Sebastian Kołodziejczyk
W tym tekście twierdzę, że ewaluacja nie tylko nie działa, ale i nie zadziała, mimo dobrej woli oraz możliwych modyfikacji. Co więcej, nie są temu winne ani lista czasopism i wydawnictw, ani też proporcje między poszczególnymi składowymi oceny. Co do zasady ta ocena została zaprojektowana błędnie i przynosi oraz będzie przynosić błędne rezultaty. W tej sytuacji zamiast pudrować trupa, należałoby niezwłocznie odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań, a następnie zbudować model, który będzie adekwatny do udzielonych (szczerze) odpowiedzi. Pozwolę sobie najpierw przedstawić faktyczne podstawy degeneracji systemu oceny, który nie spełnia trzech zasadniczych cnót: rozsądku, prostoty i transparentności. Zacznę jednak od prowokacji.
Afera Collegium Humanum, dla wielu kwintesencja akademickiej i politycznej degrengolady, mimo że wydaje się bardzo daleka od systemu ewaluacji, znakomicie ilustruje, z czym tak naprawdę się mierzymy. Nie są to bynajmniej uczciwość, standardy naukowe i dydaktyczne, nawet nie są to kwestie zarządcze. Powiedzmy sobie wprost: nasz system społeczno-polityczny i gospodarczy nie różnicuje uczelni, a tym samym nie ma większego znaczenia, czy uzyskuje się dyplom MBA w Collegium Humanum, czy na SGH. Uogólnijmy tę sytuację i uzyskamy dziwaczny obraz systemu akademickiego, w którym z jednej strony obywatele, politycy czy przedsiębiorcy dowiadują się, że niektóre uczelnie są liderami kształcenia i badań, a z drugiej, niemalże w tym samym komunikacie, że nie jest ważne, w jakiej uczelni skończy się studia i robi doktorat czy uzyska stopień doktora habilitowanego. Co więcej, i to dotyczy już działania strony rządowej finansującej i nadzorującej sektor nauki i szkolnictwa wyższego, wyraźnie formułowany jest następujący przekaz: kontrolujemy jakość kształcenia, promowania kadr, a także jakość badań naukowych. Nie trzeba tęgich umysłów, by dojść do wniosku, że jest to iluzja, do tego katastrofalna w skutkach, gdyż ma charakter błędnego rozpoznania natury życia akademickiego i potrzeb społeczno-politycznych oraz gospodarczych, w tym charakteru efektów kształcenia, prowadzenia badań i oddziaływania na społeczeństwo i gospodarkę, a więc – chociaż egalitaryści tego nie lubią – formowania elit.
Ośrodki naukowe i naukowo-dydaktyczne są osiągnięciami społeczeństwa, dzięki nim możliwe jest budowanie racjonalnej debaty w życiu społeczno-politycznym, porządkowanie przestrzeni administracyjnej, rozwój gospodarczy i związane z tym budowanie przewagi konkurencyjnej w wymiarze indywidualnym i społecznym. Są to narzędzia wyjątkowo kosztochłonne ze względu na specyfikę aktywności oraz wysoki stopień prawdopodobieństwa porażki. To zaś oznacza, że należy być niezwykle ostrożnym w formułowaniu zasad rządzących takimi instytucjami, by z jednej strony dostrzegać wartość w porażce, z drugiej zaś widzieć potencjały, dzięki którym wspólnota społeczna ma szansę rozwoju i zapewnione jest bezpieczeństwo związane z racjonalnością, która jest dobrem najwyższym środowisk akademickich i daje gwarancję stabilności wspólnocie społeczno-politycznej.
Nim przejdziemy do wynaturzeń systemu ewaluacji, jeszcze jedna uwaga. Czy możemy mieć w Polsce Oksford lub Harvard? Wielu odpowie: nie, ponieważ nie mamy wystarczających zasobów kadrowych i finansowych. Moja odpowiedź jest na antypodach tego myślenia. Właśnie możemy (!), lecz nie będziemy mieć, jeśli przestrzeń akademicka będzie tak zestrojona, jak obecnie, z tymi wszystkimi ograniczeniami, niby-zabezpieczeniami, pętaniem uczelni regulacjami, które uniemożliwiają swobodny i racjonalny rozwój, a tym samym realne zróżnicowanie. Właśnie różnice między uczelniami należy wydobyć i uczynić podstawą myślenia o całym systemie akademickim.
Weźmy dwie dyscypliny, które dobrze znam: filozofię i prawo. Według ostatniej oceny parametrycznej w obu przypadkach w gronie ścisłych liderów jest Politechnika Warszawska. Nie mam nic przeciwko temu, ale zastanówmy się chwilę. Nawet jeśli przyjąć, że jest to uczelnia zainteresowana rozwojem naukowym w tych obszarach i chce uruchomić w przyszłości kształcenie na powiązanych z tymi dyscyplinami kierunkach (obecnie prowadzi kształcenie na kierunku administracja zarządcza), promować doktorów czy doktorów habilitowanych, to obecnie nie ma żadnej tradycji i tego nie czyni. Zatem PW zbudowała ośrodek badań w obszarze prawa i filozofii, zatrudniła (i wspaniale!) fachowców, doskonale odczytała kryteria parametryzacji i pokazała, jak można osiągnąć wysoki wynik w oderwaniu od tego, czym w istocie jest uczelnia kształcąca filozofów i prawników. Moglibyśmy teraz skorzystać z innego przykładu, np. językoznawstwa czy literaturoznawstwa, które to dyscypliny promieniują na przykład w niektórych uczelniach zachodniej Polski, a niedomagają (według kryteriów parametryzacji) na jednym z najlepszych uniwersytetów w Polsce. Tutaj działa podobny mechanizm jak w przypadku Politechniki Warszawskiej. Liczba N (liczba pracowników uczelni deklarujących przynależność do danej dyscypliny) została tak ukształtowana na niektórych uczelniach, by uzyskać maksymalny efekt parametryzacyjny, gdy chodzi o dorobek publikacyjny. Oznacza to, że pracownicy byli przenoszeni na etaty dydaktyczne, zwalniano ich tym samym z wypełniania obowiązku publikacyjnego, i niwelowano przypadki N0, która to liczba jest niczym bicz boży na rozbudowaną kadrę akademicką w poszczególnych uczelniach. Inżynieria i manipulacja są zatem fundamentalnym wyzwaniem dla uczelni w przyszłej ewaluacji. Wszyscy to doskonale wiedzą.

Udział przyznanych kategorii naukowych według rodzaju instytucji w wyniku ewaluacji 2022 (źródło: OPI – PIB, baza RADON)
Weźmy teraz listę czasopism. Czy minister Przemysław Czarnek uczynił coś niegodnego, umieszczając na liście takie pisma jak „Cement, Wapno, Beton” czy „Rocznik Teologii Katolickiej”, przypisując im 200 pkt. (na możliwe 200)? Chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem przekornie: nie uczynił niczego niegodnego, po prostu z wrodzonym sobie tupetem i dezynwolturą skompromitował system, który jest nie do obrony. Bo co tak naprawdę się stało w wyniku tej decyzji administracyjnej? Zostało wyraźnie powiedziane: system jest arbitralny i względny, a nie ufundowany na klarownych zasadach i absolutny. Odpowiedź na pytanie o jakość czasopism nie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie o jakość badań prowadzonych przez konkretnego naukowca, jak również jakość badań w danej jednostce. Więcej nawet, ten, kto tego nie dostrzega, w istocie popełnia dwa kluczowe błędy: 1) niewłaściwie rozpoznaje podstawę do oceny tak określonej jakości naukowej; 2) niewłaściwie widzi naukowców i nauczycieli akademickich.
Spór o listę czasopism jest jałowy i wcześniej czy później będzie prowadzić do równie arbitralnej i względnej decyzji scedowania ostatecznego jej ukształtowania na grupę uczonych (szczególnie w naukach humanistycznych i społecznych) lub na bazy prywatnych firm, które zajmują się akumulacją i przetworzeniem informacji bibliometrycznej, a jednocześnie są to koncerny wydawnicze, które tworzą platformy do publikowania tekstów naukowych. I znów: w tym nie ma niczego zdrożnego i niewłaściwego. Tyle że trzeba sobie jasno powiedzieć: Czasopisma? Proszę bardzo! Bierzemy Scopus i dzielimy: pierwszy decyl – 200 pkt., drugi decyl 140 pkt., trzeci – 100 pkt., czwarty – 70, piąty – 40, pozostałe – 20 pkt. Czy to usunie patologię? Nie. To jedynie sprawi, że część czasopism wydawanych w Polsce zostanie zlikwidowanych, a tym samym przestrzeń komunikacji naukowej zostanie przeniesiona do innych czasopism będących w bazie Scopus. Czy to jest złe? Nie. To jest bardzo dobre, tyle że dobre w wymiarze, który dotyczy korelacyjnego i względnego systemu obiegu informacji naukowej, a nie systemu obiegu o charakterze bezwzględnym i absolutnym. Co to znaczy? Wyłącznie to, że jeśli czasopismo X, które wydawane jest w Polsce, miałoby się znaleźć w pierwszym decylu bazy Scopus, musiałoby wykonać działania, które spowodują, że będzie spełniać korelacyjne kryteria obowiązujące w tymże decylu. Każdy świadomy ilościowego przetwarzania informacji bibliometrycznej to wie, jak również wie, że takich czasopism z Polski, nie mówiąc o polskojęzycznych, może być zaledwie kilka. Minister Czarnek też to wiedział i wie, tak jak wie to minister Maciej Gdula.
Na koniec tej sekcji zabawna historyjka. Przewodniczący jednej z rad dyscyplin, które działają na moim uniwersytecie, zadumał się wielce nad nikłą produktywnością części członków tejże dyscypliny. W oczy zajrzało mu widmo iluś tam N0. Wpadł zatem na genialny pomysł, by porozmawiać z tymi Pustymi Slotami i w ten sposób wzniecić ducha publikacyjnej produktywności. Zawezwał zatem jedno czy drugie N0 i tłumaczył dzielnie: Panie Pusty Slocie (Pani Pusta Slotko), bardzo mnie martwi to, że ma Pan/Pani cztery sloty do zapełnienia i wciąż nic od Pana/Pani nie uzyskałem, by pieczołowicie w tychże umieścić. No i nie trzeba dodawać, że te sloty mają być zapełnione tekstami za co najmniej dwie kopy ministerialnych punktów, byśmy z twarzą wyszli ze zbliżającej się ewaluacji. Nasze Enzera się zafrasowały, nawet wystraszyły, może po powrocie do biurek i komputerów napisały jedno zdanie tego wiekopomnego tekstu, może nawet zaczynało się ono od: „W niniejszym artykule wykażę wyższość mojej koncepcji nad dotychczasowymi rozwiązaniami”. Może. W istocie poczuli się przedmiotami w machinie, zdehumanizowanymi i niepotrzebnymi członkami wspólnoty akademickiej, która przecież ma wiele różnych zadań do wykonania. Poczuli się upokorzeni i stłamszeni. Brakowało tylko, by tenże przewodniczący rady dyscypliny miał przygotowany stosowny baner na szyję: „Jestem N0”, zakładał go nieszczęśnikowi/nieszczęśnicy i kazał paradować po uniwersytecie. Nie, do tego się nie posunął. Zrobił coś innego, zaczął opowiadać o tym, jakim bezsensem jest zatrudnianie takiego człowieka. Tyle że o sensie lub bezsensie nie decyduje wypełnienie slotu, bo to niejedyna aktywność nauczyciela akademickiego (choć być może jedyna naukowca zatrudnionego na etacie badawczym).
Podsumowując: ocena parametryczna nie jest żadną ewaluacją jakości naukowej, lecz przetwarza informacje ilościowe, by stworzyć mapę produktywności konkretnej liczby członków danej dyscypliny. To nie ma wiele wspólnego z jakością, natomiast jest wielce podobne do pomieszania z poplątaniem. Liczba N wraz z tym obrzydliwym nowotworem językowym, slotem, jest podstawą tego pomieszania, które w istocie swojej chce pogodzić dwie sprzeczne strategie oceny: indywidualną oraz instytucjonalną. Dyscypliny są instytucjami, a badacze są konkretnymi osobami. Aż trudno uwierzyć, że nikt tego nie chce dostrzec. Już samo to powoduje, że pudrowanie trupa nie ma sensu.
Skupmy się teraz na racjach, które pozwalają zrozumieć, dlaczego pudrowanie trupa/kosmetyka ewaluacji nic nie da. Ujmę te rację w dziesięciu punktach.
Racja 1. Lista czasopism dalej będzie miała charakter względny i arbitralny. To, że wróciliśmy do listy z kiedyś tam, niczego w tym nie zmienia. Pogłębia jedynie chaos. Pytanie dotyczy nie tego, czy uniknąć chaosu, bo tego się nie da uczynić, ale jak to zrobić, by szkody były jak najmniejsze. No więc szkody już są, a nikt i nic ich już nie usunie. Poza tym lista czasopism jest organizmem żywym, a więc to, co dzisiaj ma punktów 70, jutro może mieć 140, ale także 40. Arbitralność i względność mają to do siebie, że powodują wzrost niepewności w systemie. Będzie nam ona, co oczywiste, towarzyszyła zawsze, lecz nie oznacza to, że ma być podstawą do budowania realnego narzędzia wpływu. Tego właśnie należałoby unikać, a jak widać po działaniach ministerstwa, raczej uniknąć się nie da.
Racja 2. Publikacje w czasopismach i wydawnictwach ze światowej czołówki dalej będą incydentalne (tak w wymiarze indywidualnym, jak i całego systemu). Dlaczego? Ponieważ poziom konkurencyjności w tych periodykach jest niebotycznie wyższy niż w tych, które obsługują polską przestrzeń akademicką. I nie jest to kwestia znajomości języka angielskiego (bo to jest dzisiaj zupełnie bez znaczenia). Tu chodzi o to, że przy współczynniku odrzucenia na poziomie 98-99%, jak bywa w przypadku renomowanych czasopism naukowych, opublikowanie w nich czegokolwiek graniczy z cudem. Czy to ma nas zwalniać z prób? Nie. Przeciwnie, należy je podejmować. Czy to ma być podstawą systemu oceny? No chyba już jest jasne, że nie, bo takie postawienie sprawy doprowadzi do sytuacji, w której już dziś możemy powiedzieć: nikt niczego wartościowego nie publikuje. A czy to jest prawda? Nie jest to prawda. Powstają znakomite publikacje, które po prostu takie są, i to nie za sprawą decyzji redaktorów tych czy innych czasopism lub wydawnictw. Te czasopisma i wydawnictwa dodają prestiżu i pozwalają wyodrębnić grupę badaczy o wysokiej rozpoznawalności, za którą idzie najwyższa jakość naukowa i wybitność, ale to nie oznacza, że tej jakości i wybitności nie ma gdzie indziej.
Racja 3. System parametryczny całkowicie zagubił korelację między kształceniem a prowadzeniem badań, a co gorsza, petryfikuje model, który faworyzuje jeden typ aktywności. Zadajmy sobie dwa pytania: Czy badanie genomu wymaga uczestniczenia w procesie kształcenia? Naturalna odpowiedź brzmi: nie do końca. Czy badanie petroglifów (rysunków naskalnych) przez archeologów wymaga uczestniczenia w procesie kształcenia? Odpowiedź jest już bardziej złożona. Dlaczego? Ponieważ w tym drugim przypadku mamy do czynienia z istotnym składnikiem kultury materialnej i duchowej, która ma bezpośredni wpływ na kształtowanie w społeczeństwie wyobrażenia o historii, tradycji i wartościach, jakie nam przyświecają. Kształcimy archeologów po to, by mówili, najpierw studentom, potem całemu społeczeństwu, że relikty przeszłości są świadectwem witalności naszej kultury i pozwalają z optymizmem myśleć o przyszłości. Oczywiście badacz genomu może powiedzieć, że przecież on też musi komunikować społeczeństwu swoje odkrycia, lecz w istocie rzeczy ta komunikacja jest zapośredniczona przez skomplikowane narzędzia matematyczne, dzięki którym wielokrotnie powtarzane eksperymenty zaczynają przynosić określone rezultaty naukowe i dopiero wówczas staje się to częścią procesu kształcenia, najczęściej po długim czasie.
