logo
FA 4/2026 życie naukowe

Adam Krzyż

Nauka jako produkcja

Co AI ujawnia w akademii?
Część I


Definiując wartość naukową przez to, co policzalne – liczbę artykułów, cytowań, jednostek w wykazie – system akademicki nieświadomie zdefiniował ją przez to, co da się wyprodukować bez rozumienia. Każda metryka jest pułapką, określa, co będzie optymalizowane, nie to, co jest naprawdę ważne.

Diagnoza: Jak system akademicki wytworzył swojego Dyzmę

Nikodem Dyzma, bohater powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, robił karierę nie dzięki kompetencjom, lecz dzięki sprawnemu symulowaniu ich posiadania. Był człowiekiem powierzchni: rozumiał, że wystarczy brzmieć odpowiednio, by zostać uznanym za odpowiedniego. Polska literatura dała nam w nim postać, która okazuje się zaskakująco pojemna, i która w kontekście współczesnej akademii nabiera nowego, niepokojącego wymiaru.

Nie chodzi jednak o indywidualne przypadki nieuczciwości. Chodzi o coś głębszego: o to, że nowe narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji sprawiają, iż pewien typ kariery akademickiej – kariery opartej na zewnętrznych oznakach produktywności naukowej, nie zaś na rzeczywistej pracy intelektualnej – stał się łatwiejszy do zbudowania niż kiedykolwiek wcześniej. I że nie jest to wyłącznie problem ludzkiej słabości, lecz przede wszystkim problem struktury.

Weber i „człowiek fachowy”

Max Weber w słynnym wykładzie Nauka jako powołanie i zawód (1917) opisywał nowoczesną naukę jako dziedzinę nieodwracalnej specjalizacji. Wiedza postępuje, pisał, bo każdy bada coraz węższy wycinek rzeczywistości coraz dokładniej. Ale w tym procesie coś się traci: sens pytania o całość. Weberowski Fachmensch, człowiek fachowy, to ktoś, kto opanował swój fragment rzeczywistości doskonale, nie pytając, po co właściwie to robi. Nauka przestaje być powołaniem (Beruf w pełnym, niemal religijnym sensie), a staje się zawodem.

Weber nie potępiał tej przemiany jako moralnego upadku. Widział w niej smutną, ale obiektywną konieczność. Martwił go jednak duch, który tej zmianie towarzyszył: zanik pytania o sens, o miejsce wiedzy szczegółowej w szerszym obrazie rzeczywistości ludzkiej. Gdyby żył dziś, prawdopodobnie rozpoznałby w systemach parametrycznej oceny uczelni – w punktach ministerialnych, wskaźnikach Impact Factor, licznikach cytowań – instytucjonalizację swojej prognozy. Akademia stała się fabryką wskaźników. Liczy się to, co mierzalne.

Ortega i „uczony barbarzyńca”

José Ortega y Gasset szedł o krok dalej. W Buncie mas (1929) postawił diagnozę, która po niemal stu latach nie straciła nic na ostrości. Opisał nowy typ człowieka wykształconego, który pojawia się w nowoczesnym społeczeństwie naukowym: kogoś, kto zna swoją wąską dziedzinę doskonale, ale poza jej granicami jest kompletnym ignorantem i, co ważne, nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ortega nazwał go bárbaro especialista – barbarzyńcą specjalistą. Paradoks jest tu kluczowy: ten człowiek nie jest barbarzyńcą z zewnątrz cywilizacji. Jest barbarzyńcą wyhodowanym przez cywilizację, w jej sercu, przez jej własne instytucje. Jego wąska biegłość daje mu złudne poczucie bycia człowiekiem w pełni ukształtowanym intelektualnie. Potrafi pisać artykuły, posługiwać się metodologią, cytować literaturę przedmiotu. Nie potrafi jednak myśleć poza narzuconą mu ramą.

Ortega pisał o naukowcu, który jest zarazem biegły w swoim wycinku i cywilizowanym nieukiem poza nim. Wiedza bez formacji: bez filozofii, bez historii idei, bez wrażliwości na to, co leży poza specjalnością, tworzy człowieka powierzchni, który jednak jest przekonany, że dotknął głębi.

Pułapka własnej logiki

Jest w tej sytuacji pewna ironia, której nie sposób pominąć. System parametrycznej oceny nauki nie powstał wbrew akademii, powstał z jej wnętrza, jako odpowiedź na realne problemy: brak transparentności, niemożność porównywania dorobku między ośrodkami, potrzebę jakiegokolwiek kryterium odróżniającego pracę rzetelną od pozornej. Bibliometria miała być remedium na subiektywizm. Liczby miały zastąpić domysły. Impact factor, indeks Hirscha, punkty ministerialne – to wszystko narzędzia stworzone przez ludzi, którzy szczerze wierzyli, że obiektywizacja oceny jest dobrem nauki.

W polskim kontekście moment przełomowy nastąpił w 2018 roku, gdy wicepremier Jarosław Gowin przeprowadził przez Sejm tak zwaną Konstytucję dla Nauki – ustawę Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, która zastąpiła cztery wcześniejsze akty prawne i wprowadziła nowy model ewaluacji dyscyplin. Reforma Gowina miała umiędzynarodowić polską naukę i wymusić jakość przez konkurencję. Uprawnienia do nadawania stopni naukowych powiązano z kategoriami uzyskanymi w parametrycznej ocenie, punktacja czasopism stała się walutą akademicką, a publikacja w języku angielskim przepustką do awansu. Intencje były modernizacyjne, efekt uboczny – głęboki i trwały: system, który miał promować jakość, w praktyce zaczął promować ilość przeliczalną na punkty. Jak zauważył później wiceminister nauki Maciej Gdula, reforma Gowina „w zasadzie oderwała naukowców od dydaktyki; sprawiła, że relacje naukowców ze studentami przestały się liczyć, a zaczęły się liczyć tylko relacje z artykułami”.

Krytycy reformy, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, zwracali uwagę, że Konstytucja dla Nauki narzuciła akademii logikę darwinistyczną: przetrwanie najlepiej przystosowanych, gdzie przystosowanie mierzy się punktami, a selekcja odbywa się przez rankingi i kategorie. Uczelnie rywalizują o status badawczy, naukowcy o sloty publikacyjne, dyscypliny o miejsce w wykazie. Jest w tym coś z dziewiętnastowiecznego ewolucjonizmu społecznego: wiara, że wolna konkurencja jednostek nieuchronnie prowadzi do postępu gatunku. Że jeśli puścimy naukę w wyścig – dobrze zaprojektowany, z jasnymi regułami – na końcu zostanie to, co najwartościowsze.

Sam Gdula, socjolog, a zarazem wiceminister nauki w rządzie Donalda Tuska, zaproponował odmienną metaforę. W dyskusji o ewaluacji apelował, by na system nauki patrzeć nie jak na zawody sportowe, lecz jak na ekosystem, na las, który „może mieć różne funkcje: można na niego patrzeć jako na miejsce produkcji desek – ale takie patrzenie zaowocuje monokulturą, ale też można patrzeć na niego jako na miejsce wypoczynku, miejsce zbierania runa leśnego, ostoi bioróżnorodności czy edukacji”. Metafora lasu zakłada, że nauka potrzebuje różnorodności – nie tylko gatunków szczytowych, ale i podszycia, grzybni, martwego drewna – i że nie wszystko, co w niej wartościowe, da się zmierzyć wskaźnikiem cytowań.

Metafora ta spotkała się z krytyką i to z wielu stron. Jedni widzieli w niej wygodną retorykę chroniącą słabe ośrodki przed konsekwencjami oceny. Inni, zwłaszcza przedstawiciele nauk ścisłych, pytali, czy ekosystemowe myślenie o nauce nie jest po prostu rezygnacją z rozróżniania między tym, co dobre, a tym, co mierne. Las jest piękną metaforą, ale nie pisze artykułów i nie składa wniosków grantowych. Pytanie, które się z tej metafory wyłania, jest jednak trafne: czy jedyną alternatywą dla darwinistycznego wyścigu jest pozbawiona kryteriów łagodność, czy istnieje trzecia droga, w której jakość mierzy się inaczej niż punktami, ale nadal się ją mierzy?

Jest w tej asymetrii coś głębszego, co warto nazwać wprost. W sporze o kształt nauki zwolennicy podejścia parametrycznego mają do dyspozycji broń, której druga strona nie posiada: precyzję. Kto mówi o „ekosystemie”, „formacji” czy „powołaniu”, ten mówi językiem, który łatwo wykpić jako sentymentalny. Wystarczy jedno celne pytanie techniczne – o wskaźnik, o metodę, o konkretny wynik – by człowieka broniącego szerszej wizji nauki postawić w roli pięknoducha, który nie zna się na rzeczy. Filozofujący humanista, złapany na nieznajomości szczegółu statystycznego, traci wiarygodność szybciej niż technokrata, który nigdy nie przeczytał Kuhna.

Ta retoryczna asymetria ma poważne konsekwencje strukturalne. Sprawia, że głosy wzywające do namysłu nad sensem mierników, nawet gdy są merytorycznie uzasadnione, brzmią w instytucjonalnej debacie jak głosy przegranych: ludzi, którzy nie potrafili się dostosować i szukają alibi w filozofii. Tymczasem pytanie o to, po co mierzymy, jest pytaniem logicznie wcześniejszym od pytania, jak mierzymy i wymaga kompetencji, której żaden wskaźnik nie zastąpi. Ortegowski barbarzyńca specjalista rozpoznaje tu swój najskuteczniejszy odruch obronny: nie muszę rozumieć całości, skoro potrafię udowodnić, że ty nie rozumiesz mojego szczegółu.

Definiując wartość naukową przez to, co policzalne – liczbę artykułów, cytowań, jednostek w wykazie – system akademicki nieświadomie zdefiniował ją przez to, co da się wyprodukować bez rozumienia. Każda metryka jest pułapką, określa, co będzie optymalizowane, nie to, co jest naprawdę ważne. Skoro awans zależy od liczby publikacji, system nagradza produkcję publikacji. Gdy narzędzia AI umożliwiają tę produkcję na masową skalę, jest to jedynie logiczna konsekwencja wcześniejszych wyborów, konsekwencja, której ani darwinistyczny wyścig Gowina, ani ekosystemowy las Gduli nie zdołały przewidzieć.

Można powiedzieć, że technokraci nauki, ci, którzy z powołania zbudowali jej fabrykę, przygotowali swoją własną zgubę. Nie przez złe intencje, lecz przez niedocenienie tego, czego żadna metryka nie zmierzy: intelektualnej substancji, której AI nie posiada i której naśladowanie bez posiadania jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. Weberowski Fachmensch sam zaprojektował maszynę, która go zastąpi i sam ją wpuścił do gry, tworząc reguły, które grę tę umożliwiają.

(Za życzliwą lekturę, dyskusję i uwagi dziękuję Jakubowi Ryłowowi. A. Krzyż)

Wróć