logo
FA 5/2021 życie naukowe

Rozmowa z dr. Andrzejem Marcem z Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Słońce wzejdzie i bez nas

Jesteśmy obecnie świadkami spektakularnych zmian zachodzących w istniejącej rzeczywistości. O nich, a także o nowej roli i znaczeniu człowieka rozmawiam z filozofem, autorem książki Antropocień. Filozofia i estetyka po końcu świata, która otrzymała nominację w konkursie Identitas 2021.

Jeszcze do niedawna można było czuć dumę z bycia homo sapiens. Zachwyt nad doskonałością ludzkiego gatunku szybko jednak gaśnie po lekturze pana książki. Kim, a może lepiej byłoby powiedzieć czym, jest, pana zdaniem, ów ułomny anthropos?

Anthropos to kategoria zakładająca wyjątkowość człowieka, dzięki której może on być nadzwyczajnie dobry (nieść ocalenie planety) albo niezwykle zły (zniszczyć świat). Jednak okazuje się, że obydwie skrajności są fałszywe, dlatego „człowiek” nie brzmi dla mnie ani dumnie, ani przerażająco, jest raczej przeciętny i pospolity. Posiada takie samo istnienie (status ontologiczny) jak cała reszta bytów, od której chciał się przez wieki odróżnić i oddzielić za pomocą utrzymującej iluzję wyjątkowości kultury. Anthropos to jedna z najbardziej wykluczających kategorii, jaka istnieje i mówi dzisiaj praktycznie jedynie o uprzywilejowaniu. Współczesność pokazała nam, że właściwie nikt z nas nie dorasta do tej wyśnionej przez męskich, europejskich myślicieli oświeceniowej wizji samowystarczalnej, racjonalnej, niezależnej i doskonałej jednostki ludzkiej. Badania feministyczne, postkolonialne i posthumanistyczne jasno pokazały nam, że większość ludzi do niej po prostu nie przystaje ze względu choćby na rasę, klasę i płeć. Wobec czego, jeśli wszyscy nie-ludzie oraz znakomita większość ludzi wykluczona jest poprzez kategorię anthropos, należy ją po prostu porzucić i odesłać do przeszłości. W ten sposób człowiek nie jest już „koroną stworzenia”, a spadając z drabiny bytów, może wreszcie bez poczucia winy stać się przyziemnym, i to w sensie bliskości z tym, co nie-ludzkie. W tym właśnie momencie rozpoczyna się myślenie ekologiczne.

Wprowadza pan pojęcie antropocienia jako zapowiedzi nowej rzeczywistości. Coś więc musiało pójść nie tak w naszym starym, dobrym świecie, skoro konieczne stało się poszukiwanie rozwiązań jakże odległych od tego, co znane.

Problem w tym, że w przeważającej mierze jesteśmy konstruktywist(k)ami i nie uznajemy istnienia rzeczywistości niezależnej od ludzkiego poznania. Stara dobra rzeczywistość to nie realny świat, lecz po prostu obraz w ludzkiej świadomości, którym zajmowała się przez długi czas fenomenologia. Jej twórca, idealistycznie zorientowany Edmund Husserl, wstrzymywał się z sądami na temat realnego istnienia świata, gdyż ten zupełnie go nie interesował. Co więcej, twórca fenomenologii twierdził, że świat zewnętrzny wobec człowieka musi być tożsamy z jego ludzkim obrazem w świadomości (dzisiaj doskonale wiemy, że tak nie jest). Nic w tym dziwnego, skoro jego wybitny poprzednik Immanuel Kant uważał, że mamy dostęp jedynie do sfery fenomenalnej, czyli rzeczywistości zapośredniczonej/skażonej przez zdolności ludzkiego aparatu poznawczego (np. kategorie czasu i przestrzeni). Realistyczne pojęcie kantowskiej „rzeczy samej w sobie” przez wieki stanowiło filozoficzną puszkę Pandory, wrota do rzeczywistości pozaludzkiej, których nikt nie ośmielał się otworzyć. Dopiero Graham Harman w XXI wieku pokazał, że można myśleć o rzeczach samych w sobie i to on między innymi jest odpowiedzialny za koniec idealizmu oraz powrót do filozofii realistycznej. Kant zamknął humanistyce możliwość wypowiadania się na temat inny niż świadomość, jej obrazy oraz stany ludzkiego umysłu – realnym światem mogły zajmować się do tej pory jedynie nauki ścisłe.