Racja 4. Przyjrzymy się czemuś, co jest ledwo widoczne, a stanowi istotną okoliczność dla procesu ewaluacji: wszystkie nauki, poza humanistycznymi i częścią społecznych, mają to do siebie, że rezultat procesu badawczego jest osiągany za sprawą agregacji i koordynacji, a nie ściśle indywidualnego działania naukowego. Naukę robią konkretni naukowcy, ale rezultaty są gremialne. W humanistyce i części nauk społecznych (także matematyce) rezultaty osiągane są na gruncie indywidualnego zaangażowania, choć nierzadko przy wsparciu osób trzecich i instytucji. To zmienia dynamikę pracy naukowej, przygotowania publikacji oraz profil naukowca. System parametryczny wymusza gremialność rezultatu, ale nawet w najlepszych ośrodkach czy systemach akademickich nie udało się i nie uda osiągnąć dokładnie takich samych rezultatów w humanistyce, części nauk społecznych oraz reszcie nauk. Ze zrozumiałych względów powoduje to napięcia i generuje nowy spór fakultetów, by odwołać się do znanej pracy Immanuela Kanta. Rozwiązanie tego sporu i jego skutki są przed nami. Dziś warto jednak być ostrożnym, formułując te same zasady i oczekiwania wobec całego spektrum aktywności naukowej.
Racja 5. Przyjrzyjmy się pozyskiwaniu grantów, kolejnemu ważnemu wymiarowi ewaluacji. W październiku 2023 roku ukazał się na stronie NCN tekst, w którym prof. Zbigniew Błocki, dyrektor NCN, mówi o wskaźniku sukcesu w niektórych konkursach i jednocześnie wyraźnie zaznacza granice między przypadkowością sukcesu a systemowością. Ta granica przechodzi w obrębie współczynnika 20-25%, czyli na 100 złożonych wniosków finansowanych jest około 20-25. W wybranych (flagowych) konkursach NCN wskaźnik ten spadł dramatycznie, właściwie do poziomu nieakceptowalnego, bo przecież przy 12% (a są przypadki wartości poniżej 10%) trudno mówić o wiarygodnych procesach oceny i przyznawania środków. Nie mówimy przy tym o demotywacji, przekonaniu o bezsensie składania wniosków (to pracochłonna czynność) czy identyfikowaniu swojej jakości z systemem ewaluacji proponowanym przez tę czy inną instytucję finansującą badania. Nawet jeśli przyjrzymy się innym agencjom, to sytuacja radykalnie się nie poprawia, bo na przykład w European Research Council konkurencyjność niewyobrażalnie wzrasta, a wskaźnik sukcesu dramatycznie maleje.
Do czego to prowadzi? Do tworzenia mechanizmów zastępczych, modeli finansowania, które udają wsparcie badań, a faktycznie powodują formowanie spółdzielni, kół wzajemnej adoracji i błędnego koła w przyznawaniu finansowania: finansuje się tych, którzy już zdobyli finansowanie. Czy to istotnie decyduje o jakości polskiej nauki? To pytanie retoryczne, proszę nie próbować na nie nawet odpowiadać, bo z gruntu prowadzi do paradoksów. NCN jest bardzo potrzebne. Określa zasady, na mocy których środki są przyznawane, pilnuje standardów, pozwala środowisku formułować własne dezyderaty dotyczące wartości naukowych. Jednocześnie nie jest to żaden rebis zmieniający miedź w złoto. Takiego magicznego kamienia nie ma żaden system i nigdy mieć nie będzie.

Slajd z prezentacji prof. Błażeja Skoczenia
Racja 6. Przyjrzyjmy się kryterium wpływu. Gdybyśmy się przyjrzeli temu, jakie dane zostały wprowadzone przez uczelnie, mogłoby się okazać (lepiej jednak nie zaglądać), że jest to kryterium do pewnego stopnia fikcyjne. Dlaczego? Ponieważ zwrócono jedynie uwagę na to, jak aktywność badawcza i badawczo-rozwojowa bezpośrednio przekłada się na gospodarkę i społeczeństwo. Jest to całkowite nieporozumienie, bo główna misja uczelni (a nie jednostek badawczych!) polega na zrównoważonej aktywności związanej z badaniami i kształceniem, a to oznacza, że wpływ na społeczeństwo mierzony może być także pośrednio, np. poprzez liczbę absolwentów danego ośrodka zatrudnionych w różnych obszarach gospodarki, ich osiągnięć, oddziaływania społecznego, politycznego etc. Można też z łatwością wykazać fakt, co całkowicie pominięto, że wpływ fundamentalny związany jest z przygotowaniem do aktywności naukowo-dydaktycznej kadry o najwyższych kwalifikacjach, a więc doktorów i doktorów habilitowanych. Czyż nie jest to wpływ? Jest. Dlaczego go nie ma w trzecim kryterium ewaluacji? Jak się wydaje, powód jest prozaiczny, „bo zaraz wszystkie uczelnie zaczęłyby nadawać doktoraty i habilitacje”. Ten argument zdradza podstawę do racji fundamentalnej, dlaczego pudrowanie aktualnego modelu ewaluacji nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.
Racja 7. System jest oparty na negatywnych przesłankach dotyczących polskiego środowiska naukowego. Po pierwsze, że jest naukowo na niskim poziomie. Po drugie, że co do zasady nie posiada żadnego etosu. Po trzecie, że jest zbyt liczne. Po czwarte, że przy relatywnie niskim poziomie wynagradzania kadry krytycznej dla procesu badawczo-dydaktycznego (doktorów i młodych doktorów habilitowanych) i tak musi pracować na wiele etatów i w związku z tym nie będzie miała czasu na pracę naukową w sensie ścisłym. Po piąte wreszcie, że wydatkowane środki publiczne na naukę i kształcenie akademickie są zbyt wysokie w stosunku do aspiracji społeczeństwa i polityków – żadnych Nobli, Medali Fieldsa, spektakularnych osiągnięć i sukcesów.
Jeśli sprowadzimy te wszystkie przesłanki do wspólnego mianownika, okaże się, że mamy do czynienia z systemem niskiego zaufania, kwestionowania zasadności aktywności naukowo-dydaktycznej, a tym samym zaspokajania przez środowisko akademickie fundamentalnych potrzeb społeczeństwa. Stąd bierze się brak faktycznego uznania różnicy między dyplomem MBA Collegium Humanum oraz jednej z głównych uczelni ekonomicznych w Polsce czy dyplomem ukończenia studiów na uczelni dzisiaj chełpiącej się wysoką oceną parametryczną oraz głównymi uczelniami w Polsce (na marginesie: ta teza dotyczy także relacji między tymi uczelniami a najbardziej prestiżowymi ośrodkami zagranicznymi). Zmienić ten stan rzeczy można tylko i wyłącznie metodami radykalnymi, a nie pudrowaniem trupa. O tym jednak w kolejnej sekcji.
Racja 8. Spójrzmy teraz na tabelę z wagami poszczególnych kryteriów ewaluacji. To jest cudeńko i cacko całego systemu. Popatrzmy na poszczególne dziedziny nauki i zobaczmy, jak „wyceniono” poszczególne kryteria. Porównajmy nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne (jeden koszyk) z inżynieryjnymi, technicznymi i rolniczymi (drugi koszyk). Sformułujmy najpierw pytanie: W jakim celu na uczelniach technicznych i rolniczych prowadzi się kierunki kształcenia, które powiązane są z dziedziną nauk inżynieryjnych, technicznych i rolniczych? Weźmy informatykę albo dla większej wyrazistości technologię żywności. Jest oczywiste, że kształci się studentów po to, by nauczyć ich konkretnych umiejętności związanych z danym obszarem problemowym, który ma ściśle określony charakter. Innymi słowy, uprawianie nauki w tej dziedzinie korzysta w dużej części z badań podstawowych, a jeśli nawet nie, to ma charakter opracowywania rozwiązań technologicznych. Spójrzmy teraz do tabeli. Widzimy w niej, że poziom pracy naukowej oszacowany jest na 50%, czyli wyniki aktywności naukowej są brane w całej puli ewaluacyjnej jedynie w połowie. Do rangi kryterium rozstrzygającego urasta drugie kryterium: efekty finansowe prowadzenia badań naukowych lub prac rozwojowych, które stanowi 35% całej puli. Można pomyśleć: nie jest źle. No to teraz popatrzmy na wpływ na społeczeństwo i gospodarkę. Tutaj mamy wartość 15, a więc przy założeniu, że to są wyłącznie bezpośrednie efekty wpływu, można rzec, że rzeczywiście składa się to w jedną całość. Prawda jest zgoła inna. Wpływ na gospodarkę i społeczeństwo ma charakter fundamentalny, ponieważ źle wykształceni inżynierowie to potężne zagrożenie, które uniemożliwia faktyczny rozwój gospodarczy i techniczny państwa. Wystarczy zadać sobie wyjściowe pytanie, by stwierdzić, że źle określony efekt wpływu w istocie rzeczy zaburza obraz tego, co poddajemy ocenie.
Teraz czas na nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne. Pominę milczeniem dorzucenie do koszyka tej ostatniej nauki, bo uważam, że albo jest nauką humanistyczną, albo nie jest żadną nauką; ale to na marginesie. Zacznijmy od pytania: Jaką rolę spełniają w systemie akademickim nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne? To nie jest trudne pytanie. Odpowiedź na nie jest dosyć banalna. Przyczyniają się do pogłębionego zrozumienia wieloaspektowej aktywności człowieka w wymiarze indywidualnym i ponadindywidualnym. Takie zrozumienie określa naszą tożsamość, daje podstawę do rozpoznania mechanizmów działania społeczeństwa, polityki, administracji, a tym samym wprowadzenia szeregu usprawnień. Tego rodzaju rozumienie wreszcie stanowi podstawę do tego, by kształcić następne pokolenia, określać ramy debaty publicznej, cywilizować afektywny wymiar funkcjonowania ludzi w wymiarze publicznym, kreować dalekosiężne cele dla społeczeństwa i państwa oraz dobierać do nich środki. Wreszcie pozwala na to, by członkowie wspólnoty społecznej, politycznej i gospodarczej mieli swoich liderów, za którymi mogliby podążać i żeby byli to liderzy odpowiedzialni, gotowi do pogłębionej refleksji i przyjęcia argumentów, znajdując dla wspólnoty najlepsze rozwiązania palących problemów.
No dobrze, to teraz popatrzmy na kryteria oceny zawarte w tabeli. Wynika z nich, że poziom naukowy prowadzonych badań (kryterium 1) określony jest na 70%, efekty finansowe badań lub prac rozwojowych – 10%, a wreszcie wpływ na 20%. Od razu zróbmy szach-mat i dodajmy, że w dziedzinie nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu kryterium pierwsze określone jest na 60% (sic!), a efekty finansowe oraz wpływ po 20%. Takie postawienie sprawy może wskazywać na: 1) chęć zmotywowania kadry należącej do dziedzin nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych do zwiększenia efektywności w obszarze wysoko punktowanych publikacji; 2) ministerstwo szacuje tę grupę naukowców i nauczycieli akademickich na zbyt liczną, a tym samym za pomocą tak ustawionego kryterium ma zamiar wywrzeć wpływ na jej ograniczenie rękami kierownictw uczelni; 3) ktoś w ministerstwie i KEN błędnie rozpoznał status tych dziedzin nauk (zwłaszcza w powiązaniu z dziedzinami nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu).
Co jest nie tak w przypadku tak określonych proporcji w kryteriach ewaluacji? Po pierwsze, całkowicie niezrozumiałe jest to, jakimi przesłankami kierowało się ministerstwo i KEN w odniesieniu do wyznaczania tych proporcji w poszczególnych koszykach dziedzin. Po drugie, w odniesieniu do koszyka nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych nastąpiło przewartościowanie kryterium pierwszego, natomiast w przypadku nauk przyrodniczych i ścisłych oraz medycznych i o zdrowiu niedowartościowanie tegoż kryterium. Więcej nawet, takie postawienie sprawy prowadzi do całkowitego niezrozumienia tego, że istotą aktywności w przypadku nauk ścisłych i przyrodniczych (mniej nauk medycznych i o zdrowiu) jest zespołowa działalność badawcza, podczas gdy w przypadku nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych balans między badaniami a kształceniem i oddziaływaniem na społeczeństwo i gospodarkę za pomocą narzędzi dydaktycznych i formacyjnych. Po czwarte, całkowicie gubi się to, że w przypadku nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych zasadniczy wymiar misji badawczej w przeważającej mierze powiązany jest z aktywnością indywidualną. Po piąte, tak ukształtowane proporcje popychają nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne do tego, by odstąpiły, przynajmniej częściowo, od swojej funkcji oddziaływania poprzez kształcenie.
Racja 9. Zadajmy sobie pytania bardzo praktyczne: Ile osób jest zatrudnionych przy ewaluacji (na uczelniach, gdzie przygotowywane są dane), w ministerstwie, KEN, gdziekolwiek? Jaka jest skala wydatkowanych środków (w różnych formach, w tym także na postępowania przed sądami)? Jaka jest skala oddziaływania ewaluacji przy spłaszczonych wynikach i niejasnych konsekwencjach, które w istocie rzeczy (jak w przypadku szkół doktorskich) są nic nieznaczące? Jaka jest wymierna wartość ewaluacji dla środowisk naukowych, gdy okazuje się, że filozofia z UJ czy UW ma tę samą kategorię, co z PW czy uczelni regionalnej, która swój wynik uzyskała środkami, o których już pisaliśmy? Jakie są skutki psychologiczne i społeczne ewaluacji, w tym szafowanie liczbą N0, określanie pracowników naukowo-dydaktycznych w kategoriach slotów, widzenie aktywności naukowej jednowymiarowo? Obawiam się, że odpowiedzi na te pytania są potężnym wyzwaniem dla decydentów, ale też samego środowiska akademickiego, które ma głębokie poczucie krzywdy (choćby poprzez długoletnie zaniedbania w finansowaniu), przy ciągłej inkryminacji, że jego członkowie są darmozjadami, których społeczeństwo nie potrzebuje. Czy system ewaluacji to zmieni? Nawet nie chce mi się odpowiadać.
Racja 10. No i wreszcie deser. Przypuśćmy na chwilę, że zostanie zmienione to czy tamto w kryteriach ewaluacji, na nowo zbudowana lista czasopism i w ogóle całe środowisko uzna, że wszystko już jest dobrze. Uzna tak dla świętego spokoju, bo w tej chwili jest już tak zmęczone ciągłym grzebaniem przy różnych aspektach funkcjonowania nauki, że najzwyczajniej albo popadnie w apatię, albo będzie czynnie sabotować (np. poprzez szukanie dróg obejścia) kolejne pomysły ministerstwa i powiązanych z nim ciał. To są potężne wydatki psychologiczne i społeczne, o których ministerstwo w ogóle nie myśli, wychodząc pewnie z założenia, że skoro płaci, to wymaga.
Powyższe pytanie jest fundamentalne dla całego systemu oceny. Od razu ciśnie się nam na usta: po to, by ograniczać zatrudnienie, weryfikować, sprawdzać, określać, wykazywać nieprzydatność etc. Każdy może sobie podstawić wyrażenie, które najlepiej oddaje intencje zawarte w pytaniu. Zostawmy to, przejdźmy do kwestii naprawdę ważnych i spróbujmy rzetelnie odpowiedzieć na wyjściowe pytanie. Ujmijmy zasadność ewaluacji w postaci pięciu parametrów: 1) podstawy finansowania; 2) podstawy do udzielania uprawnień; 3) podstawy wewnętrznego zróżnicowania systemu; 4) podstawy zróżnicowania prestiżu i 5) podstawy dla społecznej, gospodarczej i politycznej przydatności uczelni. Zasadne pytanie brzmi: czy obecny system oceny zadość czyni tym pięciu parametrom. Otóż nie. Dlatego należy do ewaluacji podejść zupełnie inaczej, ale to jest temat na inny artykuł.
Podsumowując: systemy ewaluacyjne nigdy nie będą doskonałe, ale na pewno muszą odpowiadać na konkretne zapotrzebowanie. Nasz nie odpowiada na nic. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że doskonałość naukowa i doskonałość dydaktyczna nie są i nie będą rozsiane po systemie akademickim w takim samym stopniu i po równo. Oznacza to, że należy pogodzić się z tym, że w dużych, silnych ośrodkach będzie jej więcej, a w mniejszych będą jedynie wyspy doskonałości dydaktycznej i naukowej, co powinno znaleźć swój wyraz w rzetelnych i transparentnych rankingach. Wreszcie, jeśli chcemy mieć prestiż społeczny uczelni oraz wewnętrzny, na potrzeby nas samych, członków wspólnoty akademickiej, to po prostu pogódźmy się z tym, że ograniczenia (w różnych obszarach) muszą być zdjęte, a jednocześnie uczelnie muszą czuć, że zawierają faktyczny kontrakt ze społeczeństwem, studentami oraz kadrą.
Dr hab. Sebastian Kołodziejczyk, prof. UJ, Instytut Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie