Marek Kosmulski

W cieniu awantury o Chłopki chciałbym poruszyć pokrewny temat: relacje między autorem i wydawcą w odniesieniu do monografii naukowych, skryptów i specjalistycznych publikacji popularnonaukowych (w odróżnieniu od wysokonakładowych książek, które można kupić w standardowej księgarni). Jest wiele różnic między typowymi książkami pisanymi przez naukowców, a np. beletrystyką, przewodnikiem turystycznym czy książką kucharską. Grono potencjalnych czytelników ogranicza się do kilkuset, a w najlepszym razie do paru tysięcy osób. Dlatego też nakłady są na poziomie 50-100 egz. Strategie marketingowe użyteczne w promocji standardowych książek nie mają zastosowania do publikacji naukowych.
W związku z powyższym autorzy:
Z punktu widzenia łowcy ministerialnych punktów, publikowanie monografii jest absurdem, gdyż znacznie mniejszym nakładem sił można uzyskać te punkty publikując artykuły w czasopismach. Niemniej, nie samymi punktami człowiek żyje. W latach 1990-2022 opublikowałem w Polsce pół tuzina książek. Mam też doświadczenia (pozytywne) z publikowaniem w wydawnictwach Marcel Dekker i CRC, i stąd biorą się wysokie oczekiwania pod adresem krajowych wydawców. Moje główne zastrzeżenia do polskich wydawców, z którymi bardziej lub mniej skutecznie próbowałem współpracować, to:
Chociaż zapewne istnieją pozytywne wyjątki, te doświadczenia są raczej typowe, gdyż potwierdzają je inni autorzy publikujący u innych wydawców. Z roku na rok jest coraz gorzej, co niezbyt dobrze wróży na przyszłość. Na przełomie lat 2024/25 przy próbie wydania kolejnej książki miarka się przebrała i po stracie kilku miesięcy na bezowocne negocjacje z wydawcami postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce. Rejestracja wydawcy w Bibliotece Narodowej jest bajecznie prosta, tzn. nie wymaga żadnej szczególnej wiedzy, wiele czasu ani nakładów finansowych. Po 2 dniach roboczych wydawca dostaje do wykorzystania 10 numerów ISBN. Przypisanie numeru ISBN do książki i wypełnienie stosownego formularza zajmuje 15 minut i w razie potrzeby można ten rekord poprawiać do skutku. Skład komputerowy książki za pomocą pakietu Libre Office zajął mi 3 dni. Podobne funkcjonalności są dostępne w MS Word i w innych edytorach tekstu. Robiłem to po raz pierwszy w życiu i z obecnymi doświadczeniami zapewne zrobiłbym to szybciej. Projekt okładki to kolejne 2 dni i 20 próbnych wydruków. Ostatecznie drukarnia zakwestionowała mój projekt i za skromną opłatą dostosowała go do swoich standardów. Wybór drukarni zajął mi tydzień, przy czym nie kierowałem się najniższą ceną, lecz stosunkiem ceny do jakości. Ostatecznie od zerwania pertraktacji z ostatnim potencjalnym wydawcą do odebrania wydrukowanych książek z drukarni minęły równo 3 tygodnie. Wydanie 100 egz. 165-stronicowej książki w formacie A5 (od ostatecznego manuskryptu do wydruku) kosztowało niecałe 1600 złotych brutto, wliczając w to usługi grafika z drukarni. Wydawnictwa żądały 5-10 tysięcy.
Na podstawie jednostkowego doświadczenia gorąco polecam takie rozwiązanie wszystkim autorom, nie tylko naukowcom, którzy mają równie przykre doświadczenia z krajowymi wydawcami. Wyżej opisany proces można zmodyfikować zlecając skład komputerowy i projekt okładki wykwalifikowanej osobie. Zapewne wykonawca zaangażowany bezpośrednio przez autora będzie lepszy i tańszy niż ten narzucony przez wydawnictwo. Wydawcom nie spodoba się ten tekst. Współczuję im rosnących kosztów i spadku zainteresowania kupnem książek, ale konsekwencji tych zjawisk nie mogą po prostu przerzucić na autorów. Powinni też zrozumieć, że zapewnienie wydawcom dobrostanu nie jest zadaniem autorów, zwłaszcza jeżeli ci wydawcy nie spełniają ich oczekiwań.
Wróć