logo
FA 4/2021 życie akademickie

Marek Misiak

Lieber Herr Redakteur...

Fot. Stefan Ciechan

Angielski – choć to tylko moje czysto subiektywne odczucie – wydaje się jakby bardziej oswojony, jak użyteczne narzędzie; niemiecki wymaga ode mnie więcej pokory, pozostaje trochę unheimlich, ale sprawia też, że chcę opuszczać to, co znane po polsku i po angielsku.

Moje artykuły dotyczą głównie pracy redaktora opracowującego teksty w języku angielskim i jest to naturalne, bo w tym właśnie języku uprawia się naukę. Zdarza się jednak, choć niepomiernie rzadziej, okazja pracy w innym języku obcym. Znam redaktorów pracujących po francusku, rosyjsku i ukraińsku. Od czasu do czasu sam pracuję zaś na tekstach po niemiecku. Najczęściej nie obejmuje to dogłębnej redakcji, którą zajmują się native speakerzy (po niemiecku taka osoba to der Muttersprachler) lub germaniści z dłuższą praktyką, lecz korektę oraz weryfikację tłumaczeń. Już to pozwala jednak na szereg spostrzeżeń, a przede wszystkim na pojawienie się poważnego zaniepokojenia.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że języki obce inne niż angielski oraz obowiązujące w nich, nierzadko odmienne od polskich i angielskich, zasady składu tekstu, interpunkcji, a nawet ortografii są traktowane po macoszemu. Błędy wynikają nie ze złej woli czy braku szacunku, ale po prostu z niewiedzy, której jednak profesjonalistom – naukowcom, publicystom, redaktorom i składaczom – nie wolno mi nie wytknąć. Ważna uwaga: w ogólnych zasadach odnoszących się do najważniejszych języków europejskich można się orientować nawet nie znając danych języków, natomiast rzecz jasna nikt od nikogo nie oczekuje, że będzie znał tajniki edytorstwa w suahili.

Sprawdzałem kiedyś publikację po angielsku opatrzoną streszczeniem po francusku. Inny redaktor usunął spacje przed wykrzyknikami, znakami zapytania, dwukropkami i średnikami, które w języku Moliera są obowiązkowe; zasady tej przestrzega się także w innych krajach francuskojęzycznych. Bywały sytuacje, gdy ktoś nie zauważył, że wszystkie rosyjskie nazwiska w tekście po polsku są zapisane w angielskiej transkrypcji. Nie znając grażdanki, nie był w stanie tego zweryfikować, więc uznał, że tak ma być. Owszem, są przypadki, gdy angielska, a nie polska transkrypcja jest prawidłowa. W niektórych publikacjach naukowych pilnuje się, aby zapis nazwisk był identyczny z tym z bazach danych, ale wtedy moim zdaniem lepiej podać imię i nazwisko w polskim zapisie, a angielski ująć w nawias. Jest to tym istotniejsze, że system fonetyczny języka angielskiego różni się od systemu rosyjskiego bardziej niż system języka polskiego. W angielskim zapisie dochodzi zatem do zniekształceń wymowy znacznie częściej i znacznie poważniejszych, niż gdy cyrylicę transkrybujemy na polski (polskie Breżniew jest bardziej zbliżone do rosyjskiego Брежнев niż angielskie Brezhnev). Ponadto dla osoby słabiej obeznanej z transkrypcją angielską, a jednocześnie nieznającej rosyjskiego, niektóre imiona i nazwiska mogą być trudne do odczytania.

Nie sprawdził, czym zastąpić

Nie zliczę przypadków, gdy przy konwertowaniu tekstu z formatu na format lub w składzie zniknęły znaki diakrytyczne. Pominięcie ich – jeśli nie zastosowano transkrypcji na skład z użyciem tylko 24 liter łacińskich – jest nie tylko niestaranne, ale i niebezpieczne. W praktycznie każdym języku, w zapisie którego występują znaki diakrytyczne, istnieją pary wyrazów, nazwisk lub nazw własnych różniących się tylko diakrytem. Nawet jeśli nie prowadzi to do pomylenia znaczeń, może zniekształcać wymowę, gdyż te same znaki diakrytyczne oznaczają (choć nie jest to regułą) podobną wymowę danej głoski w różnych językach i nawet osoba nieznająca danego języka może dobrze odczytać zapis. Są też języki, w których diakryty sygnalizują akcent lub w ogóle wymawialność danej głoski.

Niemiecki jest dobrym przykładem na to, dlaczego warto uważać na diakryty – wyrazów różniących się tylko umlautem (ö, ü, ä) jest w nim zauważalna grupa, a pomyłki mogą być ryzykowne (np. schwül to „parny, duszny”, a schwul – „gejowski”), a w każdym razie prowadzić do nieporozumień (np. gdy przegłos odróżnia liczbę pojedynczą od mnogiej, nie zawsze można liczyć na rodzajniki). Zdarzają się jednak błędy wynikające już z niewiedzy. Znaki diakrytyczne są przeróbkami liter łacińskich; w niektórych językach używane są jednak zupełnie nowe znaki, których oddawanie w transkrypcji jest ściśle określone. W mojej biblioteczce na poczesnym miejscu trzymam wydaną przez pewne polskie wydawnictwo książkę, w której w oryginale zacytowano obszerne wyimki z pamiętników Hansa Franka (wraz z tłumaczeniem). Umlauty pozostały nienaruszone, natomiast każde ß (scharfes S) zastąpiono… zwykłym pojedynczym „s”, podczas gdy w takiej sytuacji zawsze należy wstawić „ss”. Indagowany składacz poinformował mnie, że jako tzw. pismo chlebowe (czyli przeznaczone do składu głównego tekstu dzieła) wybrał font, w którym ß wygląda tak źle, że uznał, że je zastąpi. Nie sprawdził jednak, czym ma zastąpić. Gdyby to zrobił, nie byłoby problemu; wbrew pozorom zapis, w którym występują umlauty, a ß nie, jest akurat w pełni poprawny. Zastępowanie ß przez ss jest obowiązkowe, gdy font nie zawiera tego znaku lub słowo go zawierające zapisywane jest wielkimi literami – ß funkcjonuje zasadniczo tylko jako mała litera, gdyż nie znajduje się na początku żadnego słowa, a w zapisie wielkimi literami w jego miejsce stosuje się małe ß lub SS. Zaś w wersji alfabetu stosowanej w Szwajcarii i Liechtensteinie zawsze używa się ss, a ß nie funkcjonuje w ogóle.

Jak dobrze przenieść wyraz

Odrębnym problemem jest w tekstach po niemiecku dzielenie wyrazów. Wielu redaktorów i składaczy mniej doświadczonych w pracy po angielsku jest przekonanych, że w języku Szekspira wyrazy można przenosić w sposób całkowicie dowolny. Niektóre programy do składu mają nawet tak ustawione automatyczne dzielenie wyrazów po angielsku. Tak nie jest (omawiałem ten problem w jednym z wcześniejszych tekstów), a po niemiecku zasady są wyraźnie ostrzejsze. W przypadku języka niemieckiego wyrazy, które nie są złożeniami (Komposita), czyli zestawieniem kilku wyrazów, dzieli się na sylaby. Wyrazy złożone rozdziela się na końcu wiersza w pierwszej kolejności na granicy złożenia, a jeśli nie jest to możliwe, dopuszczalny jest podział na sylaby, który jednakowoż nie może zniekształcić znaczenia wyrazu, np. Spiel-eröffnung („rozpoczęcie gry”), a nie Spieler-öffnung („otwarcie gracza”, cokolwiek miałoby to znaczyć…). Ponadto w języku niemieckim mamy do czynienia z dwu-, trój-, a nawet czwórznakami oznaczającymi jeden dźwięk (np. ph, th, sch), których nie wolno rozdzielać przy przenoszeniu wyrazu na końcu wiersza. Nie dzieli się też podwojonych samogłosek oraz samogłoski wraz z niemym „h”. Warto pamiętać, że po niemiecku złożenia nie muszą być długie. Możemy mieć do czynienia np. z trójsylabowym wyrazem składającym się z przyimka i czasownika (ver-zerren – wykrzywiać, zniekształcać). Krótko mowiąc: nie da się po niemiecku dobrze przenieść wyrazu, jeśli nie zna się jego znaczenia, a zatem i struktury.

Nie ma zatem wyjścia – jeśli w tekście pojawiają się choćby drobne elementy w języku obcym (np. tylko nazwiska i nazwy własne), musi je przynajmniej raz sprawdzić osoba, która ten język dobrze zna. Samo sprawdzanie w internecie jest zawodne, gdyż osoba sprawdzająca, nie znając danego języka, może nie być w stanie sprawdzić, czy odnalezione rozwiązanie faktycznie jest poprawne, a sama częstość występowania o niczym nie świadczy, gdyż np. gubienie diakrytów jest w sieci nagminne, nawet w wielu poważnych źródłach. Nawet posługiwanie się internetowymi narzędziami tłumaczącymi nie pozwoli zapobiec wielu błędom, do których wykrycia potrzebna jest po prostu znajomość języka. Sprawdzałem szereg publikacji historycznych, w których jedynym niemieckojęzycznym elementem były tytuły książek, artykułów i dokumentów w przypisach i bibliografii. Błędy w nich – ortograficzne, interpunkcyjne i przy przenoszeniu wyrazów – przeszły przez wszystkie poprzednie kontrole, gdyż nikt nie pomyślał, aby do elementu tak drobnego w porównaniu ze zrębem dzieła zatrudnić kogoś znającego niemiecki.

Zaskakujące metafory

Na koniec słowo wyjaśnienia. Najtrudniejsze nie jest redagowanie po niemiecku, ale przyjmowanie współczucia innych, że muszę się męczyć z tym strasznym językiem drutu kolczastego. Do niczego się nie zmuszam i wcale nie cierpię. Ten język wcale nie jest trudny, za to lubię się w nim zanurzać, w jego dostojnej powadze, chrapliwej, ale ciepłej melodii. Niemiecki wcale nie musi być twardy. W wielu regionach Niemiec (nie tylko na południu) dominuje miękka wymowa, z charakterystycznym „r” zbliżonym do „h” oraz „ch” i końcówką „-ig” wymawianymi jako dźwięk zbliżony do „ś”. Nieprawdą jest, że niemiecki jest toporny i kanciasty. Z reguły w takich sytuacjach osoby nieznające niemieckiego z miną znawcy wyciągają zza pazuchy nieśmiertelnego Schmetterlinga (der Schmetterling to motyl). Tak, to słowo nie brzmi najładniej. Ale już die Libelle brzmi dla mnie równie ładnie jak polska „ważka”, a może nawet ładniej. A üppig jest jakieś słodkie i frywolne w porównaniu z polskim „bujnym, pulchnym”. Takie przykłady można mnożyć. Nieprawdą jest wreszcie, że niemiecki składa się z wyrazów zajmujących całe linijki. To prawda, w tym języku (podobnie jak w spokrewnionych z nim niderlandzkim i językach skandynawskich) jest możliwość tworzenia zrostów nawet czterech wyrazów mających razem po kilkanaście sylab. Tak powstałe słowa (głównie rzeczowniki) spotkać można głównie w piśmiennictwie naukowym, technicznym lub prawniczym, a i tam nie w co drugim zdaniu.

Redagując publikacje po niemiecku czy sprawdzając tłumaczenia, można napotkać na słowa zawierające zaskakujące metafory i nie tylko niemożliwe do oddania w innym języku jednym słowem, ale czasem w ogóle tylko „przybliżalne”, lecz nie do końca przetłumaczalne. Przykładem może być das Unheimliche – coś niesamowitego, mrocznego, a przede wszystkim radykalnie innego od tego, co w jakimkolwiek sensie znajome (das Heim to dom, schronienie, un– oznacza po niemiecku przeciwieństwo jakiejś cechy). W ujęciu Freuda jest to element rzeczywistości znany wcześniej, lecz wyeliminowany ze świadomości przez mechanizm wyparcia. Angielski – choć to tylko moje czysto subiektywne odczucie – wydaje się jakby bardziej oswojony, jak użyteczne narzędzie; niemiecki wymaga ode mnie więcej pokory, pozostaje trochę unheimlich, ale sprawia też, że chcę opuszczać to, co znane po polsku i po angielsku.

Wróć