logo
FA 4/2024 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie długi wdzięczności

Akademickie długi wdzięczności 1

Rys. Sławomir Makal

Lista form zaciągania akademickich długów staje się coraz dłuższa i bardziej zróżnicowana. Może się ona zaczynać od długu zaciągniętego u promotora pracy doktorskiej, a kończyć na długu zaciągniętym u tych, którzy pozytywnie zaopiniowali osiągnięcia naukowe osób ubiegających się o tytuł profesora. Może się ona jednak również zaczynać od zwyczajnej życzliwości okazanej przy rozpatrywaniu prośby o pozytywne załatwienie jakiejś życiowej sprawy.

Długi zwykle chętniej się zaciąga niż spłaca. Nie inaczej jest z długami wdzięczności. Od innych różnią się tym, że są nie tylko trudniejsze do określenia, ale także do satysfakcjonującego lub przynajmniej nie rozczarowującego „wierzycieli” spłacenia. W akademickim życiu zarówno te długi, jak i ich spłacanie mają specyficzne formy.

Zaciąganie długów

Jedną z najdawniejszych i najbardziej rozpowszechnionych form tych długów było i jest zaciąganie ich przez szukających intelektualnego wsparcia u mądrzejszych lub przynajmniej bardziej doświadczonych. W ten sposób w starożytności powstawały szkoły filozoficzne, a później również szkoły naukowe lub przynajmniej wspólnoty akademickie funkcjonujące pod nazwą szkoły. O powstawaniu i funkcjonowaniu niektórych szkół sporo wiadomo, bowiem zachowały się świadectwa pisane mistrzów i nauczycieli, a także uczniów. Na miano szkoły zasłużyła m.in. Akademia Platońska, zawdzięczająca swoje powstanie Platonowi, a późniejsze funkcjonowanie wielu jego uczniom. W okresie średniowiecza szkołę stanowili scholastycy (z łac. scholasticus – szkoła). Rzecz nie w tym, że scholastycy nie kontynuowali starożytnych tradycji, a nawet nie w tym, że nie mieli swoich mistrzów i nauczycieli, lecz w tym, że do grona dawnych mistrzów (takich jak Arystoteles) dołączyli tacy, którym z dawnymi mistrzami nie było specjalnie po drodze. Wprawdzie niektórzy z nowych mistrzów wyniesieni zostali na chrześcijańskie ołtarze, jednak to nie to samo, co akademickie katedry i w miarę upływu czasu różnice między nimi stawały się coraz bardziej widoczne. Jeszcze w czasach Izaaka Newtona starano się je zacierać – ten wybitny matematyk i fizyk w końcu zmuszony został do przyjęcia święceń kapłańskich, bowiem bez nich nie mógłby dłużej zajmować profesorskiego stanowiska w Trinity College (Kolegium Świętej Trójcy) Uniwersytetu Cambridge. Po upadku wielu europejskich uniwersytetów w XVIII stuleciu nastąpiły czasy ich stopniowego odradzania się. Dzisiaj na świecie pod szyldem uniwersytetu występuje wiele uczelni, które z kościelnymi ołtarzami mają mało wspólnego.

Nowe czasy przyniosły ze sobą również nowe formy zaciągania akademickich długów. W przodujących pod niejednym względem Stanach Zjednoczonych stosunkowo najbardziej rozpowszechnioną formą długów studenckich jest kredyt brany na pokrycie kosztów studiowania. Kredyty udzielane są nie z wdzięczności, lecz w oczekiwaniu na finansowe zyski. W bogatych krajach funkcjonują również instytucje i osoby prywatne, które przyznają studiującym różnego rodzaju stypendia. Rzecz jasna nie bez konkretnych oczekiwań, a te już można uznać za zaciąganie długów wdzięczności. Natomiast w krajach, w których formalnie studia są bezpłatne, największymi kredytodawcami są wszyscy podatnicy.

Obecnie ma miejsce nie tylko przywracanie znaczenia form zaciągania długów, które występowały już w starożytnych szkołach filozoficznych, ale także pojawia się wiele takich, które pod niejednym względem różnią się od dawniejszych. Na uczelniach o charakterze wyznaniowym pozostaje zaciąganie długów wdzięczności wobec Kościoła, reprezentowanego zarówno przez kościelnych hierarchów, jak księży biznesmenów. Na uczelniach świeckich poczynania tych osób budzą liczne zastrzeżenia. Natomiast za rzecz normalną uznawane jest wystawianie świadectwa, jeśli nawet nie naukowej wybitności, to przynajmniej naukowej przyzwoitości przez naukowych opiekunów osób ubiegających się o miejsce w gronie akademickich uczonych, a po dołączeniu do tego grona przez decydentów o ich dalszym byciu lub niebyciu akademikiem. Sprawia to, że lista form zaciągania akademickich długów staje się coraz dłuższa i bardziej zróżnicowana. Może się ona zaczynać od długu zaciągniętego u promotora pracy doktorskiej, a kończyć na zaciągniętym u tych, którzy pozytywnie zaopiniowali osiągnięcia naukowe osób ubiegających się o tytuł profesora. Może się ona jednak również zaczynać od zwyczajnej życzliwości okazanej przy rozpatrywaniu prośby o pozytywne załatwienie jakiejś życiowej sprawy, a kończyć na wyrozumiałości w traktowaniu osób, które dopiero zdobywają akademickie „szlify” i popełniają tak kardynalne błędy, jak np. niemądre wypowiadanie się o kwalifikacjach i osiągnięciach tych, którzy mogą im zamknąć drzwi do kariery akademickiej. Może się ona też zaczynać od dołączenia do dobrze rokującego zespołu badawczego, a kończyć albo naukowym osiągnięciem (wówczas sukces miewa wielu „ojców”), albo niepowodzeniem (wówczas porażka może okazać się „sierotą”, jaką jest najmniej doświadczona osoba).

Spłacanie długów

Spłacanie długów wdzięczności ma tak samo długie tradycje jak ich zaciąganie. Potwierdzeniem tego są apologetyczne obrazy filozoficznych mistrzów nakreślone przez ich uczniów. Stosunkowo najbardziej znanym jest obraz Sokratesa nakreślony przez jego ucznia Platona. Apologia ta jest do tego stopnia pozbawiona elementów krytycznych, że można się poważnie zastanawiać, czy jej autor był samodzielnym filozofem, czy jedynie popularyzatorem tego, czego się nauczył u swojego mistrza. W średniowieczu również nie brakowało apologetów. Nie kreślili oni jedynie apologii Boga, w którego istnienie i moce sprawcze wierzyli, ale także tych, którzy przez różne chrześcijańskie wspólnoty zaliczeni zostali do grona świętych. Pojawienie się w Europie uniwersytetów oznaczało wprawdzie nową jakość w spłacaniu długów wdzięczności, jednak wyraźniej zaznaczyła się ona stosunkowo późno, dopiero na przełomie XV i XVI stulecia. Jej wyrazem była m.in. Pochwała głupoty Erazma z Rotterdamu. U jednych dzieło to wywołało uznanie, a nawet spore rozbawienie, u wielu innych zaś tzw. święte oburzenie. W końcu uczelnie chciałyby uchodzić nie za ostoję głupoty, lecz mądrości i „nie kala się własnego gniazda”, przedstawiając ich profesorowie w taki sposób, jakby z mądrością mieli mało wspólnego. Trzeba przy tym przypomnieć, że autor tego dzieła nie tylko studiował na dobrych uczelniach, ale także na nich wykładał.

W późniejszym okresie do głosu doszły formy spłacania akademickich długów mające jeszcze mniej wspólnego ze świętością, natomiast sporo z naukowością, w której liczą się dokładne wyliczenia i doświadczenia. Jednak nie tylko, bowiem sporą rolę odgrywały również sympatie i antypatie między uczonymi. Przykładem może być m.in. mający miejsce na przełomie XVII i XVIII stulecia spór Newtona z Robertem Hooke’em w sprawie kształtu soczewek do teleskopu oraz siły sprawiającej, że planety poruszają się po eliptycznych torach. Z zachowanej korespondencji między tymi uczonymi wynika, że przez dłuższy czas zgodnie współpracowali, a Hooke – w okresie, kiedy stał na czele Towarzystwa Królewskiego (Angielskiej Akademii Nauk) – pomógł Newtonowi dołączyć do grona jego członków. Później relacje między nimi się pogorszyły do tego stopnia, że Newton – po przejęciu zwierzchnictwa w towarzystwie – nakazał usunąć z jego pomieszczeń wszystkie świadectwa obecności Hooke’a. Można wprawdzie powiedzieć, że w ten sposób „odwdzięczył się” swojemu oponentowi, jednak taką formę „odwdzięczania się” trzeba brać w cudzysłów. Przywołuję ten przykład przede wszystkim po to, by powiedzieć, że dzięki takim sposobom okazywania wdzięczności można czasami zapisać się w historii akademickiego życia, ale raczej nie na kartach wielkiej nauki, w której Newton miał znaczące osiągnięcia.

Na uznanie zasługuje natomiast forma spłacania akademickich długów, jaką są uroczyste pożegnania, a później zaproszenia na uczelniane uroczystości – począwszy od rozpoczęcia roku akademickiego, a skończywszy na spotkaniu grona najbliższych uczniów i przyjaciół. Godne odnotowania jest również przyznawanie byłym akademikom finansowych dodatków do emerytury. Na mojej uczelni występują one pod nazwą „nagrody rektora” i przyznawane są wszystkim bez wyjątku emerytowanym profesorom na koniec każdego roku kalendarzowego. Zaniepokojonym taką rozrzutnością uczelni powiem, że nagrody nie porażają wysokością. Ale rzecz jasna, lepsze to niż zapomnienie. Bardziej ambitną formą spłacania akademickich długów jest przygotowanie, opublikowanie i uroczyste wręczenie tzw. księgi jubileuszowej. Jest ona dobrym testem na pamięć zarówno tych, którzy coś zawdzięczają jubilatowi, jak i tych, którzy jedynie z nim się spotkali na akademickiej drodze. Podobnie rzecz się ma z przedłużaniem przez uczelnianych decydentów zatrudnienia tym, którzy wprawdzie już osiągnęli wiek emerytalny, ale trudno jest im się rozstać z macierzystą uczelnią. Nie widzę w tym niczego nagannego, jeśli tak wyróżnieni są nadal aktywni naukowo i mogą mieć istotny wkład w umocnienie naukowej pozycji swojej dyscypliny lub dziedziny nauki. Problem jednak w tym, że choć niektórzy z ubiegających się o przedłużenie zatrudnienia emerytów skłonni są zadowolić się jakąś częścią etatu, to jednak po zsumowaniu wszystkich takich części wyjdzie spory wydatek finansowy. W związku z tym na mojej uczelni (UAM) podjęte zostały działania „naprawcze”. Nie będę jednak wchodził w szczegóły. Rozumiem, iż uczelniani decydenci mają również długi wdzięczności do spłacenia. Dobrze byłoby jednak, aby spłacali je z własnej kieszeni.

Moje długi

W każdym wieku może się pojawić potrzeba dokonania „rachunku sumienia”, w którym znajdą się zarówno spłacone, jak niespłacone długi wdzięczności. Moje akademickie życie jest tak długie, że nie jestem w stanie spamiętać wszystkich długów zaciągniętych wobec mojej uczelni oraz osób, które pojawiły się na mojej akademickiej drodze. Dobrze jednak pamiętam moje studia i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie byłyby możliwe nie tylko bez wsparcia mojej rodziny, ale także świadczeń ze strony uczelni, których wyrazem było m.in. przyznanie mi miejsca w akademikach za stosunkowo niską opłatą. Pamiętam również akademickich nauczycieli, w szczególności prof. Janusza Pajewskiego, który był promotorem mojej pracy magisterskiej. Niejednokrotnie zresztą później przedstawiałem go studentom jako wzór człowieka i nauczyciela. Zapewne inni uczniowie uznają go również za wzór uczonego. Jednak w późniejszym okresie nasze naukowe drogi się rozeszły i prowadziły do istotnie różniących się obszarów badawczych. Czy na swojej drodze spotkałem uczonego, o którym z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że był mistrzem w swoim fachu i wzorem pracy badawczej? Raczej nie. Jednak sporo się nauczyłem zarówno od wspierających moje wysiłki badawcze, jak i od utrudniających je, a nawet od tych, którzy przyczynili się do mojego odejścia z instytutu, w którym przez kilkadziesiąt lat funkcjonowałem. Czy „odwdzięczyłem” się im na sposób newtonowski? Nie mnie to oceniać. Powiem jednak, że nie tylko w życiu akademickim lekceważenie nie jest cnotą. Czasami okazuje się wręcz głupotą i ma wysoką cenę. Czy spłaciłem dług wdzięczności wobec uczelni, w której najpierw studiowałem, a później przez ponad pół wieku pracowałem? To również pozostawiam do oceny innym.

Mam świadomość, że „przywoływane do tablicy” – nie tylko zresztą w tym artykule – władze rektorskie mojej uczelni mogą poczuć się urażone moimi uwagami i sugestiami. Powiem jednak coś, co być może również im się nie spodoba: Uniwersytet to jednak coś dużo więcej niż władze rektorskie. Te bowiem przychodzą i odchodzą, a Uniwersytet pozostaje i realizuje swoje społeczne misje. Władze rektorskie mogą, a nawet powinny być mu w tym pomocne. Rzecz jasna w praktyce różnie z tym bywało. W każdym razie mojej uczelni życzę takich, które zapiszą się w historii nie tylko portretami na ścianach rektorskiego gabinetu. Uwagę tą traktuję jako głos w dyskusji związanej z wyborami władz rektorskich.

Wróć