Antropocień miałby więc otworzyć to, co do tej pory zamknięte?

Antropocień jest użyteczną kategorią, która pozwala humanistom i humanistkom wyjść z idealistycznej sfery fenomenów (antropocentrycznej bańki), by móc nie tylko zauważyć realnie istniejących nie-ludzi, ale również poznać ich przekraczające „zdrowy rozsądek” sposoby bycia. Wyjście z antropocienia jest równoznaczne z otworzeniem filozoficznej puszki Pandory, bo nikt do tej pory nie zastanawiał się poważnie nad rzeczami samymi w sobie ani tym, jak wygląda świat, gdy nie patrzy na niego człowiek. Jednak nie ma się czego bać, współczesny świat nękany katastrofą klimatyczną już w tym momencie do złudzenia przypomina wnętrze puszki Pandory. Z przerażeniem obserwujemy to, w jaki sposób nie-ludzie dochodzą do głosu i pokazują zupełnie nieznane nam do tej pory oblicze rzeczywistości. Właśnie dlatego współczesnym zadaniem filozofii jest pomyślenie o tym, co do tej pory wydawało się niewyobrażalne. Do tego służy między innymi kategoria antropocienia.

Sporo uwagi poświęca pan krytycznemu myśleniu jako szkodliwej formie uprawiania filozofii. Postulowane odwrócenie się od tego trendu na rzecz zgłębiania świata za pomocą prawdziwego, autentycznego zdziwienia, daje prymat spekulatywności nad surową pewnością. Symbolem nowego porządku staje się Sokrates w roli bachicznego tancerza, a nie jedynie poważnego mędrca.

Krytyczne myślenie stanowi niezaprzeczalnie ważny element tradycji humanistycznej, jednak jest ono dzisiaj tak powszechne, że nie trzeba go już nikogo uczyć. Studenci oraz studentki doskonale wiedzą, że to krytyczności oczekują od nich wykładowcy, a nie negatywnie wartościowanej fascynacji, która najczęściej błędnie wiązana jest z naiwnością i brakiem akademickiego wyrafinowania. Dlatego, zanim uczniowie zdążą zapoznać się z nowymi dla nich nurtami myślowymi, już zajęci są tropieniem w nich nieścisłości oraz błędów logicznych lub, co gorsze, przyswajają teorie filozoficzne poprzez pryzmat już dokonanej krytyki. Ożywczy potencjał rewolucyjnej krytyczności, niegdyś podważającej systemowe rozwiązania i odpowiedzialnej za rozwój myśli, współcześnie wyczerpał się i dzisiaj (jak podkreśla chociażby Armen Avanessian) służy jedynie do budowania pozycji wyższości, również akademickiej. Współcześnie krytyka skutecznie wzmacnia bierność, zniechęca do zaangażowania oraz jakiejkolwiek twórczej działalności. Tymczasem myślenie jest czymś zdecydowanie więcej niż krytyką, dlatego dzisiaj należy się zastanowić nad wspólnym wytwarzaniem wiedzy w procesach dydaktycznych, zamiast jej reprodukowaniem.

Czy nie boi się pan, że brak wynikającego z przyjętej postawy dystansu spowoduje zbytnią subiektywizację rzeczywistości, a co za tym idzie niemożność odniesienia się do obiektywnej kategorii prawdy?

