logo
FA 5/2024 życie naukowe

Paweł J. Dąbrowski

Ekosystem innowacyjności, czyli gryzę rękę

Ekosystem innowacyjności, czyli gryzę rękę 1

Lublin, Grand Hotel, dawniej siedziba Kasy Przedsiębiorców Lubelskich. Fot. P.J. Dąbrowski

Dlaczego potrzebujemy nowego systemu wspierania nauki i innowacyjności w obliczu nowego otwarcia wyścigu konkurencyjności światowej i w jakim kierunku go przebudować?

Autor tego artykułu, mający za sobą kilka przygód z przedsiębiorczością (założenie Centrum Negocjacji Konfederacji Pracodawców Polskich, prowadzenie firmy szkoleniowo-konsultingowej w Polsce i w Australii), wrócił do Polski z nadzieją tworzenia efektywnych programów wspierania przedsiębiorczości. Wnioski tu przedstawione są wynikiem wielu obserwacji dokonanych podczas działań w tym kierunku i kilkunastoletnich usiłowań zrozumienia funkcjonującego w Polsce ekosystemu przedsiębiorczości i innowacji.

Spróbujmy na początek zakreślić panoramę problematyki innowacyjności, by potem dopiero przejść do refleksji nad aktualną i potencjalną rolą nauki w tym zakresie.

Celem strategii lizbońskiej, jak zadeklarowano w roku 2000, było „Uczynienie UE najbardziej konkurencyjną i dynamiczną gospodarką opartą na wiedzy na świecie, zdolną do utrzymania większej liczby lepszych miejsc pracy i charakteryzującej się większą spójnością społeczną”. Można by oczekiwać, że przy ogromnym wysiłku finansowym i organizacyjnym, zarówno Unia Europejska, jak i Polska staną się bardziej innowacyjne i przedsiębiorcze, co przyniesie korzyści i ekonomiczne, i społeczne. Tymczasem po ponad dwóch dekadach Unia Europejska osiągnęła istotnie niższy poziom rozwoju niż Stany Zjednoczone. „Financial Times” dowodzi, że o ile w 2008 r. gospodarka UE była nieco większa niż amerykańska (16,2 biliona dolarów w porównaniu z 14,7 biliona dolarów), to do 2022 r. gospodarka USA wzrosła do 25 bln dolarów, podczas gdy UE i Wielka Brytania łącznie osiągnęły jedynie 19,8 bln dolarów. (Gideon Rachman, JUNE 19 2023).

Dane „European Innovation Scoreboard 2022” nie wydają się złe: w stosunku do roku 2016 Polska poprawiła swój wskaźnik innowacyjności o 11,3%. Gdy uwzględnimy jednak kontekst tego wyniku, tzn. fakt, że średnio rezultaty krajów Unii Europejskiej poprawiły się o 9,9 punktów procentowych, to zauważymy, że „zmiana netto” to jedynie 1.4 pp. Wynikałoby z tego, że aby dojść do średniej unijnej w tym tempie, potrzebowalibyśmy około 80 lat (!!!).

Jeszcze gorzej to wygląda, jeżeli porównamy się z krajami, które osiągnęły znacznie lepsze wyniki w tym zakresie. Na przykład: Cypr 37,9 pp, Estonia.24,4 pp, Litwa 19,9 pp, Finlandia 19,5 pp, Włochy 17,4 pp. Znaczy to, że niektóre kraje w błyskawicznym tempie odrywają się od nas.

Nasuwa się niepokojący wniosek: grozi nam utrwalanie statusu „montowni” i dostarczyciela siły roboczej dla zachodnich koncernów. Czasem, tam gdzie wciąż mamy wysoki poziom kształcenia, możemy utrzymać status dostarczyciela wysokokwalifikowanych informatyków, a prasa będzie z dumą pisała, że kolejny Polak robi karierę w Microsofcie czy w Google. Niestety wiele danych i wiele bardziej wnikliwych analiz o tym właśnie świadczy.

Proponuję, aby dla zrozumienia problemu budowania konkurencyjności polskiej gospodarki, w szczególności jej innowacyjności, uwzględnić następujące poziomy analizy:

– poziom wewnętrzny polskich organizacji,

– działania bezpośrednie – programy rozwoju innowacyjności i przedsiębiorczości,

– otoczenie bliższe – ekosystem przedsiębiorczości i innowacji,

– otoczenie dalsze – ekosystem społeczno-gospodarczy.

Ze względu na szczupłość miejsca ograniczę się tutaj do dwóch pierwszych czynników. Choć koniecznie trzeba by tu wspomnieć problem biurokracji paraliżującej rozwój wszystkich chyba dziedzin gospodarki. Najlepszym przykładem będzie szybownictwo: choć od dziesiątków lat polscy szybownicy zajmują ogromną większość czołowych miejsc w najrozmaitszych mistrzostwach, to świat, a przynajmniej Europa, jeździ uczyć się latania do… Czech. Dlaczego? Bo tam wymagania biurokratyczne są nieporównanie mniejsze.

Poziom wewnętrzny polskich organizacji – problem „kultury folwarcznej”

Alfreda Kamińska (Innowacyjność, uwarunkowania, strategie, wyzwania) pisze: „za najważniejszą barierę innowacji z obszaru kapitału ludzkiego respondenci uznali brak pracowników o wysokich kwalifikacjach, zdolnych do realizacji istotnych innowacji (66% wskazań „znaczenie bardzo wysokie i wysokie”). Ponad połowa (51%) identyfikuje nieprzywiązywanie należytej wagi do innowacji przez kadrę kierowniczą jako ważny i bardzo ważny czynnik hamujący innowacje w przedsiębiorstwach (s. 95)”. Tak więc respondenci (kadra zarządzająca przedsiębiorstw przemysłowych) widzą problem przede wszystkim w podwładnych: bo są za głupi, mówiąc po prostu.

Mój student pisze natomiast: „Folwarczna kultura pracy…?, niestety mam z nią do czynienia na co dzień. (…) ponad 22 lata swojego doświadczenia zawodowego, pracy w korporacji, stykałem się z tym na co dzień. Nieważne, jakie stanowisko zajmowałem. Jedyna różnica polega na stopniu intensywności stosowania takiej metody w zależności od stanowiska. Wiem to, ponieważ zaczynałem od przysłowiowej podłogi. Przez 15 lat byłem operatorem produkcji w zagranicznej korporacji i właśnie tam był taki mały folwark. Brygadzista nadzorujący pracę od 5 do 8 operatorów, a on i jego decyzje były najważniejsze. Wyższy szczebel zarządzania nie wnikał w to, dopóki cel był osiągnięty, czyli ilość, ilość i jeszcze raz ilość. Jeżeli cel nie był osiągany, to oczywiście tak zwana śruba był dokręcana. Żadne pomysły, innowacje, ulepszenia, jeżeli chodziło o zwykłych pracowników, się nie liczyły. «Folwark» był nastawiony tylko na (krótkoterminowy – dopisek PJD) zysk w postaci wyprodukowania jak największej ilości sztuk dla klienta. (…) Zawsze starałem się zachować ciągłość pracy maszyn, aby uzyskiwać jak najlepszą wydajność. To była moja pasja, niestety folwark zawsze pozostanie folwarkiem, zwłaszcza jeśli jest tak zarządzany na każdym stopniu. W folwarku nie liczy się człowiek tylko zysk. Nie ma motywacji, cały czas jest tylko presja na produkt… i co byś nie zrobił, nikt cię nie pochwali. Gdzie te narzędzia lean, keizen, pdca, Qrci… tqm, tpm, preventive maintennce? Nie ma”.

Wydaje się, że polscy menedżerowie i polskie firmy w swej większości oczekują tego, że „dostaną” innowacyjnych pracowników, nie widząc swej roli w tej kwestii. A to przecież organizacje i ich menedżerowie odpowiadają za (nie)tworzenie kultury innowacyjności i edukację pracowników.

Co zadziwiające, ignorowane, a co najmniej mało znane są w Polsce doświadczenia Toyoty w tym zakresie. (A może nie aż tak zadziwiające, gdy zauważymy, że Amerykanie potrzebowali 40 lat, by zobaczyć, co Japończycy zrobili w dziedzinie innowacyjności oddolnej). Yuzo Yasuda w książce 40 Years, 20 Milion Ideas z roku 1991 (dotąd nieprzetłumaczonej na język polski) pokazuje, jak długi i pracochłonny był proces budowania kultury innowacji.

Tabela 1 zawiera wyrywki z odpowiednich danych, ukazujących dynamikę zmian wniosków pracowniczych.

Ekosystem innowacyjności, czyli gryzę rękę 2

Co istotne, a paradoksalne w tym kontekście, to fakt, że redaktor naukowa wspomnianego wyżej polskiego opracowania bezkrytycznie wpisała się w narrację większości polskiej kadry zarządzającej, pisząc: „ten fakt stanowi wyzwanie dla całego systemu edukacji, który od najmłodszych lat powinien uczyć kreatywności, innowacyjnego podejścia i odwagi we wprowadzaniu zmian” (s.198). O ile bowiem nie można zaprzeczyć istotnej roli edukacji, to każdy element ekosystemu innowacji ma swoją rolę do spełnienia, w szczególności firmy i ich kadra kierownicza. Tego nie dostrzeżono. Wrócę do tej kwestii.

Działania bezpośrednie – programy rozwoju innowacyjności i przedsiębiorczości

Po ponad dwóch dekadach działania PARP, utworzonego równolegle z uruchomieniem strategii lizbońskiej, pora pokusić się o wnikliwą ocenę tej działalności. Zarówno cytowane na wstępie dane makroekonomiczne, jak i bezpośrednie obserwacje konkretnych działań, zachowań i rezultatów prowadzą do wniosku, że realizowane programy, których deklarowane cele odnosiły się do promowania przedsiębiorczości i innowacyjności, de facto wzmacniały postawy klientystyczne i umacniały znaczenie struktur biurokratycznych. Zarówno regionalnych, samorządowych, jak centralnych i unijnych. Znaczą część opinii publicznej oburzyło przyznanie (co najmniej) 60 milionów złotych dotacji rodzinie ministra Szumowskiego czy przypadek, gdy dotację 55 mln zł otrzymała spółka o kapitale 5 tys. zł, założona 10 dni przed ostatecznym terminem składania wniosków przez młodego człowieka bez żadnego doświadczenia biznesowego. Kluczowe jest jednak to, że o ile zdarzenia te traktować należy jako krańcowe objawy patologii, to nie możemy udawać, że nie istnieje cała gama mniej spektakularnych, ale jednak realnych patologii systemowych. System dotacji powoduje bowiem, że to urzędnik dostał moc decydowania o tym, kto odnosi sukces (przynajmniej krótkotrwały). To z kolei powoduje wzrost zależności, a w konsekwencji też postaw klientyzmu i korupcji. Wreszcie powoduje to, że „pozyskiwanie dotacji” samo w sobie stało się „modelem biznesowym” dla wielu pseudoinnowacyjnych firm.

Trzy ilustracje:

Konferencja informacyjna zorganizowana przez samorząd regionalny na temat nowego programu promującego innowacje. Bardzo elegancki przedstawiciel firmy konsultingowej (specjalista od załatwiania dotacji) uzasadnia sens programu „bo to chyba dobrze, że urząd nagradzać będzie innowacyjność przedsiębiorców”. Nikt z obecnych na sali przedsiębiorców (ok. 240 osób) nie zaprotestował. Nikt też nie powiedział, że w gospodarce rynkowej to klient ewentualnie „nagradza”, ale tylko wtedy, gdy akurat nam wyjdzie. Nikt. Nikt nie powiedział, że to zaprzeczenie idei konkurencyjnego rynku, że urzędnik nagradzający przedsiębiorców to absurd… Ale czemu się dziwić? Kto to niby miał zrobić? Gdy każdy miał nadzieję na otrzymanie jakiejś dotacji, a głupi wyskok mógłby te szanse pogrzebać?

Relacja przedsiębiorcy, szefa firmy programistycznej: „Dla jednej z większych firm zrobiliśmy dość skomplikowany program, firma miała naprawdę ciekawy, ambitny projekt. Ale na uroczystości najważniejszą, najbardziej honorowaną osobą był urzędnik, który przyznawał dotację”. (Ale przecież zdziwienie jest tu chyba niezasadne, bo to przecież ten urzędnik dał pieniądze. Co z tego, że nasze, podatników?)

Założyciel młodej, dynamicznej firmy z sektora szeroko pojętego e-learnigu, odnoszącej spore rynkowe sukcesy międzynarodowe: „Widziałem całkiem sporo ciekawych projektów sfinansowanych przez dotacje, ale… z zasady były one zarzucane na rzecz innego projektu, który dawał możliwość otrzymania kolejnej dotacji”.

Wreszcie programy te nie dają realnych, weryfikowalnych korzyści dla budowania ekosystemu przedsiębiorczości i innowacji:

– W badanym przeze mnie województwie tylko jeden z czternastu „klastrów” przetrwał poza okres dotowanej działalności.

– Spośród siedmiu sieci aniołów biznesu przetrwała tylko jedna. Nawet sieć Lewiatan Business Angels (będąca projektem potężnej organizacji pracodawców), na którą wydano co najmniej 42 miliony złotych, przestała działać. Co frapujące, zarówno tam, jak i we Wschodniej Sieci Aniołów Biznesu realny koszt „dopięcia” jednego kontraktu inwestycyjnego kosztował europejskiego podatnika okrągły milion złotych.

– „Inkubatory przedsiębiorczości” pochłonęły ogromne kwoty na własną biurokrację i dochodowe potencjalnie siedziby, które dość szybko przeszły na własność zaradnych organizacji.

– „Unijne programy” zniszczyły swego czasu, a co najmniej przydusiły rynek szkoleniowy w Polsce. Szkolenia setek tysięcy pracowników i potencjalnych przedsiębiorców powierzono świeżo przyuczonym absolwentom studiów podyplomowych, często bez żadnego doświadczenia w biznesie. Wtedy to pojawiło się pejoratywne określenie „trener unijny”. Programy te dały miażdżącą przewagę tym, którzy potrafili załatwić sobie dotację lub dostęp do niej. Na jednej z (dobrych skądinąd) uczelni Polski południowo-wschodniej miałem okazję zaobserwować sytuację, w której osoba z wieloletnim doświadczeniem szkoleniowym, opublikowaną książką mieszczącą się w temacie planowanych warsztatów, z referencjami liczących się firm została „wypchnięta” z dobrze płatnych zajęć przez osóbkę, która potrafiła zadbać o względy kluczowych osób na uczelni.

Również fundusze venture capital, hojnie sponsorowane w ostatnich latach zdają się raczej (zdaniem osób – jak się wydaje – dobrze poinformowanych) radośnie „przepalać” ogromne dotacje, niż wspierać rozwój ambitnych firm. Relatywna skala tych inwestycji jest wciąż nieprównanie niższa niż w Czechach, Estonii czy nawet na Węgrzech.

Przyczyny?

Po pierwsze, programy są źle zaprojektowane, często bezsensownie preferując młodych, niedoświadczonych ludzi, a wręcz dyskryminując osoby dojrzałe. Tymczasem z wielu już badań wiemy, że (statystycznie) to nie młodzi ludzie, ale ci doświadczeni (35-45 lat) mają największy potencjał budowania innowacyjnych firm.

Ignoruje się też najlepsze doświadczenia ze świata. Na spotkaniu inicjującym obchody Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości był w Warszawie profesor Sheilandra Vyakarnam, lider programu „Cambridge Python”. Towarzyszyli mu polscy doktoranci, którzy na Politechnice Warszawskiej próbowali wdrożyć doświadczenie tej przodującej brytyjskiej uczelni. Podobnie zainteresowania nie wzbudził idealny dla małych miasteczek projekt „Enterprise Facilitation” Ernesta Sirolli, przedstawiony m.in. w miesięczniku samorządów lokalnych „Wspólnota”. Choć ma on wielokrotnie weryfikowaną skuteczność, to ma też kluczową wadę: nie pozwala lokalnym włodarzom odgrywać roli „świętych Mikołajów”. Z podobnego powodu, jak się może wydawać, zignorowano uhonorowaną Noblem koncepcję „mikropożyczek”.

Programy „proinnowacyjne” ignorują też nowoczesną wiedzę na temat budowania start-upów i rozpowszechnioną przez Erica Riesa metodologię lean start-up. Główną jej myślą jest systematyczna, możliwie częsta weryfikacja sensowności projektu, dająca szansę zmodyfikowania bądź zamknięcia go, gdy okazuje się, że obrany kierunek nie działa. I znowu podstawowym problemem nie jest brak wiedzy decydentów-liderów projektu. Problemem jest to, że twórca wielomilionowego projektu, który zapewnił sobie na jakiś czas dogodne życie (lub sympatyczny dodatkowy dochód), musiałby się nagle nie tylko przyznać do błędu, ale też zrezygnować z pewnych już przychodów.

Po drugie, programy są źle zarządzane. Za podstawowy wskaźnik efektywności działania uważa się bowiem tempo wydawania pieniędzy (Starszym może się to kojarzyć z fetyszem „przerobu” w czasach PRL-u). Dla porządku jedynie przypomnę nieuniknioną tu uznaniowość, materia przedmiotu jest bowiem nader płynna, nieokreślona, daje możliwość dowolnego naginania opinii. Przypomnijmy tu również skandaliczną sprawę, pokazującą krańcową demoralizację aparatu urzędniczego, który skwapliwie zmieniał swoje oceny słynnego toruńskiego projektu „Geotermii” w rytm zmian władzy w Polsce. Na potrzeby tego artykułu nie jest istotne dowodzenie, czy był to projekt dobry, czy nie. Kluczowe jest to, że jego ocena mogła być dowolnie zmieniona w zależności od politycznego zamówienia.

Po trzecie, realizowane projekty, przy fikcyjnej, z zasady czysto pozornej analizie efektywności, nie dają nam możliwości budowania wiedzy. Nie dają też szansy realnej popularyzacji dobrych praktyk. A jak słusznie zauważa Eric Ries – tam, gdzie wchodzimy na nowe obszary, z zasady największą korzyścią jest pozyskiwanie wiedzy, co działa, a co nie. Przypomina to, wypisz-wymaluj, historię chińskich wielkich odkryć geograficznych (za D. Acemoglu i J.A. Robinsonem, Why Nations Fail). Po okresie zakazów morskich podróży (1377-1397) nowy cesarz Yongle zadecydował w roku 1402 o sfinansowaniu i wysłaniu sześciu wielkich wypraw admirała Zeng He. Były one ogromne: pierwsza flota miała 27,800 ludzi, 62 wielkie okręty i 190 mniejszych. Koszty tego projektu były tak wielkie, że przypisuje się im właśnie bankructwo cesarstwa: w rezultacie, w trzy lata po ostatniej misji, w roku 1436 przywrócono zakaz podróży morskich, a dokumentację wypraw zniszczono.

Portugalczycy podeszli do tego samego zagadnienia inaczej: wysłano trzy statki z dobrze przemyślanymi instrukcjami de facto orientującymi wyprawy na pozyskiwanie wiedzy (czytali lean start-up?). W rezultacie maleńka Portugalia stała się światowym imperium handlowym, a zbiurokratyzowane Państwo Środka rozpoczęło tragiczną podróż w odwrotną stronę.

Czy może to być memento dla Polski, dla Unii Europejskiej?

Jaka rola nauki?

Na początek, tytułem refleksji, spójrzmy ponownie na historię Chin. O ile Chiny starożytne zadziwiają nas innowacyjnością: wynalazkiem prochu, papieru i latawców, o tyle w zbiurokratyzowanych Chinach średniowiecznych wielki szacunek dla nauki oznacza już co innego. Tam szacunek dla nauki jest sprowadzony do egzaminów urzędniczych, na których kandydaci musieli się wykazywać znajomością klasycznych tekstów.

Ale warto wspomnieć los tych, którzy mieli czelność zaburzać dobre samopoczucie wpływowych grup. Sokrates, poniekąd z wyboru, nie chcąc się zniżać do ucieczki i łamania prawa, został zmuszony do wypicia cykuty. Ignaz Semmelweis, który odkrył przyczynę ogromnej śmiertelności kobiet w połogu korzystających ze szpitalnej opieki, został przez swoich kolegów zaszczuty i skierowany do szpitala psychiatrycznego, gdzie zmarł tragicznie po dwóch tygodniach pobytu. Henryk Altszuller, ojciec innowatyki i autor Algorytmu innowacji, swoją propozycję reformy systemu innowacyjności w Związku Radzieckim przypłacił skazaniem na pobyt w gułagu.

Jednak niezrażeni tym, spróbujmy przejść do konkretów.

Wydawać by się mogło, że nauki podstawowe mogą dać nam korzyści jedynie w dalszej perspektywie. Ale może jednak jest to w znacznej części problem przekładania odkryć naukowych (nawet tych nie pierwszej młodości) na język zrozumiały dla zwykłych ludzi, bo tylko tak można realnie kształtować rzeczywistość. Na przykład, z matematyki na popularyzację zasługuje wielkie twierdzenie Gödla o niekompletności teorii. Mówi ono w szczególności o tym, że nie da się stworzyć systemu prawnego, który będzie obejmował jednoznacznie wszelkie możliwe przypadki (i dlatego etyka, dobro wspólne zawsze powinny być brane pod uwagę). Podobnie wart jest popularyzacji lemat Kuratowskiego-Zorna mówiący o tym, że zawsze są rzeczy ważniejsze i mniej ważne.

W przypadku nauk technicznych kluczowe jest sprzężenie ich z przemysłem. Likwidacja FSO w Warszawie i Stoczni Szczecińskiej miały i mają ogromy wpływ na (bez?)sensowność istnienia odpowiednich wydziałów na Politechnice Warszawskiej i Szczecińskiej. Pytanie, jak potrzebujemy przebudowywać odpowiednie ekosystemy naukowe i przemysłowe, by tworzyć układy produktywne społecznie i gospodarczo, tak by wykorzystać istniejący potencjał wiedzy i talentów.

Nauki społeczne – historia. Potrzebna jest ona – w mojej skromnej opinii – nie po to, byśmy mogli się popisywać znajomości tych czy innych faktów, ale po to, byśmy mogli lepiej rozumieć otaczający nas świat. Na przykład może zamiast mówić o geniuszu militarnym Juliusza Cezara i Napoleona, powinniśmy mówić o tym, jak ich wybujałe ambicje przyczyniły się do śmierci i nieszczęść setek tysięcy ludzi. A przynajmniej również.

Nauki ekonomiczne, nauki zarządzania. Niestety wśród wielokrotnie bardzo szczegółowo i obszernie udowadnianej tezy, że ekosystem innowacyjności jest złożony i pełen współzależności, trudno się doszukać głębszej refleksji nad nieefektywnością tego systemu. Poczuciem głębokiego niepokoju napełniało mnie powtarzające się wielokrotnie doświadczenie z konferencji naukowych poświęconych realizacji kolejnych projektów mających promować innowacyjność (po powrocie do Polski podjęciu pracy akademickiej nie mogłem sobie żadnej odpuścić). Nieomal zawsze po prezentacji projektu wsparcia padało pytanie (zawsze to samo) ze strony obecnego tam profesora lokalnej uczelni: „A jak pan definiuje innowacyjność?”. Po tym padała jakaś odpowiedź, a profesor z zadumą kiwał mądrze głową. Ale nigdy nie padło pytanie o efektywność danego projektu. Nigdy.

To właśnie nauki zarządzania i nauki ekonomiczne mają kluczowe znaczenie dla monitorowania i ewentualnego korygowania działań związanych z budowaniem ekosystemu przedsiębiorczości i innowacji. Może więc pora, by nauki te zaczęły zadawać trudne pytania. Może nie grozi nam los Sokratesa, Semmelweisa czy Altszullera, ale są inne realne bariery, blokujące debatę nad efektywnością kluczowych tu projektów unijnych.

Moje dotychczasowe prace doprowadziły mnie do wniosku, że mamy trzy rodzaje przyczyn, które blokują akademików w tym zakresie:

– Przyczyny emocjonalne. Kiepsko opłacani (w porównaniu do swoich kompetencji) naukowcy, którzy mieli okazję zarabiać nieporównanie lepsze pieniądze w projektach unijnych, rozwijają w sobie rodzaj zależności dającej się sprowadzić do „pracowałem przy tym, więc to nie może być patologiczne”. Wpisałbym tu – wbrew nazwie – problemy związane z dysonansem poznawczym Festingera.

– Przyczyny poznawcze. Eksperyment Asha wyraziście pokazał, że ludzie niechętnie wyrażają opinie sprzeczne z opiniami grupy, a nowsze badania nad problemem „ślepoty nieuważności” pokazują, że często nie widzimy rzeczy, których nie planujemy obserwować. A niestety dominująca metodologia badań, sprowadzająca się do badania popularności poszczególnych opinii, nie daje możliwości wychodzenia poza weryfikację tez, których jesteśmy już świadomi.

– Zależność ekonomiczna. System dotacji unijnych zdemoralizował i skorumpował nie tylko klasę polityczną, nie tylko urzędników, ale też środowiska akademickie. Swego czasu składałem artykuł w ramach jednego z projektów międzynarodowych, finansowanych (jak to teraz nieodmienne) ze środków unijnych. Usiłowałem w nim przemycić krytykę patologii systemu dotacyjnego. Usłyszałem wtedy: „Nie będziemy gryźli ręki, która nas karmi”. Innym razem proponowałem debatę na temat dysfunkcjonalności ekosystemu innowacji osobie, która była twórcą wyjątkowego sukcesu regionalnej uczelni (a w danym okresie, jak się później okazało, starała się o kolejne dotacje). Usłyszałem wówczas: „Nie zrobię niczego, co by mogło zaszkodzić mojej uczelni”.

Zatem… Zanim zaczniemy rozmawiać o problemach ekosystemu innowacyjności, musimy postawić dwie kwestie:

1. Czy jesteśmy gotowi zadawać trudne pytania?

2. Czy jesteśmy gotowi (my akademicy, politycy i działacze samorządowi) poświęcić doraźne, ale konkretne korzyści własne i naszej organizacji na rzecz bliżej nieokreślonego, odległego „dobra społecznego”?

PS I mamy tu „dylemat wspólnoty” w pełnej krasie.

Dr Paweł J. Dąbrowski jest adiunktem w Menedżerskiej Akademii Nauk Stosowanych w Warszawie.

Wróć