Piotr Tryjanowski

W naszych umysłach mamy miejsce na całkiem sporo błędów poznawczych. Także w podejmowaniu decyzji o tym, które gatunki zwierząt uznajemy za warte badań i ochrony. I dobrze wiemy, iż to najprawdopodobniej konsekwencja naszej ludzkiej drogi, od sawanny, przez lasy, aż po współczesne megapolie. Nauczyliśmy się żyć, przynajmniej teoretycznie, w uroku klasycznej triady: Prawda, Dobro i Piękno. Tylko czy czasem w ten sposób nie nakładamy na przyrodę zbyt wiele czysto ludzkiego spojrzenia? A przecież te wszystkie stworzenia nie powstały dla nas. Wreszcie powinno do nas dotrzeć, że choć Homo sapiens bywa wyjątkowy, to na tle innych organizmów nie jest czymś aż tak wybitnym. Przynajmniej nie zawsze i nie wszędzie.
Problemy zwykle zaczynają się na poziomie estetycznym. Mamy kłopot z pięknem. W odróżnieniu od ludzkich „dzieł sztuki” brzydota zwierząt nie jest intencjonalna, to my, w naszych mózgach, nadajemy określonemu wyglądowi etykietkę „brzydactwo”. Współczesne życie dla wielu z nas to prawie zerowy kontakt z dziką przyrodą, a stare lęki nadal działają pełną parą. Nagłówki, szczególnie te internetowe, lubią podkręcać sytuację: mają być krew, pazury, sensacja. To się klika. Fascynujemy się wielkimi drapieżnikami, a jednocześnie się ich boimy, choć roczne ataki tych zwierząt na ludzi w skali globalnej można policzyć na palcach czterech kończyn jednego człowieka. Węże? Boimy się ich nawet w środkowej i północnej Europie, gdzie szansa na spotkanie jedynego jadowitego gatunku graniczy z cudem. A te „brzydsze” gatunki mogą mieć jeszcze toksyny. Nawet gdy dzieje się źle, gdy popatrzymy na przypadek zaniku owadów, nasze myśli od razu biegną do pszczoły miodnej, tej dobrej, znanej, pożytecznej. A gdzie cała reszta? Brzydsza, dziwna, a czasem jeszcze nieznana nauce? Nawet zasępione sępy nie mają renomy, giną w zastraszającym tempie, co może wywołać wielki problem epidemiologiczny, ale się tym nie przejmujemy, nadal korzystając z lekarstw na poprawę nastroju opartych na zabójczym dla ptaków diklofenaku. YouTube i media społecznościowe tylko nakręcają spiralę: jeszcze więcej tego, co znane i lubiane. I koło się kręci.
Gwoli marnego pocieszenia, to nie wina wyłącznie współczesnych, już w XIX wieku ciężko znaleźć wiersze o płazach, gadach czy rybach. Natomiast tych o pięknych ptakach powstało owszem sporo. Z perspektywy ornitologa dodam, że na szczęście. Natomiast naprawdę zauważam te wszelkie ograniczenia w naszej percepcji fauny. Co więcej, nie jestem w tym osamotniony, o czym świadczy bardzo interesująca książka Jo Wimpenny Beauty of the Beasts, wydana właśnie przez wydawnictwo Bloomsbury.
Nawet szacowne „Science” kiedyś zauważyło, że nasze myśli krążą głównie wokół megafauny, kompletnie zaniedbując inne zwierzęta. W ogrodach zoologicznych też muszą być gatunki z grupy „must have”, coś co przyciągnie masowego klienta. Tylko koneser będzie szukał czegoś subtelniejszego. Podobnie działa masowa turystyka. Do Afryki wielu turystów jedzie jedynie po to, by zobaczyć Wielką Piątkę: lwa, lamparta, słonia, bawoła i nosorożca, a następnie pochwalić się zdjęciami w mediach społecznościowych. Na szczęście powstała nawet alternatywna, całkiem zabawna lista Ugly Five, na której znajdują się ciekawe „brzydactwa”: hiena cętkowana (teraz często pod nazwą krokuta), gnu, guziec, marabut afrykański i sęp uszaty. Choć i tu dominacja taksonomiczna się ujawnia – ssaki i ptaki górą.
Jak zatem dotrzeć do społeczeństwa z przekazem, że i inne zwierzęta bywają fajne (celowo używam tego właśnie słowa)? Humorem. I to się może udać, o czym przekonują badania z nosaczem. Brzydactwo potrafi zadziałać na emocje. Prawdziwy Janusz internetów, co pokazaliśmy w naszych badaniach, a co podchwyciła w swojej książce Wimpenny i za co wypada jej podziękować, zarówno w imieniu własnym, jak i zastępów brzydactw.
Ewidentnie widać jednak pewną refleksję nad tym, jakie zwierzęta lubimy, badamy i chronimy. Na razie rzadką, dla wielu stanowczo zbyt rzadką, ale z jasnym przesłaniem, by po prostu przestać tępić to, co brzydsze. Tyle na początek. Ale co robić, gdy te brzydactwa lądują na polach uprawnych, w winnicach czy w miastach? Prostej odpowiedzi nie ma, bo narażamy się na masę konfliktów społecznych i to niezależnie od wybranej opcji. Może rozwiązaniem jest zwierzęcy kompromis i sięgnięcie po naturalne rozwiązania? W pozbyciu się tych niedobrych, np. myszy i szczurów, mogą pomóc szpony i pazury ptaków drapieżnych. Niech akcja trwa. W sumie lubimy to.
I wreszcie najbrutalniejsza prawda: nawet najładniejsze, niby najlepsze gatunki, też robią złe rzeczy. Od razu podkreślmy: moralność to domena Homo sapiens, a cała reszta robi, co może, by przeżyć i przekazać dalej swój materiał genetyczny. Orki i delfiny topią ludzi i siebie nawzajem, pingwiny uprawiają prostytucję, bociany dzieciobójstwo. Oczywiście naukowcy potrafią to nazwać „silnie adaptacyjnym podejściem”. Na to wszystko nakłada się jeszcze ekonomia, gdy trzeba szybkich decyzji w warunkach niedoboru środków, wszak na ochronę i badania wszystkiego nie ma szans. Trzeba wybierać. I wybiera się tak, by później badania były znane, lubiane, szeroko omawiane i komentowane, a w konsekwencji finansowane. By owo podejście zmienić, potrzeba tego co zwykle: solidnej edukacji, czyli opartej na prawdzie, na pokazaniu rzeczywistości, a nie na bambi-efekcie. Świat jest pełen pięknych i bestii, i dla wszystkich jest miejsce pod gwiazdami. Albo, jak śpiewał czeski bard Jarosław Nohavica: „w morzu jest miejsca dość”. Na lądzie też powinno wystarczyć.
Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu