logo
FA 5/2021 Felietony

Leszek Szaruga

Wolność nauki

Fot. Stefan Ciechan

„Kurczy się akademicka wolność”, alarmuje na łamach „Gazety Wyborczej” Liviu Matei, rektor Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, i pisze, że „nie udało się opracować wspólnej koncepcji wolności akademickiej, która odpowiadałaby wezwaniom współczesności”. Doprecyzowuje zaś: „Nie obowiązuje nawet wspólna definicja »wolności akademickiej« – ani na poziomie polityki poszczególnych rządów, ani w ramach samych uniwersytetów”. Brzmi to wszystko groźnie i zdaje się wskazywać na poważne niebezpieczeństwa.

Tak sobie myślę, że kwestia wolności akademickiej może być rozważana przynajmniej na dwóch płaszczyznach. Pierwszą jest kwestia autonomii akademii (uniwersytetu) pojmowana nie tylko jako wyznaczenie przestrzeni niepodlegającej interwencji władz politycznych. Że naruszenie tej autonomii stanowi zagrożenie, przekonują wydarzenia z uniwersytetu w Berkeley w roku 1964, o czym interesująco pisze Jerzy Jarniewicz w porywającej książce Bunt wizjonerów, podkreślając, że szeroki front oporu studentów – od lewicy po prawicę – spowodowany został wiadomością, że ograniczające wolność działania przepisy administracja uczelni „wprowadziła (…) pod naciskiem zewnętrznym i że celem było zdławienie politycznej aktywności w kampusie w czasie, gdy w kraju szerzył się ruch praw obywatelskich”. Bunt ten stał się jednym z ognisk politycznej i kontrkulturowej rewolty, jaka ogarnęła w połowie lat sześćdziesiątych uczelnie w USA oraz Europie Zachodniej. Warto, jak sądzę, tą lekcję historii zapamiętać, bo wydarzenia tamtych lat dość znacząco wpłynęły nie tylko na życie akademickie, ale miały też trwające po dzień dzisiejszy konsekwencje społeczno-polityczne.

Drugą atoli płaszczyznę wyznacza kwestia wolności badań naukowych. Problematyce tej poświęcił ważny esej niemiecki filozof Karl Jaspers, ogłaszając go w 1923 roku pod tytułem Idea uniwersytetu. W roku 1945 opublikował identycznie zatytułowany szkic poprzedzony przedmową, którą zamyka ważne wyznanie: „Prezentowana wersja to nie drugie wydanie ani przeróbka, ale całkiem nowy projekt powstały na gruncie doświadczeń obu ostatnich, fatalnych dziesięcioleci”. Doświadczenia, o których mowa, streszcza krótka formuła: to czas panowania w Niemczech narodowego socjalizmu, gdy akademia i tym samym nauka podporządkowane zostały potrzebom i regułom nazistowskiego reżimu. Możemy się dziś cieszyć z faktu, że szkic ten został w Polsce w roku 2017 opublikowany w przekładzie Wojciecha Kunickiego – dwadzieścia lat wcześniej raczej byłoby go trudno ocalić przed ingerencjami cenzury, która wszak w komunizmie w sposób drastyczny ingerowała w całość życia akademickiego, ograniczając raz mniej, raz bardziej skutecznie wolność badań, szczególnie w obszarze humanistyki, ale – bywało – także w dziedzinach zdawałoby się na ideologie odpornych, takich jak genetyka czy nawet fizyka.

Uniwersytet, jak powiada dawna, jeszcze średniowieczna formuła, to wspólnota ludzi złączona ideą bezinteresownego poszukiwania prawdy. Poszukiwanie zaś prawdy nie jest możliwe bez wolności, a tym samym bez możliwości ryzyka błądzenia. Błędy to zresztą, o czym aż wstyd przekonywać, cena, jaką się płaci za przyszłe sukcesy, i przynoszą często bardzo wymierne korzyści, co odnotowane zostało wszak w antycznej jeszcze maksymie powiadającej, że errare humanum est. Ale można powiedzieć więcej: błądzenie jest rzeczą naturalną, co poświadczają ślepe uliczki ewolucji. Prawo do błędu wpisane jest zatem także w porządek podejmowanych badań, o tym zaś, co jest błędem, winni orzekać profesjonaliści w danej dziedzinie, co zresztą nie zawsze, zwłaszcza w humanistyce, da się bezspornie ustalić z tego względu, że możliwe są tu rozmaite podejścia, ale to nie znaczy, że do rozstrzygania sporów naukowych socjologów bądź politologów upoważnieni być mogą dyletanci. W tym też kontekście warto pamiętać o przestrodze Jaspersa: „Nie każde państwo ma wolę zabezpieczenia tej wolnej od państwa przestrzeni wolności nauczania w interesie prawdy. Państwo, które nie może znieść prawdy, ponieważ wznosi się na przestępczych i do tego niejawnych fundamentach i realiach, nie może chcieć prawdy. Jest wrogiem uniwersytetu i jednocześnie skrywa tę wrogość, powoli niszcząc uczelnie pod pozorem ich popierania”.

Cóż, nie wiem, czym miałaby być koncepcja wolności akademickiej, „która odpowiadałaby wezwaniom współczesności”. Wiem, a w każdym razie czuję, czym wolność akademicka jest i nie jestem pewien, czy chcę, by była raz na zawsze zdefiniowana. Jak pisał Stanisław Jerzy Lec – należy pamiętać, że w „definicji” ukryty jest „finis”. Jedno natomiast wydaje mi się pewne: dla ludzi, którzy porządek i wszelkie pojęcia uważają za stałe, niezmienne i niepodważalne, wolność akademicka i związane z nią ryzyko, za które niestety zawsze dotąd płaciło, płaci i musi płacić społeczeństwo, może stanowić zagrożenie, wprowadza niepewność, a czasem i niejednoznaczność, burzy poczucie bezpieczeństwa. Ale tak to jest: im więcej wolności, tym mniej bezpieczeństwa, im więcej bezpieczeństwa zaś, tym mniej wolności.

Wróć