logo
FA 4/2021 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Kłopoty z przyzwoitością

Rys. Sławomir Makal

KEN dokonał przegięcia w jedną stronę (nazwałbym to „nadmuchiwaniem balonika” przyjmowanych przez jego członków bibliometrycznych wskaźników). Natomiast korektorzy tej listy dokonali przegięcia w drugą stronę, tj. narodową, środowiskową i wyznaniową.

Zapewne sporo jest osób skłonnych podpisać się pod twierdzeniem prof. Władysława Bartoszewskiego, że warto w życiu być przyzwoitym. Sporo jednak znajdzie się również takich, które jeśli nawet nie uznają tego za zawracanie głowy, to zapytają, co to określenie znaczy lub też, co się przez to rozumie? Niełatwo udzielić na nie przekonywujących odpowiedzi. Rzecz jasna nie oznacza to, że nie należy takich pytań stawiać i szukać na nie odpowiedzi.

Problemy językowe

O poradę językową w kwestii znaczenia słowa ‘przyzwoitość’ można oczywiście zwrócić się do „doktora googla”. Jednak nawet to źródło wiedzy wszelakiej nie za bardzo ułatwi rozwiązanie językowych problemów. Podaje ono wprawdzie długą listę synonimów i antonimów, a nawet umieszcza je w różnych grupach znaczeniowych i kontekstach, jednak dla jednych może to stanowić ułatwienie, natomiast dla wielu innych dodatkowy problem. Pytania o przyzwoitość stawia się bowiem zwykle wówczas, gdy chodzi o konkretne zachowania, do których nawet pasują niektóre słownikowe synonimy i antonimy, jednak pytający oczekują językowej jednoznaczności. Wieloznaczność w tej kwestii może bowiem stanowić, i niejednokrotnie stanowiła, swoiste usprawiedliwienie dla tych, którzy uznają przyzwoitość za anachronizm lub „wołanie na puszczy”, na które nie warto odpowiadać.

Nie można niestety powiedzieć, że dużo lepiej sobie radzi z tą wieloznacznością społeczność akademicka. Potwierdzeniem może być m.in. Kodeks etyki pracownika naukowego. W tym przygotowanym przez Komisję ds. Etyki w Nauce dokumencie określenie ‘przyzwoitość’ nie pojawia się ani razu. Pojawia się w nim natomiast szereg jego synonimów i antonimów. Już w preambule mówi się o zachowaniach obowiązujących uczonych jak „poszanowanie godności człowieka oraz życia we wszystkich jego przejawach, prawdomówności, uczciwości, obowiązku przestrzegania przyjętych zobowiązań oraz uznaniu prawa do wolności przekonań i prawa własności”. Wszystko to można uznać za synonimy przyzwoitości. Natomiast do antonimów można zaliczyć to, o czym się mówi w pkt 3 tej preambuły, czyli „nasilające się w ostatnich latach zjawiska w rodzaju grzecznościowych recenzji, plagiatów, wieloetatowości, nieuzasadnionego cytowania prac i wykorzystywanie do własnych celów zasobów instytucji, w których się pracuje”. W punkcie Kodeksu zatytułowanym Dobre praktyki w badaniach naukowych mówi się m.in. o takich przejawach przyzwoitości jak: „sumienność w prezentowaniu celów i intencji zamierzonych lub prowadzonych badań”, „wiarygodność w prowadzeniu badań”, „niewykorzystywanie swojego naukowego autorytetu przy wypowiadaniu się na tematy poza obszarem własnej kompetencji” oraz „niezależność od zewnętrznych wpływów na prowadzenie badań”. Natomiast w punkcie zatytułowanym Nierzetelność w badaniach naukowych do najbardziej rażących przejawów nieprzyzwoitości zalicza się: „zmyślanie wyników badań i przedstawianie ich jako prawdziwych”, „zmienianie lub pomijanie niewygodnych danych” oraz „popełnianie plagiatów”. Dokument ten jest wprawdzie dosyć dobrze znany społeczności akademickiej, jednak od czasu do czasu musi być przypominany, bowiem pojawiają się w jej życiu kolejne przejawy nieprzyzwoitości. Ostatnio przywołany został w nr 4/2020 kwartalnika PAN „Nauka”. Jestem przekonany, że redaktor naczelny tego czasopisma, prof. Jerzy Brzeziński, nie zdecydowałby się na to przypomnienie, gdyby nie uważał, że tak źle dzieje się z przyzwoitością w życiu akademickim, iż należy włączyć „czerwone światło” ostrzegawcze.

Rozmijanie się z przyzwoitością w praktyce

Na przejawy rozmijania wskazuje się nie tylko w przywoływanym Kodeksie, ale także w licznych wypowiedziach uczonych zamieszczanych w internecie oraz na łamach środowiskowych czasopism, zwłaszcza „Forum Akademickiego”. W tym ostatnim od wielu lat prowadzony jest dział „Z archiwum nieuczciwości naukowej” i nie wygląda na to, aby redaktorowi Markowi Wrońskiemu brakowało materiałów do tego serialu. Wypowiadałem się również niejednokrotnie na ten temat. Przypominam to jedynie po to, aby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego w tym punkcie rozważań skupiam się wyłącznie nad jednym problemie, tj. na ogłoszonym 9 lutego br. i uzupełnionym 18 lutego br. ministerialnym wykazie punktowanych czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji naukowych. Nie twierdzę, że wszystkie znajdujące się w nim pozycje i przypisane im punkty są świadectwem rozmijania się z przyzwoitością w praktyce współautorów tego dokumentu. Przede wszystkim dlatego, że nie posiadam kompetencji do merytorycznej oceny ponad 31 tys. znajdujących się na tej liście czasopism. Mam jednak poważne wątpliwości, czy mieli ją również jej współautorzy. Takie obiekcje zgłaszane są zresztą przez inne osoby wypowiadające się zarówno na temat obecnej, jak i poprzedniej listy czasopism. Głosy wyrażające zdumienie, a nawet oburzenie dotyczą jednak nie całej nowej listy, a nawet nie wszystkich zmian w stosunku do listy wcześniejszej, lecz tylko niektórych spośród ponad 400 czasopism, które bądź to zostały do niej dopisane, bądź też została im podwyższona punktacja. W tej grupie najwięcej jest czasopism z dziedzin – nauki humanistyczne, społeczne i teologiczne. W tym zakresie czuję się bardziej kompetentny, zwłaszcza jeśli chodzi o czasopisma, które zostały przypisane (mniej lub bardziej trafnie) do nauk humanistycznych. W końcu od kilkudziesięciu lat prowadzę w tym zakresie badania oraz orientuję się w realiach środowiskowych i naukowych osób związanych z tymi naukami. Niejedną z nich znam osobiście lub jako autora artykułów proponowanych do druku w czasopismach, których jestem redaktorem naczelnym.

Zacznę od tych ostatnich. Oba znajdowały się zarówno na tej, jak i na poprzedniej liście czasopism punktowanych. Punktacja podwyższona została jednak tylko jednemu z nich (z 40 na 70 pkt.). Odpowiadając na pytanie, czy słusznie, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jak najbardziej, bowiem od czasu poprzedniej oceny znacznie poprawiło ono regularność ukazywania się czy prezentowania wyników badań uczonych z różnych ośrodków akademickich. Natomiast na pytanie, czy osiągnęło już poziom, jaki prezentują tzw. wiodące czasopisma zachodnie, z równie głębokim przekonaniem mogę powiedzieć, że sporo jeszcze jest w tym zakresie do zrobienia (i zostanie zrobione). Jednak jego naukowy i edytorski poziom nie jest w moim przekonaniu niższy od niejednego spośród czasopism, którym na liście przypisano 100 punktów. Tutaj zaczyna się problem z przyzwoitością, na który wskazują liczne głosy krytyczne wobec tego wykazu. Wśród wywindowanych na nieprzyzwoicie wysoką punktację czasopism znajdują się bowiem zarówno takie, o których istnieniu mało kto słyszał w środowisku akademickim, jak i takie, o których wprawdzie słyszano, ale głównie w środowiskach kościelnych lub lokalnych. W niektórych przypadkach dotyczy to skoku z zera na 40 pkt. Wśród awansowanych są jednak również takie, które zaliczyły skok z 20 na 100 pkt. Właściwie nie bardzo wiadomo, czemu zawdzięczają ten sukces, bowiem raczej nie poziomowi publikacji i sposobowi funkcjonowania w środowisku akademickim (a znajdowanie się niektórych w bazie Scopus to co najmniej dyskusyjna rekomendacja). O ile jednak w przypadku niejednego z zagranicznych czasopism można powiedzieć, że chodzi o pieniądze (pobierają one bowiem spore opłaty za drukowane w nich artykuły), to w przypadku czasopism polskich kwestie finansowe schodzą na plan dalszy, a przynajmniej ich redakcje nie domagają się na razie opłat tak nachalnie jak ich zagraniczni odpowiednicy.

Obrońcy tej listy twierdzą, że „wiele z tych czasopism posiadało unikalny, pozytywny i jedyny w nauce polskiej wkład w rozwój danych dziedzin wiedzy”, a także myślano o tym, aby „niektóre dziedziny wiedzy, uprawiane w kraju, nie obumierały, ale służyły narodowi polskiemu”. Można oczywiście dyskutować, czy te kryteria zostały na tyle trafnie dobrane, że czasopisma, które znalazły się wysoko na ministerialnej liście, faktycznie dobrze będą służyły polskiej nauce i polskiemu narodowi. Można także dyskutować, czy dopisanie z „ministerialnego kapelusza” do listy najpierw 73 czasopism, a później (na liście „pocieszenia” z 18 lutego) kolejnych pięciu, czyni istotną różnicę w trafności punktacji ponad 31 tys. czasopism, a także, czy podwyższenie punktacji 336 z nich bez konsultacji z Komisją Ewaluacji Nauki (KEN) stanowi, czy też nie, naruszenie obowiązujących regulacji prawnych. Wiadomo jednak przynajmniej, co stanowi odniesienie dla tej przyzwoitości, pod którą podpisują się ministerialne władze i ich doradcy. Wiadomo także, do czego odnosi się przyzwoitość, która pojawia się w podtekście oświadczenia KEN z 11 lutego b.r., w którym wyraża się „zaniepokojenie publikacją wykazu czasopism punktowanych zawierającego liczne pozycje, które nie były konsultowane z KEN”.

Kilka ogólniejszych pytań i sugestii

Można oczywiście powiedzieć, że zmiany dokonane na wcześniejszej liście czasopism stanowią przysłowiową „łyżkę dziegciu dodaną do beczki miodu”. Tak jednak będą skłonni mówić przede wszystkim krytycy zmian. Natomiast ich obrońcy będą utrzymywali, że wcześniejszej listy czasopism w żadnym razie nie można uznać za „beczkę miodu”. Trudno tym ostatnim całkowicie odmówić racji, bowiem spotkała się ona również z licznymi głosami krytycznymi. Można, a nawet należałoby, postawić pytanie: czy możliwe jest sporządzenie takiej listy punktowanych czasopism naukowych, która nie będzie urągała (w całości lub w swoich istotnych częściach) poczuciu przyzwoitości? Przynajmniej niektóre pojawiające się w tej dyskusji głosy krytyczne wskazują na istnienie uczonych, którzy uważają, że w nauce nie potrzeba takiej listy, a do określenia badań na wysokim poziomie i osiągania w nich znaczących wyników istnieje szereg bardziej obiektywnych kryteriów. Nawet jednak oni muszą przyznać, że kwestią dyskusyjną była i jest odpowiedź na pytanie, kto ma ustanawiać te kryteria oraz decydować o ich obowiązywaniu w życiu akademickim.

Pytanie to zresztą pojawia się również w polemice autorów i obrońców ministerialnej listy z jej krytykami. Według pierwszych głos decydujący należy do ministra naszego resortu. Natomiast według drugich – do reprezentacji środowiska akademickiego, jaką jest KEN. Nie ulega wątpliwości, że zarówno obecny, jak i poprzedni minister nauki realizuje określoną politykę parlamentarnej większości, a w niej chodzi przecież nie tylko o uczonych i naukę; o czym zresztą mówią otwarcie ministerialne władze i nie mają wątpliwości uczeni. Nie twierdzę, że sprawy nauki najlepiej będzie pozostawić samym uczonym. Twierdzę natomiast, że jeśli już muszą do niej wkraczać politycy, to stosunkowo najlepiej wychodzi to tym, którzy poza doświadczeniem politycznym mają również spore doświadczenie naukowe (zdobyte nie tylko na „własnym podwórku”, ale także dzięki udziałowi w międzynarodowym życiu akademickim). Zdaniem krytyków tej listy, takiego doświadczenia brakuje zarówno obecnemu ministrowi naszego resortu, jak i jego najbliższym doradcom. Można oczywiście zapytać, dlaczego został on powołany na stanowisko? Mam w tej kwestii swoją opinię, nie będę jednak się z nią obnosił (choć nie jestem w niej odosobniony). Mam zresztą również swoją opinię na temat akademickiego doświadczenia przynajmniej niektórych członków KEN, w tym osób oceniających czasopisma naukowe i ustalających ich punktacje. Wyrażałem ją zarówno na łamach FA, jak kwartalnika „Nauka”. Nie będę przywoływał nazwisk. Powiem jedynie, że podzielam pojawiającą się w dyskusji opinię, że KEN dokonał przegięcia w jedną stronę (nazwałbym to „nadmuchiwaniem balonika” przyjmowanych przez jego członków bibliometrycznych wskaźników). Natomiast korektorzy tej listy dokonali przegięcia w drugą stronę, tj. w stronę narodową, środowiskową i wyznaniową. Poważnym uczonym i poważnej nauce nie służy jednak dobrze takie „huśtanie od ściany do ściany”. Rzecz jasna są oni w stanie nie tylko je przetrwać, ale także robić swoje i nie zawracać sobie głowy tego rodzaju punktacją. Zapewne również w tym przypadku tak będzie.

Intryguje mnie jeszcze jedno pytanie, choć raczej nie spodziewam się na nie szczerej i otwartej odpowiedzi, bowiem mogłaby ona przyćmić mniemany sukces, jakim było uzyskanie przez niektóre czasopisma skokowego awansu na liście. Jednak je postawię. A zatem zapytam redaktorów czasopism, które dokonały punktowego skoku, jak się ma do niego ich poczucie przyzwoitości i czy nie przeszkadza im specjalnie to, że trafili na funkcjonującą w internecie „czarną listę” tych, którym dano dużo więcej niż im się należało? Być może przynajmniej niektórzy z nich mają tzw. mieszane uczucia. Nie postawiłbym jednak wielkich pieniędzy na to, że stanowią oni w tym gronie większość. Powiem zatem na koniec nieco filozoficznie: w życiu (również akademickim) nic nie jest trwałe, a doraźne sukcesy mogą zarówno budować lepszą przyszłość, jak i rujnować to, co z takim trudem było przez lata budowane.

Wróć