Rys. Sławomir Makal

Antropocen w niezwykle dotkliwy sposób uświadomił nam, że postulowany i gloryfikowany w naukach dystans, tradycyjnie utożsamiany z obiektywnością, okazał się nieosiągalną iluzją. Współcześnie znajdujemy się wewnątrz przyjmującego monstrualne rozmiary globalnego ocieplenia (nazywanego przez Timothy’ego Mortona hiperobiektem), właśnie dlatego nie jesteśmy w stanie nabrać wobec niego postulowanego dystansu, gdyż nie dysponujemy spojrzeniem z zewnątrz, ale to nie znaczy, że przestajemy być obiektywni. Obiektywność naukowa musi zostać przeformułowana – przez wieki była związana z odcieleśnioną wiedzą i tak zwanym spojrzeniem znikąd. Filozofia współczesna zredefiniowała pojęcie obiektywności, ten proces rozpoczął perspektywizm Fryderyka Nietschego. Z kolei „Prawdę”, pisaną wielką literą, w niezwykle kreatywny sposób rozproszyli postmoderniści, którzy głosząc zmierzch metanarracji, wprowadzili nas w świat małych opowieści. Jednak językowe zabawy postmodernistów, zbyt mocno pogrążonych w świecie fikcji, nie miały wiele wspólnego z materialnością i cielesnością, dlatego posługiwały się raczej dystansującą ironią. Odpowiedzią na taki stan rzeczy okazały się między innymi wiedze usytuowane Donny Haraway, które doskonale zdają sprawę z miejsca oraz uwarunkowań zawsze ucieleśnionych badaczy, nie rezygnując tym samym z wymogów obiektywności. Dzisiaj wszystko dotyka nas i dotyczy, żyjemy w świecie, w którym nawet kupowane przez nas produkty są zaangażowane, gdyż wspierają konkretne prospołeczne czy też ekologiczne inicjatywy.

Do opisu świata używa pan pojęć kojarzonych na co dzień z obszarem ekologii. Pojawiają się określenia takie jak zanieczyszczenie myślenia, toksyczność czy globalne ocieplenie. Zdaje się więc, że problematyka ekologii jest panu bliska. Jednocześnie zwraca pan uwagę na fakt, że współcześnie można uprawiać ekologię w sposób odpychający, czyli de facto przeciwstawny wyznaczonemu celowi, jakim jest ochrona naszej planety. Mówi pan o zawstydzaniu tych, którzy nie przestrzegają ekologicznej etykiety, a także o metodzie krytykowania pojedynczych jednostek, obarczanych odpowiedzialnością za zmiany klimatu.

W książce wiele miejsca poświęcam zjawiskom ekologicznego zawstydzania oraz budowania poczucia winy, które stały się w ostatnim czasie powszechnymi krytycznymi strategiami ekologicznymi. Jednak to właśnie one między innymi są przyczynami „marazmu antropocenu”, o którym pisze Ewa Bińczyk. Możemy się dziwić, dlaczego współcześnie nie podejmujemy odpowiedniego wysiłku, by odwrócić postępującą katastrofę klimatyczną. Jeśli jednak praktycznie wszystkie działania jednostek podlegają nieustannej krytyce lub wzbudzają w nas ekologiczne poczucie winy, trudno się dziwić, że żyjemy w czasach nabierania dystansu i wstrzymywania się od aktywnego zaangażowania.

Takie działania, jak pan zaznacza, są nie tylko nieskuteczne, ale powodują w pojedynczych jednostkach zwątpienie i frustrację, a w rezultacie bierność i ucieczkę od realnych problemów. Jak w związku z tym należałoby mówić o ekologii?

