logo
FA 5/2021 informacje i komentarze

Paweł Koteja

Inny świat

Prof. Paweł Koteja, biolog z UJ, o zderzeniu swoich doświadczeń z pracy w Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów oraz Narodowym Centrum Nauki

Gdy tylko powstało Narodowe Centrum Nauki, zostałem członkiem panelu NZ8. Mimo, że NCN popełnia błędy, to jednak generalnie dobrze działa, instytucja jest otwarta, wysłuchuje wszystkie głosy, przełamała ów mit, że recenzji nie da się pozyskać spoza kraju. Okazało się, że wszystko, a przynajmniej wiele, można.

Doświadczenia z Centralnej Komisji mam z dwóch stron: parę razy pełniłem funkcję sekretarza w komisjach habilitacyjnych, a potem zostałem członkiem Sekcji Nauk Biologicznych. Jakże to odmienne doświadczenie od tego z NCN! To był inny świat.

Wszelkie propozycje, sugestie dotyczące usprawnienia pracy były odrzucane a priori – nie da się. Recenzenci zagraniczni – nie da się, choć ustawa dopuszcza taką możliwość. Próbowałem raz to zrobić. Argumenty przeciwko były takie: nie znają procedur, choć akurat w tym wypadku to nie była prawda. Tryb postępowania CK absolutnie zakazuje wysyłania emaili pytaniem o możliwość zrobienia recenzji. Trzeba było wysyłać materiały opisujące dorobek kandydata zwykłą pocztą na papierze, bez żadnego uprzedzenia, z tekstami umów, bez żadnego wyjaśnienia. Zanim to dotarło, mijał miesiąc. Adresaci nie rozumieli, o co chodzi, niekiedy akurat nie mieli czasu, więc nic dziwnego, że wzięci z zaskoczenia – odmawiali. I na tym się kończyło.

W CK spotkałem się ze zdumiewającym uporem przy papierach. I chyba tylko w tej ostatniej sprawie udało mi się cokolwiek zwalczyć. Materiały procedur awansowych po prostu pakowało się w koperty i wysyłało pocztą. Nie było nawet umowy z pocztą, tylko fizycznie lepiono znaczki na koperty. Dwudziesty wiek! Dlaczego nie można było wysłać emaila z propozycją recenzji i pytaniem, czy ktoś chce dostać materiały na piśmie, czy może wystarczą pliki? W wersji elektronicznej jest po prostu łatwiej i taniej – i przy wysyłce materiałów, i przy pracy recenzentów. Ileż łatwiej jest tytuły prac, nazwy instytucji itp. przekopiować, zamiast wklepywać z klawiatury. Gdy byłem przewodniczącym komisji habilitacyjnej, mogłem przynajmniej w takich sytuacjach próbować załatwiać sprawy elektronicznie. Jednak często niewiele to pomagało. Instytucje chciały mieć papiery, twierdząc, że wymaga tego prawo. Gdy w końcu z CK wyszła jednak wersja elektroniczna, to okazywało się, że najpierw tę informację drukowano na papierze, a potem skanowano i wysyłano emailem, co oczywiście nie dawało tych możliwości, jakie umożliwia edytowalny pdf. Papier musi być!

Jedynym drobniutkim sukcesem, jaki odniosłem, było to, że udało mi się wyprosić, żeby materiały także dostarczano w postaci pdf-ów tekstowych, a nie skanów – i w pewnym momencie CK nawet podało w informacjach dla wnioskodawców, że taka forma jest preferowana. Przecież jeżeli dostaję materiały z biura CK, to nie muszę weryfikować ich prawdziwości. Tymczasem cała procedura mogła być zdigitalizowana już dawno. Byłoby naprawdę wygodniej. NCN zrobiło to już w pierwszym roku działalności. W CK się nie dało.

A teraz w Radzie Doskonałości najwyraźniej postawiono krok w tył: wszystkie materiały dotyczące np. recenzji profesorskich dostaje się najpierw w postaci papierowej, a na specjalną prośbę – w wersji elektronicznej, ale właśnie w postaci skanów. Wynika to po części z interpretacji przepisów. Dopuszczają one posługiwanie się wersją elektroniczną, ale „identyczną z oryginałem”. Co to oznacza? Że skanuje się papierowe „oryginały” i wysyła w postaci „martwych” pdfów. Nie o taką „informatyzację” tego procesu chodzi. Czy kiedyś dotrze do biurokratów, że to NIE papier jest oryginalnym tekstem?

