logo
FA 5/2021 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Grajdoł

Fot. Stefan Ciechan

Niedawno ludzie zajmujący się nauką rzucili się do czytania zamieszczonego na portalu wPolityce.pl artykułu Stanisława Janeckiego pt. Zero unijnych grantów dla polskich naukowców w najważniejszej kategorii to dowód, że nasza nauka to straszny grajdoł. Autor, posługując się danymi statystycznymi, pokazał bez ogródek, że polska nauka się cofa i w Europie nie ma czego szukać. Dodam, że nowy a nieudolny system struktur i punktów na uczelniach dobija ją skutecznie. Mechanizmy zarządzania nią są przeważnie antymotywacyjne, zwłaszcza gdy chodzi o humanistykę.

Dzieje się źle. Czy od dzisiaj? I czy tylko na tle nauki światowej? Obawiam się, że jest to kolejny fragment spuścizny rządów poprzednich. Grajdoł ten, mocno wciąż zabetonowany, stworzyła bowiem III Rzeczpospolita i wciąż trudno się z niego wydostać na świeże powietrze.

Na wyobraźnię zarządców i opinię publiczną o naszej nauce silnie powinno wpłynąć przypomnienie znamiennego a rzeczowego artykułu pt. Schematyczna innowacyjność autorstwa profesor Bernadetty Kuczery-Chachulskiej, który został wydrukowany w „Forum Akademickim” w nr. 11 z 2014 roku (do ściągnięcia z sieci). Autorka wsadzała nim kij w mrowisko, ale jak się dziś wydaje bezskutecznie, bo od tamtego czasu aktywa naszej nauki nadal idą wyraźnie w dół. Wystarczy wspomnieć tylko o jednym aspekcie, mianowicie o systemie grantów, aby się przerazić. Mam dziesiątki kolegów, przyjaciół, a także członków rodziny, którzy jako naukowcy potwierdzają, że zarówno Narodowe Centrum Nauki (NCN), jak i Narodowy Program Rozwoju Humanistyki (NPRH) powinny zostać zamknięte i utworzone od nowa, ale z nowoczesnym planem funkcjonowania, opartym na współpracy między ośrodkami nauki, zwłaszcza uczelni, i z nieporównanie lepszymi metodami oceny propozycji naukowych. Należałoby także usunąć pracowników, którzy już rewolucji nie dokonają.

Badacz jest bezradny, bo ma poczucie, że jest dla nich nikim. Choć powinien być kołem zamachowym systemu, znajduje się na straconej pozycji niczym rozsypująca się kulka w łożysku. Został wyślizgany? Jak to wygląda w praktyce?

Sam kiedyś bezskutecznie dwukrotnie próbowałem uzyskać grant na badania, które nie tylko moim zdaniem dokonałyby przewrotu w dziedzinie translatologii automatycznej w zakresie języka polskiego. Nic z tego nie wyszło. Po pierwsze na przygotowanie aplikacji, i to obowiązkowo w dwóch językach i w trzech wersjach (tak, to najprawdziwsza prawda!), mimo posiadania pewnej dozy inteligencji i odrobiny umiejętności z językami obcymi włącznie, za pierwszym straciłem na to rok, a za drugim osiem miesięcy. Tyle trwało przygotowanie wymaganych materiałów, papierów, składników organizacyjnych. Znikąd nie miałem pomocy (oprócz kilku bełkotliwie napisanych instrukcji).

Niestety w przeciwieństwie do konkurencji z uniwersytetów w całej Europie natknąłem się na opór biurokratycznej materii i nie tylko w NCN czy NPRH, lecz także na uczelni, zatem w instytucjach, które są powołane do załatwiania takich spraw. Jak się okazało, oczekują one, że wszystko zrobi osobnik starający się. Zamiast zajmować się dalszą pracą merytoryczną, dopracowywaniem metod, doskonaleniem algorytmów i śledzeniem nieodkrytych jeszcze tajników, wypełniałem formularze, obliczałem koszty, dobierałem modele sprzętu i oprogramowania. Nie miałem, jak mają w Rzymie, Brukseli, Paryżu, Londynie czy Pekinie, do pomocy wyznaczonych ludzi. Musiałem sporządzać, porządkować i sprawdzać formularze co do ich biurokratyczno-finansowo-prawnego sensu sam, łącznie z ZUS-em pracowników. A następnie trzykrotnie (w całości, w średnim streszczeniu i jeszcze w abstrakcie) wypełniać formularze w dwóch językach (angielskim i rodzimym). Tak jak na wszystkich normalnych uniwersytetach w Europie, Australii, Czechach, Francji czy Chile, gdzie odpowiednia osoba przygotowuje dane sprzętu, lokalu, transportu, zakwaterowania oraz pracowników planowanego zespołu, a także sporządza wykazy, tabele programu, aby w końcu poprosić mnie o zatwierdzenie.

Jeśli tego nie wykona ktoś, kto ma kwalifikacje biurowe, to walka o grant dla żadnego naukowca nie będzie opłacalna. Dlatego polscy naukowcy nigdy chętnie tego robić nie będą.

Co do moich dwuletnich strat we współpracy z NCN. Zaczęły się w 2010 r.

Frazeologia jest dziedziną zajmująca się związkami wyrazów, z którymi nie dają sobie rady żadne systemy tłumaczące. Automaty przekładające polskie teksty, dokumenty, przepisy, powieści, artykuły naukowe, piosenki, treści rozmów i tak dalej, są wciąż mało użyteczne i robią fatalne błędy (czasem wręcz niebezpieczne, na przykład w medycynie). Problem ten wymaga nowego, oryginalnego podejścia do przekładu polszczyzny w zakresie związków wyrazów i budowy zdań, i właśnie to było dokładnie opisywane jako zadanie w moich aplikacjach.

Ale anonimowi recenzenci w NCN zignorowali opis projektu i w obu swych opiniach stwierdzili, że mam zamiar napisać słownik frazeologiczny (który, olbrzymi zresztą, wydałem siedem lat wcześniej!) i oni tego nie zaliczają jako podstawy grantu. To dopiero grajdoł!

Opisane zadanie rozszyfrowania frazeologii do celów translacyjnych, a także kilkanaście całkiem atrakcyjnych zadań pobocznych, wykonałbym wraz z zespołem w ciągu 24-36 miesięcy. Musiałem jednak grupę rozwiązać i zabrać się do tej pracy samodzielnie, gdyż nikt oprócz mnie nie miał zamiaru ciężko i twórczo pracować za darmo. I słusznie. Po dziesięciu latach jestem więc w jednej trzeciej drogi i być może rzecz ukończyć zdążę, zanim umrę. A tymczasem e-translatory nadal sobie kuleją.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć