Magdalena Bajer

Rys. Sławomir Makal
Publikacje poświęcone cenzurze (FA 2/2024) wywołały moje wspomnienia sprzed długiego już czasu i skłaniają do podzielenia się doświadczeniami z koegzystencji z Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a praktycznie codziennie z jego funkcjonariuszami. Są to doświadczenia, powiedziałabym, rozległe, jako że przez pewien czas pracowałam jednocześnie w Polskim Radio i w Państwowym Instytucie Wydawniczym, później w Radio i „Polityce”. Kierując dużą redakcją radiowej Trójki oraz Biblioteką Myśli Współczesnej w Państwowym Instytucie Wydawniczym (znak nieskończoności na okładce), poznałam cenzorskie regulacje w odniesieniu do codziennego medium adresowanego powszechnie i w odniesieniu do książek światowych oraz polskich autorów adresowanych do inteligencji.
W radiowej codzienności zyskiwało się kryptonim od cenzora (M15, B7, K10 itp.) po wysłuchaniu przezeń audycji lub przeczytaniu felietonu przed nagraniem. Nierzadko audycje „apolityczne” opowiadaliśmy przez telefon cenzorowi siedzącemu w pokoju z magnetofonem gdzieś daleko, na końcu korytarza.
Niepisany i niezwerbalizowany nigdy obyczaj zakładał ugodowe stosunki między redaktorami a cenzorami. My, redaktorzy, nie oszukiwaliśmy, a cenzorzy wykazywali się wobec nas ustępliwością. Toczyła się swego rodzaju gra i żaden z jej uczestników nie przekraczał niepisanych, ale wyczuwanych granic. Cenzorzy w znacznej części podzielali zapewne nasze pragnienia, żeby informować uczciwie odbiorców także o tym, co kazano im ukrywać. My, dziennikarze, uważaliśmy, żeby cenzorów, zwłaszcza tych życzliwych nam, nie narażać. To należy pamiętać i przypominać.
Przy likwidowaniu cenzury w roku 1990 zainteresowani mogli poznać księgę zapisów, doznając zaskoczeń niejako w obie strony – i surowością, i czasem nieoczekiwanym liberalizmem. W praktyce (radiowej) panował stan rzeczy w istocie sprzyjający autorom. Zapisy niepożądanych uczestników audycji – ludzi kultury i nauki, przedsiębiorców, aktorów – oburzały i doskwierały, zwłaszcza gdy było ich dużo (to się zmieniało w rytmie działań opozycji demokratycznej od drugiej polowy lat siedemdziesiątych).
Radiowi cenzorzy (w myśl wspomnianej niepisanej umowy) rzadko ingerowali w treści wypowiadane z anteny, które sami autorzy i ich zwierzchnicy (zwłaszcza) trzymali w ryzach obowiązującej aktualnie politycznej poprawności. Cenzorzy, co powtarzam, udawali, że nie odczytują krytycznych wobec systemu ustrojowego aluzji lub wprost stwierdzeń, bądź uważali (oficjalnie, wobec swoich zwierzchników), że dotyczą one spraw drugorzędnych, zatem ustrojowi nie grożą. Trudno uwierzyć, by rzeczywiście się w tym nie orientowali. Takiemu podejściu sprzyjała ulotność radiowego przekazu. Niezależnie jednak od okoliczności między radiowcami a cenzorami toczyła się gra fair play. Niepisanych reguł dochowywały obie strony. Powiem raz jeszcze, że warto o tym pamiętać dzisiaj, kiedy obserwujemy rozmaite odstępstwa w relacjach publicznych.
Gdy pracowałam w „Polityce”, Mieczysław Rakowski mówił nam jasno: „Możecie krytykować do szczebla wiceministra, nie każdego resortu”. Nikt nie lubił porannego dyżuru w drukarni, przypadającego co jakiś czas, bo zdarzały się wtedy, choć nieczęsto, ingerencje cenzury. Nie można było już skontaktować się z autorem, choć i tak nie zdarzyło się nigdy, by którykolwiek odmówił zamieszczenia pokrojonego tekstu. Przypomnijmy, że po wojnie (do końca istnienia cenzury) nie ukazała się żadna gazeta z białymi plamami znanymi z opowieści o dawnych czasach [W okresie Solidarności zdarzały się takie przypadki – przyp. red].
Książki cenzurowano już w momencie, gdy wydawca postanowił opublikować jakiś tytuł. Miejscem tej precenzury był Naczelny Zarząd Wydawnictw, agenda Ministerstwa Kultury. Wysyłano tam listę planowanych wydań, aby uzyskać (albo nie) tzw. opcję, czyli pozwolenie. Oficjalna wersja działania NZWyd mówiła, że ma zapobiegać dublowaniu planów edytorskich przez różne oficyny.
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych zostałam kierownikiem redakcji wydającej serię Biblioteka Myśli Współczesnej w PIW. Seria była oczkiem w głowie dyrektora Andrzeja Wasilewskiego, który korzystał – ku satysfakcji czytelników – z przywilejów (niewielkich w kierowaniu wydawnictwem), jakie dawało mu członkostwo w KC PZPR, aby w Polsce ukazywały się niektóre z czołowych na rynku międzynarodowym książek prezentujące najnowsze osiągnięcia wiodących dziedzin nauki (wtedy głównie biologii), myśli nurtujące światowe kręgi filozofów, socjologów, psychologów, debaty o przyszłości głównych sfer życia społecznego.
Nietrudno sobie uprzytomnić, że takie pozycje wydawnicze budziły czujność cenzury. Jeśli owocowała odmówieniem opcji, zamiar odkładano i czasem zdarzało się, że wracał w „lepszych czasach”. Niektóre wstrzymane za moich czasów książki ukazały się w wolnej Polsce po 1989 roku, nie zawsze będąc już pozycjami z frontu myśli powszechnej.
Przewidywaliśmy oczywiście, kierownictwo PIW i redakcja, losy składanych do NZWyd propozycji, ale motywacje i konkretne argumenty bywały zaskakujące. Podam przykłady, bo to mówi o zakresie czujności cenzury, także o przypadkach doraźnych, jakimi w okresie kształtowania się demokratycznej opozycji były zarzuty wobec jej przedstawicieli. Pierwszy przykład, spoza Biblioteki Myśli Współczesnej, dotyczy autobiografii prof. Edmunda Romera, starszego syna wielkiego geografa Eugeniusza. Przeczytałam tę książkę, starając się zrobić to „okiem cenzora” i znalazłam krótki fragment o obronie Lwowa przez Orlęta, bardziej rzeczowy niż emocjonalny. Gdy przyszła opcja z NZWyd, okazało się, że książki nie należy wydawać, bo jest „apoteozą inicjatywy prywatnej” (w socjalizmie potępianej). Chodziło o założoną tuż przed wojną wytwórnię szybkościomierzy do polskiego Fiata (nie zdążyliśmy z jego produkcją) w domu Edmunda Romera na przedmieściu Lwowa. Pracownicy tego małego przedsiębiorstwa pomagali przeżyć wojnę rodzinie właściciela, gdy ten był w Anglii. Czujni urzędnicy zatroszczyli się o wierność socjalistycznym ideom społecznym. Książka wyszła po 1989 roku.
Wobec tomów ze znakiem nieskończoności czujność częściej, może najczęściej, dotyczyła ideologii. Wiedząc o tym, stosowaliśmy różne mylące zabiegi. Jednym z nich było poprzedzanie dyskusyjnych tytułów (głównie takie ukazywały się w serii) wstępami marksistów, zarazem, jeśli się dało, niekwestionowanych autorytetów w danej dziedzinie. Tak było w przypadku książki Jacques’a Monoda, biologa i filozofa, laureata nagrody Nobla, Przypadek i konieczność, która w drugiej połowie lat siedemdziesiątych wywołała dyskusję o determinizmie i indeterminizmie oraz uwarunkowaniach ewolucji organizmów. Cenzura zakwestionowała kilkanaście końcowych zdań, w których autor, odchodząc od biologii, wyłożył skrótowo swoją postawę filozoficzną niezgodną z marksizmem. Nie pomógł wstęp wybitnego w Polsce biologa, oswajający z Monodem. Bylibyśmy skłonni ulec cenzurze za cenę opublikowania całości, jednakże pośredniczący w pertraktacjach z autorem tłumacz Jerzy Kosiński w imieniu uczonego kategorycznie zaprotestował, opatrując maszynopis swoją pieczątką na pierwszej i ostatniej stronie. Dzieło wybitnego biologa ukazało się po 1989 roku. Spóźnione.
Władze reprezentowane przez cenzorów obawiały się nadwerężenia głoszonego także w nauce poglądu na porządek świata. Z innych powodów zatrzymano zbiór esejów współautorstwa niemieckich socjologów, małżeństwa Mitscherlichów. W jednym z tych tekstów postawili oni tezę dotyczącą przyznania Polsce Ziem Zachodnich przez zwycięzców II wojny światowej. Tu przypomnę, jak powtarzano przy każdej okazji slogan: „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”, świętowaliśmy powrót nad Odrę i Nysę. Niemieccy badacze twierdzili, że to fałszywe podejście, bowiem Polacy nie odzyskali ziem niegdyś swoich, lecz otrzymali jako rekompensatę za cierpienia zadane im przez Niemców ziemie będące wcześniej we władaniu różnych nacji. Ta książka też wyszła po przełomie ustrojowym, kiedy naturalne się stało, że ludzie, także uczeni, mają rozmaite poglądy, tworzą różne koncepcje i polemizują ze sobą, starając się dojść do prawdy.
Dwie anomalie związane z książkami (minione). Anomalia pierwsza: Studiując polonistykę w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, nie usłyszałam ani razu, że w Polsce są tacy pisarze jak Miłosz i Gombrowicz. Anomalia druga: Dwadzieścia lat później ktoś na zebranie w PIW-ie przyniósł plotkę o tym, że w Partii mają kłopot, bo zaczyna brakować w księgarniach egzemplarzy Kapitału Marksa, a musi być we wszystkich. Nie można po prostu wznowić wydania, bo tłumacz to ojciec czołowego opozycjonisty, aktualnie bardzo aktywnego, opracowanie redakcyjne, przypisy itp. pochodzą od innego znacznego opozycjonisty. Zacząć wszystko od początku z nowymi ludźmi, gdyby się znaleźli, oznaczałoby bardzo długi proces, a potem jeszcze dzieło musi zatwierdzić kolejna Międzynarodówka, co także by trwało. Nie zdążyli.
Wróć