logo
FA 5/2021 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Nauki twarde i miękkie

Rys. Sławomir Makal

Kryterium wyznaniowości było i jest różnie pojmowane – począwszy od traktowania go jako głównego wskaźnika odróżniającego naukę od pseudonauki (przykładem może być biolog Richard Dawkins i fizyk Stephen Hawking), a skończywszy na traktowaniu go jako wskaźnika nie tak ważnego, by wykluczał obecność wiary religijnej w nauce.

Problemy związane z klasyfikacją nauk mają tradycje sięgające czasów starożytnych. Dyskusjom na ten temat towarzyszyły niejednokrotnie życzenia, które w przypadku spełnienia w praktyce kończyłyby raz na zawsze stawianie tych samych pytań przez kolejne pokolenia uczonych i szukanie na nie odpowiedzi. Warto się zastanowić, dlaczego tak się jednak nie stało i być może nie stanie w dającej się przewidzieć przyszłości.

Kryteria naukowości

Pytanie o kryteria naukowości stanowi punkt wyjścia nie tylko do dyskusji na temat klasyfikacji nauk, ale także do prób odróżnienia nauki od pseudonauki. Nie inaczej jest w przypadku książki pt. Pseudoscience (Cambridge, London 2018). Jej współautorzy to kilkudziesięciu uczonych z różnego rodzaju uczelni (od uniwersytetów po uczelnie medyczne). Generalna wymowa obszernej (liczącej ponad 500 stron) monografii jest taka, że wprawdzie można przeprowadzić w miarę wyraźną linię podziału między różnymi naukami i pseudonaukami, jednak trudno wskazać, które nauki można zaliczyć do twardych, a które do miękkich.

Dyskusyjne były i są przede wszystkim proponowane przez różnych uczonych kryteria naukowości. Przykładowo: według Mario Bunge naukę od pseudonauki można odróżnić po tym, że teorie naukowe opierają się na sprawdzonych lub przynajmniej sprawdzalnych hipotezach, a uczeni formułujący te teorie i dokonujący sprawdzania posiadają odpowiednie wykształcenie i doświadczenie. Na kolektywną wiedzę i doświadczenie uczonych stawiał również Robert Merton, łącząc ją nie tylko z owym sprawdzaniem teorii naukowych oraz sceptycyzmem towarzyszącym dążeniu do prawdy. Scott Lilienfeld nie tylko wskazuje na niedoskonałości kryteriów, przedstawia także listę cech charakteryzujących pseudouczonych. Oto one: 1) tendencja do odwoływania się do hipotez ad hoc; 2) brak autokorekty przyjmowanych założeń, teorii i postulatów; 3) towarzyszącąca temu stagnacja intelektualna; 4) nacisk na potwierdzenie, a nie zaprzeczenie; 5) nadmierne poleganie na dowodach niepotwierdzonych; 6) uchylanie się od kontroli zapewnianej przez wzajemną ocenę uczonych; 7) niepowodzenie w budowaniu na istniejącej wiedzy naukowej oraz 8) brak określenia warunków brzegowych.

Wskazania te mogą być w jakiejś mierze pomocne przy odróżnianiu uczonych od pseudouczonych. Jednak są one niewystarczające do w miarę przekonywującego odróżnienia nauk twardych od miękkich. Pokazują to zresztą w książce ci jej współautorzy, którzy przedstawiają występujące w głównym nurcie nauki patologie, jak m.in. „iluzja przyczynowości” (przedstawiana jako „podstawa uprzedzeń poznawczych”), medycyna integracyjna (stanowiąca „integrację znachorstwa z naukową medycyną”), nadużycia związane z testami na inteligencję, hipnoza i jej „pseudonaukowe bzdury” czy kreowanie naukowych wartości i wielkości poprzez pseudonaukowe recenzje.

Problem nauk twardych i miękkich przedstawiony jest w tej książce przez Deana K. Simontona. Na wstępie wymienia on kilka przykładowych pseudonaukowych teorii (takich m.in. jak teoria inteligentnego projektu) oraz informuje, że miał do czynienia z „pseudonaukowcami, którzy bezpośrednio (i często agresywnie) wzywali go do rozważenia dziwacznych twierdzeń”. Opublikowany przez niego w 2013 roku na łamach „Nature” esej „o takim geniuszu jak Albert Einstein, wywołał poważną debatę na temat statusu takich współczesnych nauk jak astronomia, fizyka, chemia i biologia”. Wielu jej uczestników to jednak nie uczeni spełniający wymienione wyżej kryteria naukowości, lecz „nierozpoznani geniusze” (neglected geniuses), którzy starali się wykazać, że Einstein się mylił w kwestii pojmowania i przedstawiania czasu i przestrzeni. Co więcej, powoływali się na swoje publikacje w renomowanych czasopismach (np. „General Science Journal”). W publikacjach tych „geniuszy” nie brakowało wprawdzie różnego rodzaju „równań, diagramów i koncepcji”, a nawet „formuł integrujących wszystkie te elementy”, jednak brakowało w nich „wysoce zaawansowanej matematyki, która umożliwiła Einsteinowi sformułowanie ogólnej teorii względności i ujednoliconych teorii pola”. Zdaniem Simontona, ich matematyka nie była nawet na poziomie, z jakim miał do czynienia w szkole średniej. Jasno z tego wynika, że fizykę uprawianą przez Einsteina można zaliczyć do twardych nauk. Natomiast nie można do nich zaliczyć fizyki, która jest udziałem owych „geniuszy”.

W dalszej części rozważań pojawiają się sugestie, że do takich nauk można również zaliczyć (jednak już w mniejszym stopniu) biologię, a nawet (w jeszcze mniejszym stopniu) socjologię i psychologię. Różnią się one jednak od fizyki teoretycznej stopniem twardości. Przyjętymi przez Simontona kryteriami określania tych stopni są: 1) „rozwój paradygmatu”, 2) „częstotliwość konsultacji i wskaźnik widoczności”, 3) „wskaźnik wczesnego wpływu”, 4) „koncentracja cytowania i indeksowania”, 5) „wskaźnik przestarzałości” oraz 6) „nastawienie na potwierdzenie sprzyjające pozytywnym wynikom”.

Wyznaniowość jako kryterium

Kryterium to należy do znacznie starszych i bardziej tradycyjnych niż kryteria wyżej wymienione. Zasadnicza różnica w jego pojmowaniu i stosowaniu polega na tym, że w przeszłości uchodziło ono za kryterium naukowości, natomiast dzisiaj niejednokrotnie traktowane jest bądź to jako kryterium nienaukowości, bądź też naukowości zasadniczo różniącej się od akceptowanej w naukach świeckich. Ostatnia z tych opcji oznacza, że ludzie wiary mają swoje prawdy, a ludzie nauki swoje. Za takim stanowiskiem opowiadał się pod koniec XVI i na początku XVII stulecia włoski matematyk i astronom Galileusz. Jego głośny proces przed inkwizycyjnym sądem związany był z tym, że Kościół rzymski nie tyle nawet bronił jedności wszystkich nauk, ile uznawał wyższość prawd wiary wyrażonych w Piśmie św. nad prawdami głoszonymi przez uczonych, na przykład Kopernika i podążającego za jego wskazaniami Galileusza.

Prawdy nauki i prawdy wiary łączył jednak w swoich naukowych badaniach uczony angielski Isaac Newton. Dzisiaj przyjęło się przedstawiać jego naukowe dokonania jako wielki przełom w fizyce teoretycznej. Natomiast niejednokrotnie pomija się milczeniem to, że był on gorliwym członkiem Kościoła anglikańskiego i znaczną część zawodowego życia zajęło mu poszukiwanie formuły, która pozwalałby pogodzić zmatematyzowaną fizykę z jego głęboką wiarą w istnienie Boga, który ustanowił matematyczny porządek wszechświata.

Łączenie naukowości z wyznaniowością zmieniło się dosyć radykalnie w XIX stuleciu, a w XX i w obecnym liczni uczeni albo otwarcie zgłaszają votum separatum do religijnej wiary, albo przynajmniej wyraźnie ją odróżniają od wiedzy, którą uznają za naukową. Pokazują to m.in. badania prowadzone przez Elaine Howard Ecklund (ich wyniki przedstawione zostały w książce pt. Science vs. Religion).

Kryterium wyznaniowości było i jest przez różnych uczonych różnie pojmowane i stosowane – począwszy od traktowania go jako główny wskaźnik odróżniający naukę od pseudonauki (przykładem może być biolog Richard Dawkins i fizyk Stephen Hawking), a skończywszy na rozpatrywaniu go jako wprawdzie wskaźnik ważny, ale jednak nie najważniejszy, a przynajmniej nie taki, który wykluczałby obecność wiary religijnej w nauce (przykładem może być fizyk i teolog John Polkinghorne). W tych rozważaniach proponuję potraktować je jako kryterium odporności na religijną wiarę takich nauk jak biologia oraz fizyka teoretyczna. Dla jego zilustrowania odwołam się do poglądów dwóch znaczących przedstawicieli, tj. Karola Darwina i Alberta Einsteina.

Ten pierwszy po wielu latach przemyśleń doszedł do wniosku, że „najbardziej poprawnym opisem stanu jego umysłu jest określenie: agnostyk”. Wcześniej jednak odbył długą i trudną drogę od wiary w istnienie osobowego Boga do jej utraty. Wierzącym chrześcijaninem był nie tylko w dzieciństwie, ale w okresie teologicznych studiów w Cambridge oraz nieco późniejszym. W napisanej w ostatnich latach życia Autobiografii przyznaje, że podczas odbytej w latach 1831-1836 podróży na statku Beagle jego przekonania religijne były tak ortodoksyjne, że „był wyśmiewany przez kilku oficerów”. W późniejszych latach wprawdzie rozstał się z niektórymi z tych zapatrywań, jednak nie na tyle, aby w opublikowanym w roku 1859 sztandarowym dziele O pochodzeniu gatunków całkowicie wykluczyć istnienie Stwórcy i jego kreacyjną rolę w pojawieniu się różnych gatunków. Wielkie oburzenie środowisk wyznaniowych na to dzieło oraz ataki na autora sprawiły, że ostatecznie opowiedział się za agnostycyzmem, tj. stanowiskiem, że w gruncie rzeczy nie można ani przyjąć, że Stwórca istnieje, ani tego wykluczyć. Jednak powoływanie się na Boga w badaniach naukowych nie powinno mieć miejsca.

Stanowisko Alberta Einsteina w kwestii wiary w Boga i jej miejsca w nauce również przechodziło ewolucję. Jednak nie tak radykalną jak w przypadku Darwina. Niektóre jego wypowiedzi skłaniają do twierdzenia, że w okresie młodzieńczym zaczynał jako zdeklarowany ateista. Natomiast w późniejszych latach życia wykonywał gesty pojednawcze pod adresem teizmu. Wypowiedzi te zostały zebrane przez M. Jammera i opublikowane w 1999 roku w książce pt. Einstein and Religion. Można tam znaleźć m.in. w miarę jednoznaczne wykluczenia udziału Boga w kreowaniu porządku wszechświata; do historii przeszło jego stwierdzenie: „Bóg nie gra w kości”, przez co można rozumieć, że wszechświat jest zdeterminowany i nie ma w nim miejsca na takie wydarzenia losowe, za jakie mogą uchodzić cuda. Einstein twierdził również, że „nie jest ateistą, ani też panteistą”. Dodawał jednak przy tym, że „fascynuje go panteizm Spinozy i jeszcze bardziej podziwia jego wkład w nowoczesne myślenie”. Co najmniej dwuznacznie wyglądają jego twierdzenia, że „tajemnica jest najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć” i „jest ona początkiem zarówno religii, jak i sztuki i nauki”, a także oświadczenie: „w tym sensie i tylko w tym sensie należę do grona ludzi wiernych religii”. Einstein przyznawał, że „nie wyobraża sobie Boga, który nagradza i karze istoty przez siebie stworzone”, bowiem „taki Bóg jest jedynie odbiciem ludzkich słabości”. Nie wierzył także w to, że „jednostka przeżyje śmierć swojego ciała”. Natomiast wierzył, że jest ona „zdolna zastanowić się nad całą wiecznością i zrozumieć cudowną strukturę wszechświata”. Twierdzenia te ujawniają jeśli nawet nie słabsze miejsca twardej nauki, jaką jest fizyka teoretyczna, to przynajmniej fascynacje tajemnicą wielkiego uczonego.

Pro domo sua

Rzecz jasna nie stawiam siebie w jednym szeregu z wymienionymi naukowymi znakomitościami. Jednak przez kilkadziesiąt lat akademickiego życia w końcu czymś zawodowo się zajmowałem. Chciałbym tutaj powiedzieć nie tyle nawet o zajęciach, co o jednej fascynacji, która im towarzyszyła i w jakiejś mierze pozostaje żywa do dzisiaj. Stanowi ją fascynacja Kartezjuszem i kartezjanizmem. Mówienie o niej ma o tyle sens, że Kartezjusz był zarówno dużej miary filozofem, jak i mającym znaczące osiągnięcia (zwłaszcza w matematyce) uczonym. Problem w tym, że łączył on swoją filozofię z matematyką i był głęboko przekonany, że w ten sposób staje się ona tak twardą nauką, iż jest w stanie oprzeć się wszystkim kierowanym pod jej adresem zarzutom. Zarzuty takie pojawiły się zresztą już za jego życia i nie można powiedzieć, by były bezzasadne. Ten filozof i uczony nie tyle nawet nie potrafił zrozumieć ich zasadności, co w żaden sposób nie chciał ich zaakceptować.

W takim podejściu do oponentów Kartezjusz nie był oczywiście ani pierwszy, ani ostatni. Do historii przeszła odpowiedź Immanuela Kanta na zarzuty oponentów, że głoszona przez niego kosmologia nie zgadza się z rzeczywistością. Miał ponoć wówczas powiedzieć: „Tym gorzej dla rzeczywistości” (zgadzała się ona bowiem z jego intelektualnie wyrafinowaną metafizyką). Podejście obu filozofów stanowi potwierdzenie generalnej tezy, że filozofia nie należy do twardych nauk (nawet wówczas, gdy posiłkuje się rygorystyczną matematyką i logiką). W tej sytuacji mówienie, że w przeszłości filozofia była królową nauk lub przynajmniej pretendowała do tego miana, może być odebrane jako zarzut. Dzisiaj zaliczana jest ona w najlepszym razie do nauk humanistycznych generalnie uznawanych za miękkie.

Z taką etykietą można jeszcze jakoś żyć i funkcjonować w środowisku akademickim. Trudniej natomiast o to wówczas, gdy do wykładania filozofii biorą się akademicy o kwalifikacjach filozoficznych niż w przypadku osób filozofujących na własny użytek. Skłania to niejednego z poważnych uczonych do traktowania filozofii jako dyscypliny mało poważnej. Czy jest to problem dzisiejszego życia akademickiego? Niestety tak. Wprawdzie „śpiewać każdy może”, jednak nie każdemu wychodzi to profesjonalnie.

Wróć