Marazm jest jedną ze strategii oporu, związaną z nieustannym bombardowaniem nas tragicznymi, pesymistycznymi informacjami na temat klimatu, wobec których najzwyczajniej obojętniejemy. Próby odwoływania się do świadomości ekologicznej również nie przynoszą oczekiwanego skutku, gdyż jak dobrze wiemy, teoretyczna wiedza nie musi wpływać na nasze wybory i zachowania; świadomość tego, że papierosy są trujące, zupełnie nie przeszkadza ludziom w paleniu. Bardzo trudno nawiązać nam bliskość z tabelami, wykresami czy też tragicznymi doniesieniami prasowymi, a praktycznie jedynie z taką rzeczywistością mamy na co dzień do czynienia. Właściwie jedynymi emocjami, które współcześnie nam towarzyszą, są bliżej nieokreślony niepokój i lęk, które nie przekładają się na działanie, lecz raczej powodują wycofanie. Bycie ekologicznym polega na rezygnacji z dystansu związanego między innymi z podziałem natura/kultura. Jedynym wyjściem z sytuacji jest nawiązanie entuzjastycznej bliskości z nie-ludźmi i wytworzenie własnych, autentycznych, angażujących relacji z nie-ludzkim światem, który najczęściej uznajemy za obrzydliwy, przerażający i wstrętny. Myślenie ekologiczne nie ma w sobie nic sterylnego, przyjmuje raczej postać pełnego życia, żyznego i przede wszystkim fascynującego kompostu, z którym większość z nas wciąż nie potrafi żyć pod jednym dachem.

Przez całe wieki nie kwestionowano właściwie prymatu człowieka nad światem, uznając, że rozum i myślenie są tym, co unosi rodzaj ludzki ponad wszelkie stworzenia. Udowadnia pan, że tak pojmowana perspektywa nie znajduje uzasadnienia w rzeczywistości.

Homo sapiens to w mojej książce człowiek myślący świat, czyli ten, który nadaje mu sensowność oraz zasadność, porządkuje go lub nawet kreuje i sprawuje nad nim kontrolę. Tymczasem rzeczywistość obywa się z powodzeniem bez myśli oraz aktywności człowieka. Wystarczy wyobrazić sobie świat dziesięć miliardów lat temu, gdy ludzka myśl po prostu nie istniała, a świat doskonale radził sobie bez niej (pisze o tym Quentin Meillassoux). Antropocentryczny sposób myślenia, związany z wyjątkowością ludzkich pojęć oraz przekonań, jest tylko jednym z wielu punktów widzenia, o których mamy wciąż małe pojęcie. Wyobraźmy sobie świat kotocentryczny, jaszczurkocentryczny albo gołębiocentryczny – rzeczywistość opisywana z perspektywy nie-ludzi nie jest, jakbyśmy tego chcieli, bezsensem lub chaosem, lecz interesującą i skomplikowaną siecią, w której toczą się nieustanne negocjacje oraz podejmowane są różnorodne sojusze (bez konsultowania ich z człowiekiem).

Wygląda na to, że musimy w końcu pogodzić się z faktem, iż nie jesteśmy jedyni i wyjątkowi, a nasza narracja to kolejna wersja wydarzeń porównywalna z innymi.

Ludzka wersja wydarzeń to tylko jedna z wielu opowieści o świecie, a jeśli uzurpujemy sobie prawo do jej powszechnego obowiązywania, wówczas rzucamy antropocentryczny cień na rzeczywistość i nie zauważamy szeregu nie-ludzkich istnień oraz ich aktywności. W ten sposób zanieczyszczamy świat ludzkimi kategoriami, które każą nam widzieć człowieka jako jedynego sprawcę wszystkich znaczących wydarzeń. Widać to doskonale na przykładzie pandemii COVID-19, której pojawienie się próbujemy wyjaśnić, odwołując się do ludzkiej przyczyny sprawczej, zamiast skupiać się na niezwykłych zdolnościach wirusa, który od miesięcy nie znika z pierwszych stron gazet i można byłoby mu z powodzeniem przyznać nagrodę nie-człowieka roku. Tymczasem antropocentryczne teorie spiskowe są ślepe na nie-ludzkie działanie, według nich wirus jest dziełem człowieka (miałby zostać wytworzony w laboratorium Wuhan). Jest jeszcze inna skrajna postawa konstruktywistów, którzy nie dopuszczają w ogóle istnienia rzeczywistego świata poza ludzką świadomością i twierdzą, że jesteśmy ofiarami tak zwanej „plandemii”.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Wróć