logo
FA 4/2021 W stronę historii

Piotr Hübner

Nauka artykułowa

Fot. Stefan Ciechan

„Istną plagą piśmiennictwa medycznego jest powódź artykułów, artykulików, jakie spotykamy w czasopismach lekarskich. Tylko nieznaczna ich część posiada jaką taką wartość naukową, a reszta najniepotrzebniej zaśmieca i tak już mocno zaśmieconą i zachwaszczoną literaturę medyczną”.

Fundamentem nauki akademickiej uformowanej w XVII wieku były formy trwałe – księgi, a nie doraźnie pisane rozprawy czy wygłaszane mowy. Dzięki upowszechnieniu druku mogły powstać zbiornice ksiąg – biblioteki. Konkurencyjną wartość miały gabinety i muzea – zbiornice obiektów przyrody oraz wytworzonych artefaktów. Nauka akademicka była w sumie „nauką książkową”, ostoją coraz bardziej rozbudowanych przemyśleń. Do czasów oświecenia największymi librariami były biblioteki zakonne i uniwersyteckie. Ich zbiory rozproszyły reformy absolutyzmu oświeconego, polegające na zawłaszczaniu i upublicznianiu dostępu do książek. Kojarzyły się one z awansem cywilizacyjnym i kulturowym, a indywidualnie były legitymacją do wejścia w krąg inteligencji.

Jan Amos Komeński dostrzegał (Mowa o umiejętnym posługiwaniu się książkami z 28 XI 1650; tłum. z łaciny Zofia Abramowiczówna i Maria Walentynowicz): „Nade wszystko trzeba książki czytać, aby złożone w nich skarby mądrości wydobywać na widok publiczny i uczynić pożytecznymi (…) nie wystarczy książki czytać – trzeba czytać uważnie, w tym celu, by to co najistotniejsze zaopatrzyć w uwagi i zapisać. Rób uwagi w samej książce, jeśli jest twoją własnością; sporządzaj zaś notatki lub wypisy czy to ze swojej własnej, czy z cudzej. Wybór bowiem tego co najbardziej użyteczne jest tak nieodzowną rzeczą, że nikt nie jest dobrym czytelnikiem książek, kto jednocześnie nie umie wybierać! Nie książki przecież zrobią cię uczonym, tylko ich studiowanie”. Zwłaszcza książki naukowe miały „długie życie”, nie były towarem jednorazowego użytku. „Ustawy wizytacji apostolskiej” (15 II 1754), przygotowane przez ks. Stanisława Konarskiego dla szkół pijarskich, zawierały formułę: „Do nauczania i uczenia się te trzy środki pomocnicze są nieodzowne: po pierwsze książki, po drugie książki, po trzecie książki, bez nich nic nie pomogą nasze wysiłki”. Z kolei Plan instrukcji i edukacji przepisany od Komisji dla szkół, głównych i innych w krajach Rzeczypospolitej (po 1791) głosił: „Cokolwiek się dotąd mówiło o naukach, wszystkiego tego składem są księgi”. W okresie Sejmu Czteroletniego działało w Warszawie już około 80 księgarń.

Kazimierz Twardowski odnotował w Dziennikach młodzieńczych (1881-1887) 2 kwietnia 1883 roku: „trzeba się zatopić w książkach i zapomnieć o świecie; miłujemy się w książkach; od nich tylko możemy się spodziewać wzajemności”. Tak istotna pro futuro forma nie mogła jednak wystarczać uczonym, jak napisał Roman Ingarden (list do Kazimierza Twardowskiego z 10 XII 1924): „Działalność pośrednia za pomocą druku nie zastąpi nigdy działalności bezpośredniej”.

Gmach zwany nauką o literaturze

O uformowaniu się rynku wydawniczego świadczyła działalność księgarska. Powstały specyficzne księgarnie nakładowe. Właściciel jednej z nich, Jan Konstanty Żupański (otworzył księgarnię w Poznaniu 1838), opublikował przez niemal czterdzieści lat ponad 500 pozycji. Odróżniał już jako odrębną kategorię literaturę piękną, ale wskazywał: „wydając belletrystykę gra jakby w loterję, bo albo gwałtownie zarobi, albo wszystko straci, zachowując sobie na pamiątkę samą makulaturę. Wydawca rzeczy poważnych, chociaż nie sprzeda ich od razu, to jednak w wydawnictwie swojem ma kupony, które najspokojniej i najpewniej co roku obcina”. Separacja beletrystyki pojawiła się w połowie XIX wieku, czego przejawem był wniosek Władysława Niegolewskiego, złożony 17 marca 1858 roku, by w „Rocznikach” Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego (autor wniosku był redaktorem „Roczników”) pomijać „beletrystykę i poezję”. Tytus hr. Działyński skutecznie oponował, dopuszczano więc „rzeczy beletrystyczne, jako to: poezje, powieści, wiersze itp. z tem jednak zastrzeżeniem, że powinny się zalecać i wewnętrzną i zewnętrzną wartością” (uchwała wydziałów Towarzystwa z 26 V 1864). Był to jeden z sześciu działów „Roczników”. Upadła natomiast konkurencyjna koncepcja publikacji – zamiast „Roczników” – „pisma tygodniowego literackiego”. Organem Wydziału Lekarskiego Towarzystwa były (od 1889) „Nowiny lekarskie” – pismo typowo zawodowe.

W epoce biedermeieru symbolicznie upostaciował zamiłowanie do książek malarz Carl Spitzweg (obraz z 1850 roku Der Bücherwurm) w postaci mola książkowego. Obraz pod takim samym tytułem, ale bardziej kameralny i dosłowny, namalował – urodzony we Lwowie w 1825 roku – Carl Schleicher.

Czytanie książek miało łączyć się z syntezą. Julian Krzyżanowski (Uwagi o studiach polonistycznych w: Uniwersyteckie studium polonistyczne. Informator 1939) stwierdzał: „Kraina książek (…) wymaga ciągłych po niej wędrówek i to wędrówek bardzo różnorodnych, wiodących nieraz w kierunkach pozornie rozbieżnych, gdyż dopiero docierając do celu, do zdobycia wiedzy usystematyzowanej, spostrzega się gmach, zwany nauką o literaturze”.

Krócej niż w księgach

W ramach profesjonalnej nauki akademickiej pojawiła się stopniowo „nauka artykułowa”, powiązana z dyscyplinami ścisłymi i przyrodniczymi. Wyniki odkryć i prac laboratoryjnych wymagały krótszych niż księgi form publikacji. Pojawiło się środowisko akademickie, a nie tylko rozproszeni homines curiosi. Towarzystwa naukowe dyscyplinowe wprowadziły od czasów oświecenia periodyki specjalistyczne, publikujące referaty badaczy w formie mozaikowo dobranych artykułów. Zanim się upowszechniły formy profesjonalne periodyków, publikowano w XIX wieku ogólne czasopisma naukowe, adresowane do miłośników nauki. Były obliczone na skromny zysk lub tylko przetrwanie na rynku czytelniczym, formowanym przez rosnącą liczebnie warstwę inteligencji. Według Andrzeja Zajączkowskiego (Z dziejów inteligencji polskiej. Studia historyczno-socjologiczne, 1962), w pierwszym okresie działalności „Biblioteki Warszawskiej” (1841-1850) miała ona około 600 czytelników. Kierowany przez Hipolita Skimbirowicza „Przegląd Naukowy” (1842-1848) osiągnął nakład 700 egzemplarzy. Na koszty druku i papieru wydawca „Przeglądu Naukowego” Samuel Orgelbrand przeznaczał zysk ze sprzedaży pierwszych 200 egzemplarzy. Cenę roczną prenumeraty wyznaczono na 30 złp. W roku 1844 Orgelbrand sprzedał we własnym zakresie zaledwie 29 kompletów, innym księgarniom przekazał do rozprowadzenia 64 komplety (36 numerów). Ogółem rozprowadzono około 110 kompletów rocznika 1844.

Autorzy artykułów naukowych publikowanych w „Przeglądzie Naukowym” otrzymywali umowne, dość znaczne, wynagrodzenie oraz egzemplarz autorski. Była to nauka in statu nascendi, zapewniająca pierwszeństwo i autorski charakter odkryć. Początkowo charakter ten zapewniały obyczaje akademickie. Dopiero konwencja berneńska z 9 września 1886 roku (zmodyfikowana 13 XI 1908) gwarantowała międzynarodową ochronę prawa autorskiego. Rzeczpospolita Polska ratyfikowała tę konwencję w 1922 roku. Polska ustawa o prawie autorskim z 29 marca 1926 roku (weszła w życie 13 VI 1926) oraz działania Polskiego Towarzystwa Ochrony Prawa Autorskiego (zarejestrowanego 31 V 1927) chroniły prawa pisarzy i artystów, w tym autorów dzieł naukowych. Kolejna konwencja rzymska, z 1928 roku, została ratyfikowana przez Prezydenta RP dopiero 23 maja 1934 roku. Polską nowelizację prawa autorskiego przeprowadzono ustawą z 22 marca 1935 roku.

Zaśmiecanie literatury naukowej

Drugą stronę medalu „nauki artykułowej” ukazał Adam Wrzosek (publikował jako „Adam Skibiński”) w rozprawie Myśli o reformie wydziałów lekarskich (1919). Głosił: „Istną plagą piśmiennictwa medycznego jest powódź artykułów, artykulików, jakie spotykamy w czasopismach lekarskich. Tylko nieznaczna ich część posiada jaką taką wartość naukową, a reszta najniepotrzebniej zaśmieca i tak już mocno zaśmieconą i zachwaszczoną literaturę medyczną (…). Ton czasopismom lekarskim nadają w znacznej mierze profesorowie, docenci i asystenci (…). Profesorowie w pierwszym rzędzie powołani są do tego, aby powstrzymywać asystentów od niezdrowej ambicji, zmierzającej do rozgłosu przez jak najczęstsze i jak najspieszniejsze ogłaszanie drukiem prac naukowych”. Sprzyjał tej sytuacji zawodowy status stowarzyszeń lekarskich, które – podobnie jak prawnicze – prowadziły redakcje czasopism. Owe czasopisma miały zagwarantowany zbyt, często oparty na prenumeracie przez profesjonalne kręgi wysoko wykształconych lekarzy czy prawników.

Obok bibliotek powstawały publiczne czytelnie czasopism. Atrakcyjność „nauki artykułowej” sprawiła, że wielu autorów książek wybierało co bardziej atrakcyjne fragmenty na artykuł w periodyku, zanim skierowali całą pracę do druku. Pojawiały się też z okazji jubileuszy uczonych „księgi pamiątkowe”, zawierające w najgorszym przypadku chaotycznie dobrane „przyczynki” w formie artykułów. Duża część artykułów w periodykach naukowych traciła w krótkim czasie swe naukowe walory, ponieważ kolejne publikacje zmieniały ustalone prawdy naukowe.

Jan Szczepański w Dziennikach z lat 1945-1968 (2013) zanotował 13 września 1957 roku: „Dzisiaj kończę 44. rok życia (…). Nie wydałem jeszcze ani jednej większej książki. Dopiero teraz piszę i składam z prac i maszynopisów poprzednio niewydanych duży maszynopis pt. Socjologia XIX i XX wieku (…). Pisałem sporo artykułów publicystycznych, które znajdowały rozgłos i echo. Napisałem kilkanaście rozpraw naukowych uznanych za dobre”. Można więc było osiągnąć uznaną pozycję w świecie nauki bez wielkich dzieł własnych. Mimo tego Szczepański odnotował (30 III 1958): „Sądzę, że jest tylko jedno kryterium sukcesu: dokonane dzieło, zawarte w formach napisanych prac”. Z kolei 31 grudnia 1959 roku podliczył: „Po wojnie wydrukowałem 143 artykułów, recenzji, notatek, skryptów, pozycji publicystycznych itp. Wraz z 31 przedwojennymi jest tego 174 drobiazgów”.

Najbardziej dostrzegalną stratą wywołaną przez upowszechnienie „nauki artykułowej” był upadek estetyczny publikacji – roczniki dyscyplinowe miały powtarzalną szatę graficzną. W żadnym przypadku nie mogły być traktowane jako obiekty kultu, nie interesowały bibliofili. Jeszcze mniejszą wartość miały nadbitki, traktowano je wyłącznie w kategoriach użytecznych bądź jako wymienne znaki przyjaźni między uczonymi. Wadą artykułów naukowych było upowszechnienie formy eseju, który z definicji pozbawiony był możliwości konfrontacji czytelnika z warsztatem naukowym autora. Z kolei w artykułach „przyczynkarskich” przesadna ekspozycja warsztatu w przypisach wpływała na ograniczoną przyswajalność treści. „Nauka artykułowa” była i jest preferowana przez biurokratów zarządzających nauką akademicką. Artykuły zostały wciągnięte na listy publikacji, co rzekomo zobiektywizowało oceny dorobku pracowników nauki.

Wróć