Grzegorz Wołk

Leszek Moczulski (z prawej) i Romuald Szeremietiew (z lewej) podczas procesu przywódców KPN, wrzesień 1982 r. Fot. PAP/W. Kryński Źródło: dzieje.pl
Dynamiczne zmiany sytuacji międzynarodowej, w tym konflikty zbrojne, takie jak wojna na Ukrainie, skupiają zainteresowanie badaczy oraz czytelników na war studies. Historia pokojowych ruchów politycznych, dążących do bezkrwawych rewolucji, ma wciąż wiele do zaoferowania, staram się to udowodnić w mojej książce. Uważam, że fenomen opozycji antysystemowej funkcjonującej w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wart jest dalszej refleksji i pogłębionych badań. Sama książka przybliża historię Konfederacji Polski Niepodległej, jednej z najbardziej interesujących i wyrazistych grup opozycji demokratycznej schyłkowego PRL-u.
KPN niezaprzeczalnie kojarzy się z postacią jej wieloletniego, zmarłego w 2024 r. lidera, Leszka Moczulskiego. W pierwszych latach III Rzeczpospolitej był on jednym z najciekawszych i obiecujących polityków prawicy oraz kandydatem w wyborach prezydenckich w 1990 r. Odwołujący się do tradycji piłsudczykowskich i spuścizny politycznej II Rzeczpospolitej, zasłynął m.in. wystąpieniem parlamentarnym z lutego 1992 r., w którym skrót PZPR rozwinął jako „Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji”. W 1996 r. jeden z jego najbliższych współpracowników dokonał jednak frondy skutkującej rozpadem KPN. Historia tej partii od samego początku toczyła się w cieniu konfliktów i rozłamów, takich jak ten w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, od którego rozpoczęła się historia KPN. Moczulski wraz z Andrzejem Czumą początkowo stanowili współpracujący duet liderów ROPCiO, jednak konflikt między nimi doprowadził do poważnego kryzysu, a następnie rozłamu i w konsekwencji założenia przez stronników Moczulskiego we wrześniu 1979 r. KPN.
W kolejnych latach w ugrupowaniu nie było lepiej. W 1984 r. jego szeregi opuścili stronnicy Romualda Szeremietiewa i Tadeusza Stańskiego. W okresie transformacji ustrojowej odeszła kolejna grupa. Iście spektakularne wydarzenia towarzyszyły kolejnej frondzie w 1994 r. Niemal zawsze rozłamowcami kierowały pretensje do Moczulskiego. Chodziło o styl sprawowania władzy. Problemem był także brak wewnętrznych mechanizmów umożliwiających osiąganie kompromisów. Konfederacja była bowiem klasyczną partią wodzowską. Moczulskiego powszechnie określano tym mianem, a w ugrupowaniu panował niemal kult przewodniczącego. To on jednoosobowo podejmował decyzje, a osoby, które się do nich nie dostosowywały, przestawały być członkami obozu moczulszczykowskiego i musiały opuścić partię. Historia KPN egzemplifikuje wyniki badań teoretycznych mówiących o tym, że w partiach wodzowskich to lider tworzy mit istotny dla tego środowiska i to on jest źródłem wyznawanego zbioru poglądów, które nie muszą się mieścić na klasycznej politologicznej osi lewica-centrum-prawica.
27 kwietnia 1987 r. w Białym Domu miało miejsce spotkanie ówczesnego wiceprezydenta USA z raczej mało rozpoznawalnym poza Polską „dysydentem”, przewodniczącym Konfederacji Polski Niepodległej Leszkiem Moczulskim. Będący pod wrażeniem rozmówcy George Bush przedłużył je poza wyznaczony czas, chcąc poznać opinię lidera KPN o sytuacji w bloku wschodnim. Wręczone wówczas przez Moczulskiego memoranda dotyczyły możliwości emancypacji Polski spod sowieckiej kurateli oraz polityki, jaką zdaniem lidera KPN Stany Zjednoczone powinny prowadzić wobec ZSRS.
Spotkanie stanowiło niewątpliwy sukces KPN. Nie został on jednak zagospodarowany tak, jak słynna przemowa Lecha Wałęsy przed amerykańskim Kongresem, która miała miejsce dwa i pół roku później. Pierwsze wydarzenie jest niemal nieznane. Drugie stało się jednym z symboli sukcesu transformacji ustrojowej, emblematycznym obrazem pokazującym, że Polska przeniosła się w zupełnie inne miejsce geopolitycznej mapy. Owszem, wystąpienie przed połączonymi Izbami miało znacznie wyższą rangę niż kilkanaście minut rozmowy z wiceprezydentem. Problem w tym, że wizyta Moczulskiego w opracowaniach na temat opozycji w PRL bywa niedostrzegana. Gdy kilka miesięcy po rozmowie w Białym Domu Bush odwiedzał Polskę, Moczulski udawał chorego, by wybrnąć z nieręcznej sytuacji, jaką było pominięcie go na liście zaproszonych przez Busha na nieoficjalny obiad opozycjonistów. Amerykańska dyplomacja uznała, że lepiej spotykać się z mniej radykalnym, a także mocniej osadzonym w ruchu solidarnościowym skrzydłem opozycji. Jest to jeden z wielu przykładów, jak dynamicznie zmieniają się wektory polityki międzynarodowej.
