logo
FA 4/2025 życie akademickie

Marek Misiak

Wyroby naukopodobne

Wyroby naukopodobne 1

Rys. Sławomir Makal

Jeśli nie da się zwalczyć zła, można przynajmniej nie być jego częścią. Inaczej faktycznie możemy dojść do etapu nauki-zombie, gdy jedne fałszywe artkuły będą cytować głównie inne fałszywki.

Jako redaktor czasopisma naukowego otrzymuję czasem dziwne wiadomości: propozycje zakupu czasopisma przez podmioty podające tylko skrytkę pocztową w Singapurze, zaproszenia do publikowania w czasopismach naukowych (choć nie jestem naukowcem), propozycje recenzowania artykułów innych badaczy, a niekiedy nawet propozycje członkostwa w radzie naukowej jakiegoś periodyku. Takie e-maile to jak spojrzenie na drugą stronę lustra – świata szemranych „czasopism naukowych” współpracujących z „recenzentami”, którzy nie mają podstawowych kompetencji do pełnienia tej roli, i publikujących (za sowitą opłatą) „artykuły naukowe”, które z nauką są powiązane tylko dzięki użyciu tego przymiotnika. Momentami przypomina to kult cargo: mieszkańcy kilku wysp na Pacyfiku po II wojnie światowej zaczęli budować „lotniska” i „wieże kontrolne”, a nawet „samoloty” z drewna i trawy, odtwarzając czynności, które na ich oczach wykonywali kiedyś żołnierze, i oczekując, że sprawi to, iż znów przylecą stalowe ptaki i przywiozą wspaniałe, zbawcze dobra. Podobnie wielu „wydawców” wyraźnie liczy na to, że samo żonglowanie przymiotnikiem „naukowy” w różnych kontekstach pozwoli im na oszustwa kosztem prawdziwej nauki.

Jednak prawdziwy surrealizm zaczyna się po odejściu od komputera. Ci, którzy faktycznie nie mają żadnych hamulców, kontaktują się za pomocą komunikatorów internetowych, szczególnie WhatsAppa (choć zdarza się też Messenger i Telegram). Często posługują się nieporadnym angielskim – typowa pierwsza wiadomość to „Hello, Editor”. Potem następuje zazwyczaj od razu konkretna propozycja, na przykład: „Mam 50 artykułów naukowych, czy mógłbym je opublikować w twoim czasopiśmie?”. Zawsze zadaję sobie wówczas jedno pytanie: Co to znaczy w tym kontekście „mam”? Sam je napisałem? Inni je napisali i mi przekazali? A może wytworzono je ze znalezionych już w sieci innych publikacji i z pomocą sztucznej inteligencji, a teraz ich autorstwo będzie przedmiotem handlu? Gdy odmawiam „współpracy”, zawsze rozpoczyna się kuszenie: „Mogę dać ci pieniądze”, względnie nieco konkretniejsze: „Możemy podzielić się zyskami”. Paradoksalnie, gdy wskazuję, że to korupcja, zaczyna się wyjaśnianie, że to przecież rozwój nauki, a równolegle makiaweliczne przekonywanie, że to godziwy zarobek (czy nie chcę zapewnić lepszego bytu rodzinie?). Gdy zaczynam drążyć merytorycznie – dopytuję, kto jest autorem tych tekstów czy jak to się stało, że rozmówca je „ma” – kontakt szybko się urywa, czasem nawet bez pożegnania. I tak jest nawet lepiej, zdarza się (całe szczęście rzadko) że odpowiedzią na odmowę lub wytknięcie korupcyjnego charakteru propozycji jest stek mało wyrafinowanych obelg, a czasem wręcz groźby (których nie traktuję poważnie). Z mojego punktu widzenia z tego wszystkiego płynie jeden wniosek: granica między papierniami (paper mills) a zwykłym kryminałem jest mocno zatarta.

Reguły odsiewu

Gdy przyjrzeć się dyskusji o papierniach w polskiej przestrzeni medialnej, można odnieść wrażenie, że przedstawiciele władz wielu rodzimych uczelni jeszcze kilka miesięcy temu nie mieli pojęcia, że taki proceder w ogóle istnieje. Z punktu widzenia redaktora czasopisma naukowego od co najmniej kilku lat jest to sprawa oczywista, pytanie nie brzmi: czy do czasopism, dla których pracuję, przychodzą artykuły o takiej proweniencji, tylko jak je odsiewać. Gdy w krótkim przedziale czasowym, np. kilku dni, do redakcji nadsyłanych jest kilka artykułów napisanych przez badaczy z zupełnie różnych ośrodków, ale na podobne tematy i sprawiających pod względem sformatowania i stylu wrażenie, jakby wyszły spod tej samej ręki, każdemu zawodowcowi zapali się czerwona lampka. Redaktor nie jest w stanie wychwycić takich prac sam. Całe szczęście profesjonalnie prowadzone czasopismo naukowe jest strukturą, której redaktor stanowi część, i właśnie ta struktura jest w stanie do pewnego stopnia bronić się przed artykułami kupionymi, a nie stworzonymi samodzielnie. Struktura broni się za pomocą egzekwowania reguł, większość z nich stworzono, zanim pojawiły się paper mills.

Zacząć można od kwestii tak banalnej, że stosunkowo rzadko poruszanej: adresy e-mail. Sam fakt, że autorzy posługują się adresami niepowiązanymi nie tylko z żadną instytucją, na której są afiliowani, ale nawet z żadną konkretną osobą (tzn. stanowiącymi ciąg cyfr lub liter i cyfr, a domena ma ogólny charakter, np. @126.com), już powinien wzbudzić podejrzenia. Może być bowiem tak, że adres ten sprawdza nie żaden z autorów (który może nawet nie mieć do niego dostępu), ale przedstawiciel papierni. Warto wziąć pod uwagę, że w niektórych krajach (przede wszystkim w Chinach) cenzura internetu powoduje, że z wielu tamtejszych serwerów pocztowych nie można wysyłać maili za granicę, ale nie uzasadnia to posługiwania się adresami niezawierającymi imienia i nazwiska, i ewidentnie generowanymi losowo. Natomiast tego typu adresy e-mail (lub w ogóle adresy inne niż instytucjonalne) u sugerowanych recenzentów to jeszcze poważniejszy problem – znane są przypadki wskazywania jako „recenzentów” osób niemających pojęcia, że zostali wskazani (lub nawet nieistniejących) i zakładania dla nich fałszywych adresów, które w rzeczywistości sprawdzają sami autorzy lub pracownicy papierni. Oczywiście bywa też tak, że zakładane są adresy przypominające jedynie te jakiejś instytucji naukowej, zwłaszcza w przypadku mniej znanych uczelni czy placówek badawczych takie oszustwo może pozostać niewykryte. Czasem mam wrażenie – to tylko luźny pomysł – że bazową procedurą po otrzymaniu manuskryptu przez redakcję powinien być kontakt z instytucjami wymienionymi w afiliacjach w celu weryfikacji, czy autorzy faktycznie tam pracują. Jest tylko jeden problem – wiele uczelni i innych podmiotów, szczególnie z Dalekiego i Bliskiego Wschodu, po prostu nie odpisuje.

Drugim „sitem” z punktu widzenia redaktora są omawiane już obszernie w tym cyklu wymogi wstępne. W skrócie: dotyczą one sposobu sformatowania artykułu, czyli np. obecności bądź braku strony tytułowej, nadsyłania tabel, rycin i listy piśmiennictwa jako osobnych plików bądź wklejania ich do artykułu, ale też kwestii wymagających nieco więcej pracy, jak np. modelu piśmiennictwa (system oksfordzki lub harwardzki), sposobu sformatowania pozycji na liście piśmiennictwa (system AMA, APA itd.) czy wreszcie struktury samego artykułu, np. wymogu osobnych sekcji opisujących cele czy ograniczenia (limitations) pracy. Zdarza się, że autorzy (lub „autorzy”) nie wykazują najmniejszej chęci dostosowania manuskryptu do zasad przedstawionych w instrukcji przygotowania tekstu umieszczonej na stronie WWW danego czasopisma. Może to wynikać z faktu, że ze względu na wspomnianą już cenzurę internetu w niektórych krajach nie są w stanie nawet wejść na tę stronę (ten problem można obejść poprzez wymianę PDF-ów z instrukcjami via e-mail), ale też z tego, że wysłali manuskrypt do większej liczby czasopism jednocześnie (czego regulaminy większości periodyków zabraniają) i „wygrywa” ten, kto najszybciej przeprowadzi proces recenzji. Jeśli „autorzy” kupili manuskrypt w fabryce artykułów, ale potem radzą już sobie sami, na ogół będą w stanie spełnić te wymogi (to raczej kwestia motywacji). Jeśli natomiast z redakcją tak naprawdę kontaktuje się papiernia (udająca jedynie „autora do korespondencji”), szansa na to, że czasopismo realnie egzekwujące wymogi zostanie potraktowane jako źródło zysku, spada (chyba że ma bardzo wysoki impact factor).

Bezczelni i sprytni

Trzecią i zdecydowanie skuteczniejszą metodą odsiewu jest żądanie udostępnienia zarówno recenzentom, jak i potem czytelnikom surowych danych uzyskanych podczas prac badawczych. Z reguły należy je zdeponować w publicznym repozytorium, a w manuskrypcie lub systemie używanym do zgłaszania artykułów umieścić odpowiedni link. Artykuły oferowane przez papiernie w zdecydowanej większości nie są pokłosiem realnej pracy naukowej, ale zawierają sfabrykowane zarówno dane, jak i wnioski oraz ryciny (obecnie odbywa się to z wydatnym wykorzystaniem sztucznej inteligencji), ponieważ taki materiał jest przygotowywany nie przez naukowców, a pracowników danego paper mill. W wielu sytuacjach może zatem nie być żadnych danych, które można by ujawnić. Wymóg ten można jednak próbować obejść na trzy sposoby. Po pierwsze (dotyczy to prac z obszaru medycyny), jeśli sfingowane badania zostały rzekomo przeprowadzone na pacjentach, zawsze można próbować zasłaniać się tym, że wobec braku zgody fikcyjnych „pacjentów” czy niemożność anonimizacji danych nie można ujawnić tych ostatnich ze względów etycznych. Da się to wykryć poprzez kontakt z instytucjami podanymi jako afiliacje autorów, o ile oczywiście ktokolwiek po drugiej stronie wykaże wolę współpracy. Po drugie, skoro powstają (i to w hurtowych ilościach) fałszywe publikacje naukowe, zawsze można też sfabrykować dane na wskazany temat, a nawet we wskazanym formacie. To rzecz jasna może wykryć recenzent, ale wyłącznie przy założeniu, że pracuje na tyle dokładnie, by nie tylko zajrzeć do udostępnionych danych, ale też zweryfikować ich prawdziwość (może być bowiem tak, że dane są powiązane z tekstem, ale nie są powiązane z rzeczywistością, gdyż zostały wygenerowane, a nie uzyskane z badań).

Czwarte „sito” wchodzi już po przyjęciu manuskryptu do recenzji. Jedną z taktyk stosowaną przez papiernie jest zgłaszanie artykułu z fikcyjnymi autorami (i afiliacjami), a jeśli przejdzie on do dalszych etapów oceny – sprzedawanie „slotów autorskich” prawdziwym już osobom; po sprzedaży „autor do korespondencji” prosi redakcję o zmianę składu autorskiego. W wersji bardziej bezczelnej chodzi wówczas o podmianę wszystkich autorów na innych (sam zetknąłem się z argumentacją, że wszyscy pierwotni autorzy są „zakażeni COVID-em”, tak jakby sprawiało to, że może ich na etapie recenzji zastąpić ktoś zupełnie inny), w wersji „sprytnej” – dodanie np. trzech realnie istniejących „nowych autorów” (z których w dodatku jeden ma się stać pierwszym autorem) do dwóch już istniejących, a w rzeczywistości wirtualnych „autorów”. Próba takiej zmiany może nastąpić albo po uzyskaniu obiecujących wyników pierwszej rundy recenzji, albo po zaakceptowaniu artykułu do druku; w tej drugiej wersji nawet na etapie podpisywania umów licencyjnych lub nawet dopiero podczas korekty autorskiej. Tu uzasadnienia są banalniejsze, że ktoś zapomniał albo że zmieniły się jakieś bliżej nieokreślone zasady w macierzystej jednostce „autorów”. Redakcje bronią się przed tym, ograniczając możliwość zmiany autorów. W czasopismach, dla których pracuję, modyfikacje po przyjęciu manuskryptu do druku w ogóle nie są dozwolone (niebezpieczeństwo nadużyć, nie tylko ze strony paper mills, jest po prostu zbyt duże), a zmiana podczas recenzji lub nawet tylko po wstępnej weryfikacji wymaga podpisanej zgody wszystkich współautorów; jeśli zmiana obejmuje dodanie lub usunięcie więcej niż jednej osoby, często żądamy dodatkowych wyjaśnień. Taki dokument z podpisami oczywiście również można sfałszować, ale doświadczenie uczy, że każdy dodatkowy wymóg i każda dodatkowa praca zwiększa prawdopodobieństwo, że oszuści zniechęcą się i wycofają pracę.

Nauka-zombie

Najważniejszą metodą odsiewu jest rzecz jasna po prostu staranny proces peer review, wnikliwy specjalista ma największą szansę zorientować się, że artykuł nie opiera się na realnych danych i nie prezentuje realnych odkryć. Jeśli zada właściwe pytania w tekście recenzji, nawet doświadczona papiernia czy sprytni prawdziwi badacze, którzy kupili autorstwo w paper mill, mogą nie być w stanie zamydlić takiemu recenzentowi oczu. Jest też szansa, że papiernicy polegną w starciu z poważnie traktującym swoją pracę redaktorem statystycznym, gdyż nie będą w stanie przekonująco wyjaśnić, dlaczego np. zastosowali dane metody. Jestem jednak niestety świadom, że kryzys peer review polega nie tylko na problemie ze znalezieniem recenzentów, ale także na przeciążeniu pracą badaczy angażujących się w tę z reguły darmową pracę, czego rezultatem są recenzje powierzchowne i niestaranne. Ponieważ chcę omawiać kwestię odsiewania artykułów wytworzonych w paper mills wyłącznie z perspektywy redaktora, pozwolę sobie nie rozwijać tego wątku (mimo jego wagi).

Na koniec warto podkreślić jedno: omawiane metody pozwalają – i to tylko do pewnego, niemożliwego do określenia stopnia – uchronić przed zalaniem wyrobami naukopodobnymi pojedyncze czasopisma. Nie wpływają natomiast w żaden sposób na model biznesowy ani możliwości działania papierni jako takich. Z wielu komentarzy w debacie o papierniach wyziera przede wszystkim zgorzknienie i defetyzm, że to i tak nic nie da. Ujmę to tak: jeśli nie da się zwalczyć zła, można przynajmniej nie być jego częścią. Jeśli wszyscy opuszczą ręce, patologia na pewno zwycięży, jeśli nie – będzie miała wpływ na część publikowania naukowego, ale nie na całość i nie stanie się normą. Inaczej faktycznie możemy dojść do etapu nauki-zombie, gdy jedne fałszywe artkuły będą cytować głównie inne fałszywki. I wytworzy się zamknięty obieg kultu cargo udającego naukę.

Wróć