Nieodpowiedzialne habilitacje

W trakcie pracy w komisji próbowałem sprawdzać, kogo powołujemy na recenzentów i członków komisji habilitacyjnych, czy ci ludzie są kompetentni. Co miesiąc było spotkanie sekcji. Dyskutowanie składów komisji habilitacyjnej czy recenzentów nie wchodziło w grę, bo na jednym posiedzeniu rozpatrywaliśmy 50-60 spraw. Z natury rzeczy na każdą było bardzo mało czasu i o merytorycznej weryfikacji kandydatur w trakcie posiedzeń nie było mowy. Musieliśmy w zasadzie zaufać tym, którzy je zaproponowali. Jak to się odbywało od strony biurokratycznej? Przyjeżdżamy do Warszawy, przy wejściu dostajemy wydrukowaną broszurkę z propozycjami. Przez długi czas ponad możliwości CK było, żeby składy, które mieliśmy zatwierdzić w głosowaniu, były podane choćby trzy dni wcześniej emailem. W gronie członków komisji – biologów, którzy tworzyli nieformalną „podsekcję” – kontaktowaliśmy się wcześniej, żeby podzielić się informacjami na temat swoich propozycji, co trochę niwelowało dyskomfort głosowania bez wiedzy i refleksji. Ale o kandydatach z innych obszarów nauk o życiu nie mieliśmy już żadnego pojęcia do czasu przyjazdu na zebranie. Na samym posiedzeniu sekcji praktycznie nie było już możliwości odpowiedzialnego kształtowania składów komisji i recenzentów. Dopiero w ostatnich miesiącach funkcjonowania CK nastąpiła drobna zmiana na lepsze i przed spotkaniem dostawaliśmy emailowo informację o sprawach przewidzianych na posiedzenie, ale to była musztarda po obiedzie – po największej „nawale” wniosków, która nastąpiła wraz ze zmianą ustawy.

Znów ta sama sytuacja. Przyjeżdżamy na spotkanie. Jeden z członków CK referuje sprawę – przedstawia postanowienia rady wydziału, skrót recenzji i swoje rekomendacje. Ma to na piśmie i wysyła tę opinię do CK. Było ponad możliwości biura CK, aby te materiały dostarczyć drogą elektroniczną członkom sekcji wcześniej, aby mogli się z nimi zapoznać, przygotować do dyskusji. Na posiedzeniu mamy 20 kandydatów do profesury. Jaka jest szansa odnieść się merytorycznie do propozycji?

CK nie było też w stanie zapewnić na miejscu łącza elektronicznego do Scopusa czy Web of Science. Jak zatem sprawdzić wiarygodność recenzenta, który chwali kandydata pod niebiosa, mimo jego marniutkiego dorobku: 15 artykułów, kilka cytowań i malutki indeks H? Nie wiem, czy ten recenzent jest kolegą kandydata, czy też kandydat niedoceniony międzynarodowo, choć naprawdę znakomity. Żartuję oczywiście – w biologii nie ma takich sytuacji. Zatem logowałem się na własną uczelnię, żeby dostać się do bazy danych, bo CK – państwowa instytucja zajmująca się oceną kandydatów na doktorów habilitowanych i profesorów – nie ma dostępu do naukowych baz danych.

Pomieszczenia kompletnie nieprzygotowane do normalnej pracy. Używałem własnego telefonu jako rootera. Sprawy techniczne są powiązane z meritum. To są zakonserwowane lata 60. XX wieku. Nie do ruszenia.

Do każdego druczka delegacji trzeba wpisać ceny biletów. Jednak kupiłem bilet przez internet i mam go w telefonie. A ponieważ nie dołączam biletu, to od razu wręczano mi dodatkową kartkę formatu A4, na której musiałem wyjaśnić, dlaczego nie dostarczyłem biletu. Był wybór z opcji: prywatny samochód, ale także inny środek lokomocji, np. furmanka. Nie żartuję. Na tej całej liście nie było opcji: „mam bilet w wersji elektronicznej”. Na szczęście można było dopisać to ręcznie. Zbuntowałem się i na druku delegacji, a nie osobnej kartce A4, w odpowiednim miejscu wpisałem „bilet elektroniczny”. Pani w sekretariacie powiedziała, że tak nie wolno. Poprosiłem więc o przedstawienie podstawy prawnej. Okazało się, że jednak można było tak zrobić i później dostawałem już tylko druczek delegacji. Tylko ja. Inni nadal dostawali i potulnie wypełniali osobny druk A4. To odbicie pewnej mentalności i oderwania od współczesnego świata.