Mimo późniejszych wydarzeń, dla KPN był to jeden z największych sukcesów w jej historii. „Idziemy od porażki do porażki, ale dzięki nim zbliżamy się do celu, czyli Polski Niepodległej” – twierdził w czerwcu 1990 r. Moczulski. Przemawiał do blisko czterystu konfederatów zgromadzonych na ogólnokrajowej naradzie. Gdy przed Grobem Nieznanego Żołnierza odczytywano akt założycielski KPN, skłonnych go podpisać było zaledwie kilkadziesiąt osób. Z kolei w samym tylko 1990 r. liczebność partii szacowano na 20 tysięcy członków. KPN miała wszelkie atuty, by liczyć na odegranie znaczącej roli w historii III Rzeczpospolitej. Tak się jednak nie stało i główną jej zasługą pozostaje pozytywna rola w walce z reżimem PRL.

Leszek Moczulski w Białym Domu w czasie spotkania z wiceprezydentem USA George’em Bushem 27 kwietnia 1987 roku. Pierwszy z lewej – Marek Ruszczyński. Źródło: Wikipedia
Środowiska opozycyjne funkcjonujące w PRL łączył sprzeciw wobec antydemokratycznych działań władz, różniła natomiast recepta na poprawę sytuacji politycznej. Radykałowie marzyli o upadku całego bloku wschodniego i odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Z kolei racjonaliści działali na rzecz poszerzenia sfer wolności, co także podmywało fundamenty ustroju. Wszyscy zaś honorowali demokratyczne reguły gry.
Konfederacja Polski Niepodległej była jednym z radykalnych „ruchów wolnościowych”. W sferze werbalnej głosiła hasła upadku PRL i likwidacji PZPR. Określam ich mianem „szaleńców niepodległości”, gdyż o upadku PRL mówili i pisali otwarcie od chwili powstania organizacji. Aby konsekwentnie od 1979 r. domagać się pełnej niepodległości, trzeba było mieć w sobie coś z politycznego „szaleńca”: zuchwałość, nakazującą ignorować geopolityczne realia i wierzyć w upadek systemu jałtańskiego. Konfederaci wymienione cechy bez wątpienia posiadali.
Radykalizm celów strategicznych KPN potrafiła łączyć z racjonalną taktyką działania. Już na starcie jej liderzy podjęli decyzję o rezygnacji z przemocowych form aktywności. Dziś wydaje się to oczywiste, bo podobną drogę obrała chociażby „Solidarność”, a wysyp pokojowych rewolucji u schyłku XX wieku przyzwyczaił do postrzegania ich w kategoriach powszechnego modelu demokratycznej tranzycji władzy. Jednak jest to spojrzenie falsyfikujące ówczesne realia. W Europie lat 70. i 80. powszechnie funkcjonowały ruchy polityczne stosujące terroryzm jako środek do osiągnięcia celów politycznych. Baskijska ETA, irlandzka IRA czy działająca w RFN Frakcja Czerwonej Armii pokazywały, że terror może być pełnoprawnym środkiem politycznym. Polska opozycja wybrała drogę non violence. Sama KPN zaczerpnęła z taktyki IRA jedynie prowadzenie protestów głodowych, które miały wymusić na władzach ustępstwa polityczne. Wzorowano się w tym przypadku na dramatycznym proteście Roberta Sandsa w więzieniu w Maze. Był to jeden z niewielu przykładów, gdy czerpano z doświadczeń zagranicznych ruchów politycznych. Częściej sięgano bowiem do historycznych doświadczeń polskich niepodległościowców, wzorując się przede wszystkim na Józefie Piłsudskim.
KPN była wyjątkowa na opozycyjnej mapie, nie tylko w PRL, ale także na tle całego bloku wschodniego. Jej działacze szczycili się tym, że byli pierwszą w pełni niezależną od komunistów partią polityczną od czasów pacyfikacji powojennego Polskiego Stronnictwa Ludowego Stanisława Mikołajczyka (i podobnych ugrupowań w krajach opanowanych po II wojnie światowej przez Stalina). KPN aspirowała do władzy, respektując demokratyczne reguły, co w kraju fasadowej demokracji PRL było wyzwaniem. Od samego początku dokumenty ideowe i organizacyjne były jawne. W marcu 1980 r. członkowie partii bezskutecznie starali się zgłosić własnych kandydatów w wyborach do Sejmu PRL. W latach 80. kilkakrotnie zwoływano kongresy partyjne. W odpowiedzi na transparentnie prowadzoną aktywność polityczną KPN spotykała się z represjami ze strony Służby Bezpieczeństwa. W czasie solidarnościowej rewolucji oskarżono ją o terroryzm i próbę siłowego obalenia ustroju, za co groziła kara śmierci. Konfederaci przyłapani na drukowaniu niezależnych od cenzury pism lub uczestnictwie w nielegalnych manifestacjach byli często aresztowani, zwalniani z pracy, a także narażeni na przemoc fizyczną.
Przy okazji wytoczonych przywódcom KPN dwóch procesów politycznych (pierwszy w latach 1980-1982, drugi w 1985 r.) władze konsekwentnie odmawiały uznania jej za partię polityczną. Sędziowie powoływali się przy tym na zapisy konstytucji PRL, ignorując nadal obowiązujący w kraju okólnik z 1932 r., który stanowił, że partie nie wymagają rejestracji. Można to uznać za prawniczą kazuistykę bez realnego wpływu na politykę, jednak stanowi to jeden z wielu przykładów modus operandi KPN. Skoro komunistyczne prawo formalnie nie zabraniało tworzenia partii politycznej, postanowili ją utworzyć. Skoro komuniści twierdzili, że wybory są wolne, to podjęli próbę startu w nich. Odzierali w ten sposób rządzący reżim z pozorów legalizmu. Przez całą dekadę lat 80. czynili to konsekwentnie. W trakcie rozpraw toczących się w 1981 r. demonstracyjnie ignorowali jednego z prokuratorów, gdyż ten, będąc członkiem PZPR, działał ich zdaniem w konkurencyjnej partii. Taka zuchwałość nie byłaby możliwa w stalinizmie ani w trakcie rządów Władysława Gomułki, ale już w ogarniętej solidarnościową rewolucją Polsce stała się faktem.

Gdy rozpoczynałem badania nad historią KPN, jeden z przedstawicieli środowiska naukowego zadał mi pytanie, czy nie uważam, że jest na nie zbyt wcześnie. Odpowiedziałem, że wręcz przeciwnie, ponieważ z jednej strony otwarte są archiwa tajnych służb, a z drugiej wciąż żyją bezpośredni uczestnicy opisywanych wydarzeń, co pozwala na komplementarne spojrzenie na temat. Był rok 2008, a stan badań nad dziejami różnych grup opozycyjnych funkcjonujących w okresie PRL pozostawiał wiele do życzenia. Nie spodziewałem się jednak, że badana tematyka okaże się tak dużym wyzwaniem, a zamiast zaplanowanych badań o charakterze interdyscyplinarnym i porównawczym priorytetem okaże się odtworzenie podstawowej faktografii. Pamięć o KPN została bowiem – głównie przez jej twórców – mocno zmitologizowana.
Presja wywierana na badaczy historii żywej, czyli takiej, gdy wciąż w przestrzeni publicznej funkcjonują jej bohaterowie lub strażnicy pozytywnej pamięci o nich, to jedno z wyzwań, do których najtrudniej się badaczom profesjonalnie przygotować. Jednocześnie jest to element warsztatu, kluczowy dla całościowej oceny dzieła. Książki „autoryzowane”, które dostosowują się do środowiskowych oczekiwań, nie stanowią wartości dodatniej dla polskiej humanistyki.
Dużym wyzwaniem okazało się rozproszenie materiałów archiwalnych oraz nieoczywiste miejsca ich składowania. Problemem nie było jedynie zgromadzenie kluczowych źródeł z archiwów lokalnych, jak w przypadku cennych dokumentów dotyczących startu KPN w wyborach czerwcowych, znajdujących się w tarnowskim oddziale Archiwum Narodowego w Krakowie, co również uzyskanie dostępu do prywatnych kolekcji ludzi z opisywanego środowiska. Największym zaskoczeniem okazał się fakt przechowywania archiwum partyjnego KPN z lat 1979-1981 w archiwum Uniwersytetu Stanforda. Zostało tam przekazane już w latach 90., co rodzi pytanie o stan ochrony narodowej spuścizny archiwalnej.
Podstawowe zespoły archiwalne, na których oparto badania, znajdują się w archiwach IPN, w materiałach po nieistniejącej Służbie Bezpieczeństwa. Badającego te archiwa uderza pozorna obfitość materiału. W przypadku KPN mamy do czynienia z aktami dwóch dużych śledztw (łącznie 76 tomów) oraz aktami operacyjnymi z prowadzonej inwigilacji. Główna sprawa przeciwko KPN, o kryptonimie „Oszuści”, liczy 10 tomów, a osobna, dotycząca Moczulskiego, to kolejne 21. O ile akta śledztw są zachowane w komplecie i stanowią bezcenne źródło historyczne, to już akta operacyjne są poważnie przetrzebione. Pierwotnie musiały być co najmniej kilkakrotnie obszerniejsze, brak w nich jest także szeregu doniesień tajnych współpracowników, których odpisy można niekiedy znaleźć w innych teczkach. To kwestia ważna, bowiem każe ostrożnie stawiać hipotezy badawcze na temat skali inwigilacji opozycji z lat 80. I w tym kontekście refleksja najważniejsza: same „teczki” to źródło drugorzędne do badania polityki władz wobec opozycji. Ta bowiem tworzona była w kierownictwie MSW czy wręcz na poziomie Biura Politycznego KC PZPR, a akt z narad tych gremiów zachowało się niewiele.
Bez akt SB nie można rzetelnie opisać dziejów opozycji w PRL, warto jednak zachęcić badaczy i badaczki, by rozpatrywali ten problem z nowych perspektyw, np. korzystając z badań teoretycznych relatywnie nowej gałęzi nauki, jaką są nauki o bezpieczeństwie. Od czasów otworzenia esbeckich archiwów przeważały bowiem analizy zawartości poszczególnych teczek, badano szersze problemy na podstawie jednostkowych spraw. Często owe publikacje pełniły funkcję lustracyjną, ujawniając przypadki tajnych współpracowników w kręgach opozycji. Pomimo tych zastrzeżeń owe badania cząstkowe odegrały pozytywną rolę w rozwoju zainteresowania działalnością opozycji. Obecnie jednak warto ten problem analizować głębiej i interdyscyplinarnie. Szaleńcy niepodległości są jedną z pierwszych książek, w których tak szeroko analizowana jest m.in. kwestia całościowej taktyki stosowanej przez SB wobec grup opozycyjnych i ewolucji tych działań.
Historia KPN została poddana wspominanemu już procesowi mitologizacji, którego celem było zapewne uwiarygodnienie samej partii w kręgach potencjalnych zwolenników. Sam Moczulski jest autorem koncepcji nurtu niepodległościowego (nn), konspiracyjnej organizacji niepodległościowej sięgającej korzeniami XIX wieku, z której wyrastać miała KPN, a on sam miał od lat 50. uczestniczyć w pracach owego gremium, by w kolejnych latach stanąć na jego czele. Źródeł historycznych na ten temat brak, co nie przeszkadzało liderom KPN budować – głównie na potrzeby werbunku nowych członków – narrację o długim trwaniu nurtu niepodległościowego.
Innym zjawiskiem, będącym dziełem przeciwników i rywali KPN, był proces demonizowania tej organizacji. Zdarzało się, że konkurencyjne środowiska opozycyjne zarzucały Konfederacji bycie esbecką prowokacją, a także antysemityzm, brak realizmu, pieniactwo i wewnętrzne rozbijanie opozycji. W świetle opublikowanych wyników badań skala „czarnej legendy” jest wręcz zaskakująca. Czerpiąc z tradycji piłsudczykowskiej, KPN stworzyła jeden z najciekawszych i przemyślanych programów politycznych w gronie ówczesnej opozycji. Dojrzały program i racjonalne decyzje w zmieniających się realiach politycznych to także cechy, które stoją w sprzeczności z negatywnym wizerunkiem, jakim przez lata cieszyła się w powszechnym odbiorze. „Nazywali nas partią szczeniaków i szaleńców” – stwierdził w marcu 1992 r. Krzysztof Król, osoba numer dwa w partii, a prywatnie zięć Moczulskiego. Mówił to w szczycie popularności partii, która posiadała 51 posłów i – jak pokazały kolejne lata – bezskutecznie aspirowała do miana największej siły centroprawicowej polskiego parlamentu.
Dzieje Konfederacji Polski Niepodległej to historia niepodległościowych dążeń Polaków żyjących w schyłkowym PRL, skomplikowanych uwarunkowań wewnętrznych polskiej opozycji, a także ponadczasowości pewnych szkół politycznego myślenia. To także historia buntu przeciwko niedemokratycznemu reżimowi, który udało się zmienić. Wreszcie, to opowieść o zmarnowanym potencjale politycznym. Mowa bowiem o partii, która w wyborach 1991 r. uzyskała więcej mandatów niż ugrupowania kierowane przez Donalda Tuska czy Jarosława Kaczyńskiego, by kilka lat później zupełnie zniknąć ze sceny politycznej.
Dr Grzegorz Wołk, Biuro Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej