logo
FA 4/2026 informacje i komentarze

Paweł Poszytek

Polska w lusterku wstecznym

Polska w lusterku wstecznym  1

Dr hab. Paweł Poszytek, prof. ucz. Akademii WSB, zastanawia się, dlaczego budujemy skansen, a nie drugą Dolinę Krzemową, i zamiast podążać drogą wytyczoną dawno temu przez Henryka Arctowskiego, patrzymy w przeszłość.

Mamy w Polsce tendencję do samozadowolenia. Lubimy powtarzać, że jesteśmy „zieloną wyspą”, tygrysem Europy Środkowej, a nasze PKB nieustannie rośnie. Jednak, gdy zdejmiemy różowe okulary bieżącej polityki i spojrzymy na twarde dane z międzynarodowych raportów, obraz przestaje być sielankowy. W wyścigu o przyszłość – tę opartą na sztucznej inteligencji, innowacjach i cyfryzacji – Polska nie tylko nie jest liderem. Zaczynamy przypominać zawodnika, który biegnie w odwrotnym kierunku, mocno wierząc, że meta znajduje się tam, gdzie start.

Analiza kluczowych wskaźników, takich jak Global Innovation Index (GII), Stanford AI Index czy europejska strategia Digital Decade 2030, prowadzi do brutalnej konkluzji: nasz model rozwoju społeczno-gospodarczego stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jeśli nie zmienimy kursu, grozi nam rola montowni Europy, tyle że wyposażonej w nowoczesne smartfony.

Innowacyjna pustynia w sercu Europy

W rankingu Global Innovation Index, który jest papierkiem lakmusowym nowoczesności państw, Polska od lat okupuje miejsca w czwartej dziesiątce, regularnie przegrywając z Czechami, Estonią czy Słowenią. To nie jest przypadek, to trend. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda, gdy zajrzymy do Stanford AI Index. W dobie, gdy sztuczna inteligencja przemeblowuje globalną gospodarkę, Polska wciąż jest biorcą, a nie twórcą technologii. Nasz wkład w rozwój algorytmów, liczba patentów czy poziom inwestycji w deep-tech plasuje nas na marginesie świata zachodniego.

Raporty dotyczące European Digital Decade 2030 są równie bezlitosne. Owszem, mamy niezłą bankowość mobilną i Blika, ale cyfryzacja małych i średnich przedsiębiorstw czy poziom zaawansowanych kompetencji cyfrowych społeczeństwa pozostawiają wiele do życzenia. Świat ucieka do przodu, budując gospodarkę opartą na wiedzy (knowledge-based economy), podczas gdy my wciąż opieramy naszą konkurencyjność na relatywnie taniej sile roboczej i konsumpcji wewnętrznej. To paliwo właśnie się kończy.

Gdzie jest sternik? World Governance Indicators

Czy Polska ma w ogóle fundamenty, by ten trend odwrócić? Odpowiedzi dostarcza World Governance Indicators (WGI) Banku Światowego. Wskaźniki te oceniają jakość rządzenia, w tym skuteczność rządu (government effectiveness) oraz jakość stanowienia prawa (regulatory quality).

Wnioski z WGI dla Polski są niepokojące. Niska przewidywalność prawa, biurokratyczna inercja i upolitycznienie instytucji, które powinny być merytoryczne, tworzą szklany sufit dla rozwoju. Innowacje wymagają środowiska stabilnego i sprzyjającego ryzyku. W Polsce przedsiębiorca czy naukowiec częściej walczy z systemem niż jest przez niego wspierany. Jeśli silnik państwa, czyli jego zarząd, dławi się i krztusi, trudno oczekiwać, by pojazd gospodarki wygrywał wyścigi Formuły 1.

Dlaczego jednak, mimo aspiracji bycia liderem regionu, tkwimy w tym impasie? Przyczyny leżą głębiej niż w samym PKB. Tkwią w naszej mentalności, kulturze i systemie edukacji.

Syndrom skansenu

Skansenizacja Polski to proces, w którym jako wspólnota odwracamy się od wyzwań współczesności, wybierając bezpieczne ciepło przeszłości. Zamiast dyskutować o miejscu Polski w łańcuchach dostaw półprzewodników, wolimy toczyć nieskończone spory o interpretację historii.

Kultura skansenu to mentalność oblężonej twierdzy, w której nowoczesność postrzegana jest jako zagrożenie dla tożsamości, a nie szansa na rozwój. To pielęgnowanie narodowych mitów i sentymentów, które – choć ważne dla ducha – nie budują elektrowni atomowych ani nie tworzą algorytmów AI. W efekcie Polska staje się, cytując klasyka, „pięknym krajem smutnych ludzi” albo raczej pięknym muzeum pod gołym niebem, gdzie turyści mogą podziwiać, jak naród w sercu Europy celebruje swoje klęski, ignorując nadchodzące tsunami technologiczne.

Arctowski kontra ułani, czyli kogo (nie) uczymy w szkole

Najbardziej jaskrawym dowodem na naszą strukturalną niezdolność do nowoczesnego myślenia jest to, kogo stawiamy na piedestale w naszym systemie edukacji. Polska szkoła to fabryka romantyków i męczenników, a nie inżynierów i pragmatyków.

Spójrzmy na postać Henryka Arctowskiego. To człowiek, który – jak wynika z historycznych analiz – był de facto architektem niepodległej Polski, a powszechnie znany jest „tylko” z dokonań na niwie eksploracji Antarktyki. To nie szarża ułańska, ale jego gigantyczny, liczący dwa i pół tysiąca stron Raport o Polsce (Inquiry Document No. 23) przekonał amerykańską delegację i prezydenta USA Woodrowa Wilsona do takich, a nie innych granic II RP. Arctowski walczył o Polskę nie szablą, ale „excelem” – danymi statystycznymi, mapami zasobów geologicznych i analizami demograficznymi.

Dlaczego więc nie ma go w panteonie narodowym obok Piłsudskiego czy Dmowskiego? Ponieważ był technokratą, a nie politykiem czy żołnierzem. Jak celnie zauważono w analizach historycznych, Arctowski nie pasuje do narracji męczennika. Nie cierpiał w carskim więzieniu, nie zginął na barykadzie. Był światowcem, człowiekiem sukcesu, naukowcem formatu globalnego, który swobodnie poruszał się po Waszyngtonie i Paryżu.

W polskiej kulturze pamięci, która jest głęboko romantyczna i waloryzuje ofiarę krwi, nie ma miejsca dla kogoś, kto po prostu zrobił robotę przy biurku. Arctowski odrzucił teki ministerialne, by wrócić do nauki, nie miał zaplecza politycznego, które dbałoby o jego pomniki. Dla współczesnej Polski, aspirującej do roli lidera innowacji, to właśnie Arctowski powinien być wzorem, symbolem skuteczności, wiedzy i pragmatyzmu. Tymczasem jest politycznym duchem, a my w szkołach nadal uczymy, że chwalebna porażka jest cenniejsza niż nudne, systematyczne zwycięstwo oparte na danych.

Dramat straconych szans

To odrzucenie etosu technokratycznego na rzecz etosu martyrologicznego ma realne przełożenie na dzisiejsze wskaźniki gospodarcze. Po pierwsze, brak szacunku dla kompetencji eksperckich. Widać to w zarządzaniu spółkami skarbu państwa i instytucjami publicznymi (co odbija się w World Governance Indicators), gdzie klucz partyjny dominuje nad merytorycznym. Tak jak Arctowski nie miał pleców politycznych, tak dzisiejsi innowatorzy często przegrywają z politycznymi układami.

Po drugie, edukacja nastawiona na przeszłość. Jeśli młody Polak słyszy w szkole głównie o powstaniach, a postacie takie jak Arctowski są traktowane jako przypis do historii polarnej (sic!), to skąd ma czerpać wzorce do budowania nowoczesnego państwa? Programujemy młodzież na bycie ofiarami historii, a nie jej kreatorami.

Po trzecie, drenaż mózgów. Arctowski zmarł na emigracji, bo zawierucha wojenna i późniejszy komunizm odcięły go od kraju. Dziś, w warunkach otwartych granic, najzdolniejsi polscy naukowcy i inżynierowie AI wyjeżdżają do USA czy Wielkiej Brytanii, bo tam znajdują ekosystem, który ceni ich talent. Polska nie potrafi ich zatrzymać, bo wciąż mentalnie tkwi w XIX wieku.

Pobudka albo marginalizacja

Rankingi takie jak Global Innovation Index czy Stanford AI Index nie kłamią. Są one brutalnym „sprawdzam” dla naszych ambicji. Polska stoi na rozdrożu. Możemy dalej kroczyć ścieżką skansenizacji, budując kolejne pomniki i żyjąc przeszłością, w której czujemy się bezpieczni i moralnie wyżsi. Możemy dalej ignorować takich bohaterów jak Henryk Arctowski, uznając, że rzetelna praca i naukowa ekspertyza są zbyt nudne na narodowy mit.

Alternatywą jest radykalna zmiana paradygmatu. Musimy zrozumieć, że w XXI wieku niepodległości nie wywalcza się już na polu bitwy, ale w laboratoriach, serwerowniach i salach konferencyjnych. Jeśli nie zaczniemy zarządzać państwem na podstawie danych i kompetencji, tak, jak to robił Arctowski, a nie na bazie emocji i politycznych plemion, to za dekadę obudzimy się w rzeczywistości, w której świat nam odjechał. I nawet najpiękniejsza akademia ku czci ojców niepodległości nam tego dystansu nie osłodzi.

Z wielkim smutkiem i rozczarowaniem piszę te słowa z Waszyngtonu do Ojczyzny, widząc Polskę w lusterku wstecznym.

Wróć