logo
FA 5/2024 życie akademickie

Marek Misiak

Dwa modele pracy redakcji

Dwa modele pracy redakcji 1

Rys. Sławomir Makal

W czym tkwi potencjalne źródło frustracji autorów? W tym, że w wielu periodykach naukowych to na nich spoczywa odpowiedzialność za poprawność angielszczyzny i za zgodne z wytycznymi czasopisma formatowanie tekstu, tabel i rycin.

Gdy mowa jest o cenzurze, często wyróżniane są dwa jej modele: prewencyjna i represyjna. Pierwszy dominował w krajach demokracji ludowej, w tym w PRL: wszelkie publikacje trzeba było przedstawiać odpowiedniej instytucji do akceptacji przed wydaniem, a nierzadko przed skierowaniem do redakcji. Drugi jest charakterystyczny dla krajów łączących częściowo przynajmniej wolnorynkową gospodarkę z autorytarną formą rządów: władze w bardzo ograniczonym zakresie (głównie poprzez odmowę dofinansowania lub naciski na prywatne podmioty) blokują niemile widziane publikacje przed wydaniem, ale konsekwencje pojawiają się po wydaniu – włącznie z procesami karnymi, niszczeniem nakładów itp. Drugi model wyraźnie przerzuca ciężar zarówno kosztów, jak i odpowiedzialności na autora i wydawcę.

Można wskazać na pewną analogię między dwoma powyższymi sposobami kontroli nad rynkiem wydawniczym a praktykami stosowanymi w czasopismach naukowych, choć dotyczy ona w pierwszej kolejności ciężaru odpowiedzialności, a nie kontroli nad treścią. Redakcja techniczna (rozumiana tu jako formatowanie tekstu) i językowa mogą być bowiem usługami oferowanymi w ramach opłaty za publikację lub stanowić dodatkowy pakiet, wdrażany dopiero po uiszczeniu dodatkowej sumy. W pierwszym rozumieniu processing w określeniu article-processing charge (APC) to także redakcyjne opracowanie materiału do publikacji; w drugim jest to opłata za przejście artykułu przez administracyjne procedury redakcyjne po merytorycznym zaakceptowaniu go do publikacji. Redaktor to wówczas stanowisko raczej urzędnicze – pracownik redakcji wykonuje pewne czynności zarządzania artykułem, natomiast redagowaniem jako pracą nad językową i edytorską postacią tekstu może się zajmować zarówno on, jak i inna osoba (nierzadko z zewnętrznej firmy lub wynajęty wolny strzelec).

Oba modele wiążą się z potencjalnymi nieprzyjemnymi zdziwieniami i frustracjami po stronie autorów. W przypadku modelu all-inclusive (tak go roboczo nazwijmy) niejeden badacz na wiadomość o przyjęciu manuskryptu do publikacji w czasopiśmie oczami wyobraźni widzi go już na stronie WWW danego periodyku lub nawet w ciepłym jeszcze, nadesłanym wprost z drukarni najbliższym zeszycie danego tytułu. Od razu pyta, czy może już otrzymać aktywny identyfikator DOI i jest autentycznie zaskoczony, gdy dowiaduje się, że artykuł musi jeszcze przejść weryfikację językową (nierzadko kilkuetapową) oraz skład polegający na czymś więcej niż mechanicznym wlaniu tekstu do szpalt, zaś korekta autorska (galley proof, zwany też szczotką) nie służy tylko do rzucenia okiem i akceptacji, ale zawiera wiele (bywa, że dziesiątki) pytań ze strony redaktora lub kilku redaktorów. Zdziwionym wyjaśniam: nie wynika to z nadgorliwości, ale innego trybu lektury. Recenzenci sprawdzają tekst pod względem merytorycznym i nie jest ich głównym zadaniem zwracać uwagę na poprawność językową, jeśli tekst jest zrozumiały. Natomiast redaktor czyta artykuł zdanie po zdaniu i musi spytać autora o każdy niejasny fragment, którego nie jest w stanie poprawić sam. Jeśli tabele lub ilustracje nie spełniają wymogów technicznych lub innych ujętych w instrukcji dla autorów i/lub konwencji wydawniczej danego czasopisma, redaktor będzie wskazywał autorom, co należy w nich uzupełnić lub poprawić i będzie to robił do skutku, aż nadesłane materiały będą się kwalifikować do rozpowszechniania. Dopiero gdy wszystkie wątpliwości zostaną wyjaśnione, manuskrypt można opublikować – to redakcja bierze odpowiedzialność za jego szatę językową i edytorską. Od tego zależy również prestiż czasopisma oraz wyniki ewaluacji przez międzynarodowe bazy danych (np. Scopusa) oraz instytucje państwowe i dlatego jest mało prawdopodobne, że redaktor „odpuści”, gdy autorzy będą obstawać przy swoim.

Podejście stanu surowego

Drugi model na pierwszy rzut oka może się wydawać przyjaźniejszy dla autorów: zawsze można po prostu nie dokupić dodatkowych usług (uznając np., że są to kwestie mało istotne, a liczy się czas, i często rzeczywiście się liczy) i publikacja będzie znacznie szybsza. Czy jednak na pewno? W modelu, który roboczo określę tu mianem „podejścia stanu surowego”, standardy wydawnicze (i językowe, i formatowania tekstu) są podobne lub tylko nieco obniżone, ale ciężar ich wdrożenia jest w znacznie większej mierze przerzucony na autorów. Warto wyjaśnić, co rozumiemy przez „formatowanie”. Chodzi między innymi o następujące aspekty manuskryptu (wymieniam jedynie te najważniejsze, nie jest to zamknięty katalog): 1) krój i stopień pisma, interlinie i wcięcia; 2) strukturę tekstu (podział na części, w tym te wymagane dla artykułów danego typu); 3) sposób wprowadzania przypisów (jeśli występują); 4) sposób cytowania piśmiennictwa w tekście; 5) sposób zapisu pozycji na liście piśmiennictwa (np. standard AMA, APA itp.); 6) formatowanie tabel (np. ich edytowalność czy zakaz umieszczania w nich pustych komórek); 7) zastosowania wyróżnień w tekście (pogrubienia, kursywa, podkreślenia, kolorowe pismo); 8) odwołania do tabel i rycin w tekście; 9) zapis jednostek; 10) zastosowanie skrótów; 11) wklejanie tabel i rycin do tekstu lub odwrotnie – przekazywanie ich jako osobnych plików i sposób umieszczania podpisów i legend do nich; 12) opisywanie użytego sprzętu, oprogramowania i innych narzędzi.

Niektóre redakcje starają się ułatwić autorom to zadanie, oferując – już na etapie zgłaszania artykułu do czasopisma lub po akceptacji go do publikacji – tzw. formatkę, czyli najczęściej plik Word, do którego należy wstawić poszczególne elementy artykułu (zarówno tytuł, nazwiska i afiliacje autorów, informacje o źródłach finansowania czy podziękowania, jak i poszczególne sekcje tekstu, a czasem także listę piśmiennictwa, tabele i ryciny). Każdego ułatwienia można jednak nadużyć i zdarza się, że niektórzy autorzy dochodzą do wniosku, iż mają w wypełnieniu takiej formatki całkowitą dowolność, również jeśli oznacza to złamanie wytycznych sformułowanych w (znanej im) instrukcji dla autorów lub konwencji wydawniczej czasopisma. Formatka wypełniona z naruszeniem takich zasad zostaje zwrócona autorom, a jeśli będą oni obstawać przy rażących naruszeniach polityki czasopisma (np. domagać się, by artykuł miał dwóch pierwszych autorów, gdy dany periodyk wyraźnie nie dopuszcza takiej możliwości), może się to skończyć odrzuceniem artykułu. Ogólnie rzecz biorąc, w „podejściu stanu surowego” w wydaniu innym niż „nic nie sprawdzamy, idzie jak jest” odrzucenia artykułów przyjętych już wstępnie do publikacji są częstsze – nikt tu nie negocjuje ani nie poprawia; jeśli autorzy nie potrafią lub nie chcą dostosować się do obowiązujących w danym czasopiśmie standardów, wypadają z kolejki.

Zdarzają się (współcześnie coraz częściej) czasopisma, w których faktycznie jest tak, że jeśli recenzenci nie odrzucili manuskryptu z uwagi na jego niedostateczny poziom językowy, to pracownicy redakcji w ogóle go nie czytają, tylko od razu kierują do składu. Jeśli składacz (grafik) nie zaalarmuje o słabej jakości rycin lub rozsypujących się przy próbie edycji tabelach (co i tak będzie wymagało interwencji autora), artykuł pójdzie w świat w takiej szacie językowej, jaką nadali mu autorzy, również jeśli jak najgorzej świadczy ona o kompetencjach językowych tych ostatnich (zwłaszcza że dla wielu badaczy braki w tej dziedzinie to wyraźnie żaden wstyd).

Zdarzają się wręcz czasopisma, w których nie praktykuje się ani redakcji językowej, ani składu. Artykuły, które przeszły peer review (nie mam kompetencji, aby oceniać jakość tego procesu), są publikowane online w formie pliku PDF, który jest tak naprawdę zapisanym w tej formie plikiem Word ze wstawionymi w odpowiednich miejscach lub na końcu rycinami. Wizualnie takie publikacje nie różnią się niczym od manuskryptów udostępnionych w serwisach z preprintami, takich jak ResearchSquare, medRxiv czy bioRxiv. Nie jest to całe szczęście jeszcze norma, ale możliwe, że w przyszłości tak się stanie, jeśli forma w publikowaniu naukowym przestanie się liczyć. Coraz częściej mówi się o tym, że czasopisma naukowe jako dominujący sposób komunikowania wyników badań nie przystają już do współczesnego tempa uprawiania nauki (mam zbyt niepełny ogląd sytuacji, aby rozwinąć ten wątek). Jednak wiele periodyków wciąż dba o jednolity layout poszczególnych artykułów, nawet jeśli zeszyte czasopisma to tylko oznaczenia bibliograficzne i nie występują już ani jako fizyczne egzemplarze, ani nawet PDF-y, ściągnąć można tylko pojedyncze artykuły.

Coś kosztem czegoś

W czym zatem tkwi potencjalne źródło frustracji autorów? W tym, że w wielu periodykach naukowych to na nich spoczywa odpowiedzialność za poprawność angielszczyzny i za zgodne z wytycznymi czasopisma formatowanie tekstu, tabel i rycin. W „podejściu stanu surowego” redaktorzy czytają zakwalifikowane do publikacji artykuły, ale jeśli autor nie wniósł opłat za dodatkowe usługi, niczego nie poprawiają, po prostu odsyłają materiał ze zwięzłym komentarzem, że język wymaga dopracowania, a formatowanie, tabele lub ryciny nie spełniają standardów czasopisma, ale bez wskazówek, co zmienić (co najwyżej z linkiem do strony WWW czasopisma). Jeśli poprawiona wersja dostarczona przez autorów nadal nie spełnia oczekiwań redakcji, są dwie możliwości: albo artykuł jest odrzucany, albo taki ping-pong między autorami i redakcją trwa do skutku (a może to trwać długo). Przypomina to trochę sytuacje znane niektórym czytelnikom ze szkoły, gdy poloniści lub angliści kazali im „pracować nad stylem”, nie wyjaśniając jednak, co to znaczy. Taki model może zatem zarówno sprzyjać autorom słabiej znającym angielski (jeśli stosowana jest jego bardziej leseferystyczna wersja, w której w ogóle mało co jest sprawdzane), albo stać się ich przekleństwem, gdyż językowego wyszlifowania artykułu nie można już w ramach API scedować na fachowców, trzeba albo dodatkowo im zapłacić, albo wynająć własnych anglistów przed złożeniem artykułu w czasopiśmie, albo po prostu biegle znać angielski (od razu zastrzegam: na tym etapie rozwoju narzędzi AI jeszcze nie ma co polegać w tym aspekcie wyłącznie na nich).

Z kolei współcześnie niektóre redakcje mogą sprawdzać artykuły wyłącznie za pomocą narzędzi wykorzystujących AI i autor otrzyma jako proofa (szczotkę) tekst poprawiony przez takie narzędzie, ale ewentualne zgłaszanie obiekcji (chyba, że doszło do merytorycznego przeinaczenia w tekście) może nie mieć większego sensu, bo trudno dyskutuje się z maszyną, a „białkowy” redaktor pod kątem językowym manuskryptu nie czytał. W „podejściu stanu surowego” autorzy otrzymują korektę autorską, ale nie zawiera ona na ogół żadnych pytań czy uwag od redaktorów. Trzeba dokładnie przeczytać cały złożony artykuł i samemu odnaleźć ewentualne problemy (mając na uwadze, że na tym etapie wiele redakcji pozwala wprowadzać modyfikacje nieprzekraczające 3–5% objętości tekstu – obszerniejsze albo zostaną odrzucone, albo będą się wiązać z dopłatą). Niekiedy możliwe jest jeszcze dokupienie usług redakcyjnych na tym etapie, ale niestety niekiedy już nie. Brak redakcji językowej i technicznej nie oznacza braku reguł, po prostu teraz to autorzy są odpowiedzialni za ich wdrażanie. Niektóre czasopisma starają się rozkładać ten proces na dwa etapy i zaimplementowanie części reguł dotyczących formatowania jest wymuszane już na etapie wstępnej weryfikacji po nadesłaniu artykułu do redakcji, a przed skierowaniem do recenzji, ale to także nie jest normą.

Warto być świadomym jednego: celem „podejścia stanu surowego” nie jest ułatwienie życia autorom, ale przyspieszenie procesu publikacji (aby jedynym dłuższym jego elementem był etap peer review, na którego czas trwania redakcja nie zawsze ma wpływ) oraz optymalizacja pracy redakcji (aby można było w tym samym czasie obsłużyć więcej prac, na dodatkowe usługi zawsze decyduje się jedynie mniejszość autorów). Autorzy też odnoszą z tego korzyści, gdyż publikacja jest szybsza, a dane czasopismo może opublikować więcej artykułów, jeśli tylko spełniają one wymogi merytoryczne. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że jest to klasyczna sytuacja typu „coś kosztem czegoś”: autorzy mniej doświadczeni lub mniej poważnie traktujący redakcyjne reguły mogą mieć poważne problemy z przejściem przez taki system. Osobiście jako redaktor wolę jednak model all-inclusive, gdyż umożliwia on bardziej indywidualny (mimo że często tylko e-mailowy) kontakt z autorem dopuszczonym do publikacji i pomoc (do pewnego stopnia i w ramach wyznaczonych terminów) badaczom, którzy mają z czymś problem. Ponadto tylko taki sposób pracy daje możliwość głębszego ujednolicenia szaty językowej i edytorskiej wszystkich artykułów, co z profesjonalnego punktu widzenia ma dla mnie i wielu koleżanek i kolegów po fachu duże znaczenie. Jednak wszystko wskazuje na to, że z racji konieczności skrócenia czasu oczekiwania na publikację model ten będzie odchodził w dużej części w przeszłość i zachowa się raczej w niektórych bardziej renomowanych czasopismach, gdzie prestiż domaga się zachowania bardzo wysokich standardów.

Wróć