Nijaki, czyli znakomity

W niektórych środowiskach z dziką zawziętością broniono kandydatów na profesorów z dorobkiem porównywalnym z tym, jaki w biologii mają dobrzy doktoranci. W kółko powtarzano argument: bo taka jest specyfika dziedziny. Jeśli ktoś zajmuje się paszami dla świń, to nie może pisać po angielsku. Pytam: czy świnie są hodowane tylko w Polsce? Jak można powiedzieć, że to ma znaczenie dla nauki, skoro nikt tego nie czyta i nie cytuje? Wiadomo, że to wymówka. Na tym samym posiedzeniu rozpatrywano kandydatury przedstawicieli nauk rolniczych ze znakomitym dorobkiem widocznym w literaturze międzynarodowej – a więc da się! Ale to też nie stanowiło argumentu i w głosowaniach kandydaci ze słabym dorobkiem przechodzili większością głosów.

Zapewniano mnie, że moje protesty miały jakiś skutek. W końcu coś, co dawniej przechodziło w cuglach, teraz przynajmniej spotykało się z drobnymi oporami. Inny przypadek: dorobek marny i jest negatywna opinia sekcji. Sprawa dociera do Prezydium CK, a ono wysyła dorobek do superrecenzenta. Ten pisze same superlatywy, bo to przecież towarzystwo wzajemnej adoracji. Na Prezydium powoływany jest kolejny superrecenzent. Będą tym tak długo rzucać, aż się przyklei.

CK to rodzaj profesorskiej korporacji. Logika takich bytów polega na tym, że zazdrośnie strzegą swoich przywilejów i czasami stosują brzydkie chwyty, by innych nie dopuścić do swojego grona. Ku mojemu zdumieniu środowisko profesorskie robiło wszystko, co mogło, żeby wciągnąć do tego uprzywilejowanego klubu jak najwięcej osób.

Obawiam się, że nie zmieni wiele ani nowa ustawa, ani Rada Doskonałości Naukowej, bo zbyt wiele odziedziczyła ona z nieistniejącej już CK. Tymczasem trzeba się od tego odciąć. Zrobić to, co zrobiono przy tworzeniu NCN. Przenieść instytucję do innego miasta i stworzyć zupełnie nową strukturę, inaczej zorganizowaną i zarządzaną. CK przechodziła kolejne ustawy, modyfikacje, ale to jest wciąż ten sam budynek, ten sam zapach w pomieszczeniach, te same urzędnicze nawyki.

Na koniec pozwolę sobie przedstawić anegdotkę z ostatnich tygodni, która dobrze wyjaśnia mój pesymizm. Wyznaczyliśmy na recenzenta doktoratu uczoną z zagranicy. Zgodziła się bardzo chętnie, ale powiedziała, że nie chce pobierać wynagrodzenia i zrobi to za darmo, bo z jej amerykańskiej perspektywy problem związany z tym, że uzyskała jakiś drobny dochód dalece przewyższa zysk (kłopoty z zeznaniami podatkowymi). Wydawałoby się, że to świetnie – oszczędzimy kasę. Ale okazało się, że – znowu – „nie da się”. Prawnicy uznali, że ponieważ ustawa mówi, iż „recenzent dostaje wynagrodzenie”, to zawarcie umowy i zapłacenie jest bezwzględnie obowiązkowe, nawet gdy ktoś złoży podpisane siedmioma pieczęciami i krwią oświadczenie, że tych pieniędzy nie chce. Tak więc teraz nasza Rada będzie głosowała nad odwołaniem już wyznaczonego recenzenta, a w to miejsce powołamy gorszego, ale za to takiego, który za zrobienie recenzji weźmie pieniądze. Cóż jeszcze można dodać?

Notował Piotr Kieraciński

Wróć