fakt jego publikacji zostałem wyrzucony z grona ludzi przyjętych do „znajomych”. Przez chwilę zastanawiałem się, o co chodzi. Nie trwało to długo. Otóż zostałem „ukarany” czy „skarcony” nie za treść informacji, ale za to, że upowszechniłem post, którego autorką była Joanna Lichocka. Kim jest pani Lichocka, wie zapewne wielu uczestników debat publicznych i dla nikogo zapewne nie będzie zaskoczeniem, gdy stwierdzę, że jej aktywność polityczna jest mi raczej obca, by nie powiedzieć czegoś bardziej ostrego. Lecz niezależnie od tego chciałbym podkreślić, że autor tego komentarza jest w moim odczuciu człowiekiem jeszcze gorszej konduity, a to dlatego, że odmawia prawa istnienia w dyskursie publicznym osobie uznanej przez niego za politycznie niepoprawną. To w peerelii miało odpowiednią nazwę, stosowano mianowicie „zapis na nazwisko”.
Obawiam się – a jeśli to przesada, to i tak warto o tym powiedzieć – że takie „zapisy na nazwiska” są praktyką dość powszechną, choć raczej dyskretną. Jest to domena działań ludzi politycznie zredukowanych, a tym samym niezdolnych do racjonalnego reagowania na otaczające ich zjawiska i którym w związku z tym nie może przyjść do głowy myśl o tym, że ktoś reprezentujący inną światopoglądową opcję może zakomunikować coś ważnego i godnego upowszechnienia, nie mówiąc już o tym, że ma po prostu prawo do istnienia. Nie, taki człowiek musi zostać „skreślony”, zapisany na jakąś „czarną listę”, a już najlepiej anihilowany. Prawo do istnienia mają jedynie „nasi”, „nienasi” zaś powinni zniknąć za linią horyzontu. I jeśli jest to jeszcze od biedy do zrozumienia, choć niekoniecznie do akceptacji w życiu politycznym, to w chwili, gdy te reguły segregacji na sorty lepsze i gorsze pojawiają się w kulturze czy nauce, stają się nie tylko plugawe, ale i groźne.
Co nie znaczy, że problem w ogóle nie istnieje. Tak się bowiem dzieje – i trudno tu mówić o jakiejkolwiek sprawiedliwości – że ludzie podli bywają obdarzeni talentami twórczymi, ludzie zaś szlachetni są często tych walorów pozbawieni. Cóż, duch tchnie kędy chce… Z niechęcią zatem przyjmujemy do wiadomości, że wybitny poeta i laureat Nagrody Nobla, jakim jest bez wątpienia Josif Brodski, skądinąd dysydent sowiecki, jest autorem plugawego antyukraińskiego wiersza, natomiast w moim odczuciu napisanie tego tekstu nie sprawia, że „z automatu” należy unieważnić całą jego twórczość, a z podobnymi tendencjami wszak mamy ostatnio do czynienia.
Z pewnego dystansu okazuje się, że nieważne są, zważywszy emocjonalne reakcje, same osoby, lecz istotne są treści ich wypowiedzi. Parę lat temu miałem na tych łamach do czynienia z problemem uznawania habilitacji obecnego profesora Uniwersytetu Śląskiego, zwolennika PiS i często przywoływanego wówczas komentatora spraw politycznych w TVN24. Jego starania o tytuł naukowy były przez kolejne instancje odrzucane. Jednak po latach, gdy odszedł z posady europosła oraz wykazał się odejściem od wspierającej go partii, jego naukowy profesjonalizm został dziwnym trafem doceniony przez właściwe gremia. Jego była pisowskość, skądinąd dla mnie nieznośna, okazała się po latach nieistotna, w odróżnieniu od treści już wcześniej znanych i rzeczywistych naukowych osiągnięć. I to by było „na tyle”, jeśli chodzi o polityczne myślenie w sferze nauki.
Wróć