logo
FA 3/2026 w stronę historii

Marcelina Smużewska

Profesor od wszy

Profesor od wszy 1

Rudolf Weigl. Źródło: Wikipedia

Żeby karmić wszy, niepotrzebne były specjalne kompetencje, oprócz tego, że trzeba było być w miarę silnym i zdrowym. Dlatego tak cenne było to zajęcie w okresie okupacji. Chroniło przed wywózką na przymusowe roboty lub do lagru, ale pozostawiało czas na tajne komplety i konspirację.

Bohater niniejszego artykułu dokonał ważnego cywilizacyjnie odkrycia, a do tego był tytanem pracy. Portret człowieka byłby jednak niepełny, gdyby pominąć jego charakter i pasje życiowe oraz ogólne podejście do życia i nauki. Poniżej znajduje się historia mikrobiologa, który odkrył szczepionkę przeciw groźnej chorobie, a potem zajął się jej produkcją, ratując przy tym wiele ludzkich istnień.

Z urodzenia Niemiec, z wyboru Polak

Rudolf Stefan Jan Weigl urodził się 2 września 1883 roku w miejscowości Przerowo na Morawach. Ojcem był Fryderyk Weigl, a matką Elżbieta z Kröselów. Rodzice z pochodzenia byli Niemcami, obywatelami monarchii austro-węgierskiej. Rudolf miał dwoje starszego rodzeństwa: siostrę Lilly i brata Fryderyka. Rodzina posiadała fabrykę powozów, a potem aut. Ojciec zginął w wypadku. Testował nowy model bicykla i niefortunnie z niego spadł. Rudolf miał wtedy 4 lata. Wdowa wyjechała do Wiednia, gdzie prowadziła pensjonat. Tam poznała Polaka Józefa Trojnara, za którego wyszła za mąż. Zamieszkali W Jaśle, a potem w Stryju. Ojczym był nauczycielem i dyrektorem szkoły. Dzieci całkowicie „spolszczył”. Wcześniej mówiły po niemiecku i po czesku, później ich głównym językiem codziennej komunikacji stał się polski.

W 1896 roku Rudi poszedł do gimnazjum. Oficjalnie szkoła była austro-węgierska, ale w rzeczywistości wychowywała młodzież w duchu polskiego patriotyzmu. Do wszechnicy tej chodzili także Stefan Jaracz, Hugo Steinhaus i Stanisław Pigoń. Edukację gimnazjalną młody Weigl kontynuował w Stryju. Zdał tam maturę w 1903 roku i zapisał się na Wydział Medyczny Uniwersytetu Lwowskiego.

Przez pierwsze trzy lata studiów Weigl zajmował się głównie zoologią. Rozpoczął także studia medyczne, ale ich nigdy nie ukończył. Znaczący wpływ na zdolnego studenta miał Józef Nusbaum-Hilarowicz. Pierwszą tekstem naukowym Weigla było Über die gegenseitige Verbindung der Epithelzellen im Darme der Wirbeltiere (W sprawie wzajemnego połączenia komórek nabłonka w jelitach kręgowców). Artykuł ukazał się w 1906 roku w biuletynie Akademii Umiejętności w Krakowie. Rok później Rudolf Weigl ukończył studia z tytułem doktorskim. Z prof. Hilarowiczem współpraca układała się znakomicie, gdyż obaj naukowcy byli pracoholikami. W laboratorium spędzali po 7 dni w tygodniu. W 1913 roku młody Weigl przystąpił do kolokwium habilitacyjnego i uzyskał z powodzeniem status privatdozenta w zakresie zoologii, anatomii porównawczej i histologii. W tym czasie jego zainteresowania coraz wyraźniej skupiały się na mikrobiologii.

Historia choroby

Wraz z I wojną światową wybuchła kolejna epidemia duru plamistego. „Tyfus, zamiennie nazywany durem osutkowym lub plamistym, był zawsze tam, gdzie nędza, głód i wojna. W dowolnej kolejności” (Mariusz Urbanek, Profesor Weigl i karmiciele wszy, Warszawa, Iskry, 2018). Do objawów należały: wysoka gorączka, dreszcze, światłowstręt, bóle mięśni i stawów. Na ciele pojawiały się czerwone plamy, które z czasem zaczynały krwawić. Chorobie towarzyszyły zaburzenia świadomości. W 60% przypadków kończyła się zgonem pacjenta. Przeżywali najsilniejsi, którymi miał się kto zaopiekować. W tym czasie nie było na tę chorobę ani skutecznego leku, ani szczepionki.

Wiedziano, że źródłem tyfusu jest krew ludzi zakażonych. Przetestował to na sobie Józef Moczutkowski w 1880 roku w Odessie. W 1909 roku Francuz Charles Nicolle udowodnił, że chorobę przenoszą wszy odzieżowe, za co w 1928 roku dostał Nobla. Amerykanie Howard Taylor Ricketts i Russel M. Wilder ustalili, że wszy są zdolne do zakażania dopiero po 2-5 dniach ssania krwi chorego. Austriacki parazytolog Stanislaus von Prowazek potwierdził z kolei identyczność tyfusu plamistego u ludzi i małp. Ricketts i Prowazek niezależnie od siebie ustalili także, że wszy są nosicielkami bakterii odpowiedzialnej za chorobę duru osutkowego. Co smutne, obaj uczeni zmarli z powodu tej choroby. Ricketts miał 41 lat, a Prowazek 40. Ostatecznie wyniki ich badań potwierdził brazylijski uczony Henrique da Rocha Lima. Na cześć obu zmarłych nazwał bakterię roznoszoną przez wszy odzieżowe Rickettsia prowazekii.

Profesor od wszy 2

Karmienie wszy. Źródło: mnzp.pl

Insekty nie zarażały się między sobą, dlatego potrzebny był ludzki pośrednik. Weigl opracował bezpieczną metodę sztucznego zakażania wszy. Za pomocą cieniutkiej rurki wprowadzał per rectum do jelit zdrowych owadów bakterię wywołującą chorobę. Po kilku dniach ich przewód pokarmowy stawał się miejscem hodowli zarazka. Podobno na ten pomysł Weigl wpadł w Przemyślu, gdzie na początku 1915 roku trafił do pracy jako mikrobiolog. Znajdował się tam szpital wojskowy, którego jedną z pracowni kierował epidemiolog Filip Eisenberg, były asystent Odo Bujwida. Zajmowano się tam zarazkami cholery i zwierzchnik Weigla niechętnie patrzył na jego badania nad tyfusem, jednak je tolerował. Kolejnym miejscem prowadzenia eksperymentów był Tarnów, gdzie znajdował się obóz jeniecki. Do badań zostały włączone świnki morskie, które – tak jak ludzie – także chorowały na tyfus.

W tym okresie Weigl przez przypadek zainfekował się badanymi zarazkami i zachorował na pełnoobjawowy tyfus. Postanowił sytuację wykorzystać i własną krwią zakażać wszy. W tym celu skonstruował specjalne klateczki, szczelne pojemniki, które mocował następnie na własnych kończynach. Z jednej strony pojemniki miały ściankę z gazy, dzięki czemu insekty mogły wgryzać się w ciało karmiciela. Drugą kwestią było sporządzenie szczegółowego opisu symptomów choroby, co uczynił. Kiedy wyzdrowiał, zaczął testy szczepionki. Najpierw na świnkach morskich, potem na sobie. Ustalił, że wstrzyknięcie zawiesiny z zarazków pozyskanych z jelit 250 wszy daje pożądaną odporność. Zaproponował władzom austro-węgierskim masową produkcję preparatu, ale zanim zapadły jakieś decyzje, wojna się skończyła.

Przez krótki czas Weigl pracował w Przemyślu w Pracowni Badań nad Tyfusem Plamistym. Zatrudnił tam swoją żonę Zofię Kuligowską (z którą wcześniej studiował) i Ludwika Flecka, który potem wyspecjalizował się w socjologii medycyny. Do Lwowa wrócił w 1920 roku, gdzie powołano go na Katedrę Biologii Ogólnej. Było to dosyć kontrowersyjne posunięcie uczelni. Weigl miał zaledwie 37 lat i niewielki dorobek publikacyjny. Trochę plotkowano o tej nominacji na uczelni, ale mikrobiolog nic sobie z tego nie robił.

Instytut i szczepionka

Jako kierownik katedry Weigl zajął się tworzeniem miejsca, gdzie będzie mógł kontynuować badania nad szczepionką i jednocześnie ją produkować. Placówka znajdowała się przy ul. Świętego Mikołaja 4, w jednym ze starszych budynków uniwersytetu. Napisy przestrzegały przed przekraczaniem drzwi katedry ze względu na możliwość zakażenia się niebezpiecznymi chorobami. Prace Weigla wymagały znacznej ilości sprzętu laboratoryjnego: szkła, wirówek, palników, binokularów itp. Konieczna była także hodowla różnego rodzaju „braci mniejszych”: od wspomnianych świnek morskich i wszy, po króliki, myszy, traszki, salamandry czy żaby. W latach 20. XX wieku zakład tworzyło kilkunastu pracowników. W okresie II wojny światowej nawet powyżej tysiąca.

Rotacja pracowników była dosyć duża. Po pierwsze, nie wszyscy byli w stanie znieść wybuchowy charakter i wymagania szefa. „Oberwać” od Weigla można było za wszystko. Po drugie, mikrobiolog był bezkompromisowy i w sprawach naukowych nieco… nietolerancyjny, jak określił to dyplomatycznie syn Witold Weigl (zob. Zbigniew Stuchly, Zwyciężyć tyfus – Instytut Rudolfa Weigla we Lwowie. Dokumenty i wspomnienia, Sudety, Wrocław 2001, dostępny online). O swoich pracownikach zwykł wygłaszać surowe i czasem krzywdzące opinie. Kilku z nich jednak cenił i nawet spędzał z nimi prywatny czas. Szczególną funkcję w Instytucie pełniła żona Profesora Zofia Weiglowa. W pierwszych latach od jego utworzenia zajmowała się biurokracją i była mediatorką, która łagodziła konflikty między mikrobiologiem a jego podwładnymi. Była „dobrym duchem” katedry, dla każdego miała czas i często pomagała w problemach osobistych.

Do produkcji szczepionki potrzebni byli preparatorzy, strzykacze i karmiciele wszy. Ci pierwsi byli po to, żeby z zakażonych insektów wydobyć jelita. Ci drudzy wprowadzali malutkimi kapilarami zarazki do jelit owadów. Ich praca była niebezpieczna, bo pracowali z zarazkiem i łatwo mogli się sami zarazić. Trzecia i najbardziej liczna grupa miała za zadanie własną krwią nakarmić wszy. Zajęcie to wymagało nakładania na swoje kończyny kilkunastu skonstruowanych przez Weigla klateczek, do których wkładano setki insektów. Jednorazowy proces karmienia trwał około 40 minut i był bolesny oraz pozostawiał nieestetyczne ślady w postaci prostokątnych wybroczyn, które bardzo swędziały. Żeby karmić wszy, niepotrzebne były specjalne kompetencje, oprócz tego, że trzeba było być w miarę silnym i zdrowym. Dlatego tak cenne było to zajęcie w okresie okupacji. Chroniło przed wywózką na przymusowe roboty lub do lagru, ale pozostawiało czas na tajne komplety i konspirację. Byli także potrzebni ludzie odpowiedzialni za hodowlę wszy, sporządzanie samego preparatu, jego porcjowanie, kontrolę jakości itp. Zatem Instytut Weigla był swoistą fabryką.

Gotowa szczepionka miała 3 dawki. Pierwsza zawierała zawiesinę z 15 jelit, druga z 30, a trzecia z 45 jelit wszy. Zastrzyki trzeba było robić w odstępach tygodniowych. Zależnie od organizmu szczepionej osoby uodporniało ją to na okres roku lub kilku lat.

Życie prywatne

Weiglowie od 1914 roku mieszkali w kamienicy Kuligowskich przy ul. Wagilewicza. W domu, oprócz Weiglów i ich syna (ur. 1921), mieszkali teściowie i trzy siostry Zofii: Stefa, Helena i Wanda. Mikrobiolodzy prowadzili życie uregulowane. Rano wychodzili do „pracowni”, jak nazywali katedrę. Około 14:00 wracali na obiad, a potem Weigl – zwykle już sam – wracał do laboratorium, gdzie pozostawał nie raz do późnych godzin nocnych. Ich synek Wiktor towarzyszył im w pracy od najmłodszych lat, ponieważ nie było wtedy żłobków i przedszkoli.

Wolne chwile rodzina Weiglów spędzała na spacerach, obserwując przyrodę, łapiąc motyle, zbierając okazy płazów do laboratorium. Wakacje przez wiele lat spędzali w Iłemni w Gorgonach, paśmie gór w Beskidach Wschodnich, gdzie cieszyli się bliskością natury. W mieście chodzili na operetki i do kina. Teatru prof. Weigl nie lubił. Nie podobały mu się też filmy wojenne i kowbojskie. Synowi pozwalał korzystać ze swojej biblioteki. Zbudował dla niego teleskop i uczył go astronomii. Interesował się fotografią i chętnie robił zdjęcia swojej rodzinie. Profesor wstawał rano. Codziennie się gimnastykował. Preferował mało profesorski, mniej formalny styl ubierania się. Uwielbiał łowić ryby i strzelać z łuku. Pasji tej oddawał się nawet w przerwach od pracy, gdyż urządził sobie tor łuczniczy w Ogrodzie Botanicznym UJK. Przed II wojną światową lubił też łowiectwo. Potem jednak go zaniechał. Nie był przesadnie religijny. Chodzenie do kościoła wydawało się Weiglowi stratą czasu, ale święta obchodzono w domu tradycyjnie. Nie lubił sytuacji formalnych. Niechętnie bywał na oficjalnych uroczystościach. Nie był też zbytnio towarzyski. Miał raczej wąskie grono przyjaciół, do których zaliczał prof. Jana Lenartowicza (dermatologa i wenerologa), prof. Zdzisława Steusinga (bakteriologa) oraz pediatrę Franciszka Groera. Weigl miał dosyć swobodne podejście do porządku, ale od innych go wymagał. Nie znosił marnotrawstwa. Złościł się, gdy nie mógł czegoś znaleźć. Gdy był czymś zajęty, zapominał o najzwyklejszych sprawach. Według syna był skrajnym pacyfistą. Nie lubił wojska ani nawet piosenek żołnierskich. Był przeciwny przemocy w każdej postaci.

W pracy naukowej był systematyczny, wytrwały, cierpliwy. Mawiał, że „nauka nie znosi partactwa”. Każdą tezę trzeba potwierdzić badaniami i nigdy nie wolno kłamać. Postrzegał też naukę jako rodzaj niewoli. Jeśli chce się osiągnąć wyniki, trzeba się jej całkowicie oddać. Uwielbiał majsterkować. Wiele przyrządów do produkcji szczepionki zrobił lub wymyślił sam. Stworzył zgrany i oddany zespół pracowników, a z zakładu naukowego rodzaj fabryki szczepionek, choć władze zachęcały go do dalszych badań, a wytwarzanie szczepionki proponowano przekazać Zakładowi Produkcji Surowic i Szczepionek PZH. Nie chciał, bo prawdziwą pasją dla Weigla był jego własny preparat.

Dla ludzi był szefem, ale nie kapralem. W latach 30. Katedrę przemianowano na Zakład Biologii Ogólnej UJK, a przy niej ulokowano Instytut Badań nad Durem Plamistym. Tam uformował się właściwy zespół „Weiglowców”. Jak już wspominałam, profesor bywał surowy. Nie był też wylewny i nie skracał dystansu. Prace swoich asystentów sprawdzał bardzo skrupulatnie. Na publikację ukończonych tekstów trzeba było długo czekać. Weigl zresztą pisanie uważał za sprawę drugorzędną. Liczyło się samo odkrycie i możliwość zastosowania tego w leczeniu chorób. Sam miał w sumie niewielki dorobek publikacyjny – 40 prac.

Profesor od wszy 3

Szczepionka przeciwtyfusowa prof. Weigla, Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie Fot. Łukasz Katlewa. Źródło: Wikipedia

W okresie okupacji syn Weigla został asystentem w Instytucie. Wymagano od niego tyle samo, co od innych, a do ojca miał się zwracać „Panie Profesorze”. Weigl nie był dobrym ani charyzmatycznym pedagogiem. Nie miał zdolności dydaktycznych, nie „porywał” swoimi wykładami. Pracy tej zresztą nie lubił, ale konsekwentnie sprzeciwiał się antysemickim ekscesom i nie pozwalał na „getto ławkowe” na swoich zajęciach. Brak wiedzy na egzaminie u studenta uważał jednak za ciężką osobistą zniewagę. Nie miał też poczucia humoru jeśli chodzi o naukę. Imieniny Weigla były świętem Zakładu. Współpracownicy przychodzili odświętnie ubrani i wręczali Profesorowi ręcznie zrobiony prezent, takie najbardziej lubił.

Uznanie

W 1930 roku na posiedzeniu Polskiej Akademii Umiejętności Rudolf Weigl ogłosił, że jego szczepionka chroni przed durem plamistym. W tamtym momencie miał przeprowadzone próby na kilkuset pacjentach i żaden nie zachorował ponownie. Informacje o sukcesie polskiego naukowca pojawiły się na pierwszych stronach gazet. We Lwowie Weigl był znaną osobistością. W tym samym roku nominowano mikrobiologa do Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny. Zgłoszenia ponawiano do wybuchu II wojny światowej, jednak z jakichś względów naukowca pomijano. Do Weigla zaczęli przyjeżdżać bakteriolodzy z całego świata, w tym wspomniany Charles Nicolle z Paryża. Był wielkim fanem lwowskiego uczonego. W 1933 roku w Instytucie Pasteura w Paryżu chwalił Weigla, że uratował on już życie kilku tysiącom ludzi w Polsce, w Tunisie (czyli Tunezji) i w Chinach. Określił go mianem „fanatyka nauki” (Urbanek).

Za tym poszły oficjalne wyróżnienia. Pierwsze odznaczenie otrzymał w 1937 roku od króla Belgii Leopolda III. Zaś papież Pius XI mianował uczonego komandorem Orderu Świętego Grzegorza Wielkiego. Było to najwyższe odznaczenie watykańskie, przyznawane za szczególne zasługi dla Kościoła Katolickiego. Weigl przekazał szczepionki i wyszkolił chińskiego uczonego, doktora Czanga, aby ten kontynuował dzieło Polaka w Azji. W ten sposób katoliccy misjonarze przestali umierać na tyfus. Szczepionka ratowała życie także chorym Chińczykom oraz mieszkańcom kolonii belgijskiej w Afryce (tereny Konga, Rwandy i Burundi).

Pracom profesora Weigla przyglądał się uważnie także polski wywiad. Wszy roznoszące groźny zarazek mogły być potencjalnie skuteczną bronią biologiczną. Mariusz Urbanek w swojej książce wspomina o tym, że w przedwojennym laboratorium działali agenci. Nie wiadomo jednak, czy sam profesor był tego świadom.

W połowie lat 30. Zofia i Rudolf Weiglowie przeprowadzili się na ul. Panińskiego. Mieli teraz większe i ładniejsze mieszkanie, ale nie byli zamożni. Wszelkie nagrody naukowe, które Profesor otrzymywał, przeznaczał na dalszą działalność Instytutu, a jedynie niewielki procent z tego zasilał budżet domowy. Weigl nie należał do żadnej partii. Był lojalnym obywatelem miasta Lwowa i kraju, w którym żył.

Jesienią 1938 roku rząd włoski poprosił naukowca o pomoc w Abisynii (dziś Etiopia), gdyż tam wybuchła właśnie epidemia tyfusu. Weigl wahał się, czy przyjąć propozycję. Nie podobał mu się włoski faszyzm. Ostatecznie jednak ciekawość naukowa zwyciężyła. Profesor spodziewał się, że z Afryki przywiezie nieznane dotąd szczepy riketsji. W wyprawie wzięli udział także Michał Martynowicz i Anna Herzig. Żona Zofia została w Polsce, żeby wspierać syna w przygotowaniach do matury.

Kolejna wojna

Wybuch II wojny światowej został Zofię i Wiktora Weiglów w Iłemni. Rudolf jeszcze w sierpniu wrócił do Lwowa. Odmówił ewakuacji do Rumunii, choć miał taką ofertę. 22 września do miasta wkroczyła sowiecka dywizja pancerna. Wkrótce Wydział Lekarski UJK został przekształcony w odrębną uczelnię – Państwowy Instytut Medyczny. Instytut Weigla przemianowano na Instytut Sanitarno-Bakteriologiczny (w skrócie: San-Bak). Oddano go pod kontrolę NKWD i miał teraz produkować szczepionkę dla Armii Czerwonej. Szefem zakładu pozostał Weigl, ale dyrektorem mianowano Siergieja N. Tierechowa, później ministra zdrowia radzieckiej Ukrainy. Weigl pomagał, jak tylko mógł, żeby zabezpieczać ludzi przed przymusowymi deportacjami na wschód. Taką podstawową metodą było zatrudnianie w Instytucie osób potrzebujących schronienia.

W lutym 1940 roku do placówki zawitał Nikita Chruszczow, sekretarz Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej na Ukrainie. Zaproponował Profesorowi stworzenie analogicznej placówki w głębi Rosji oraz członkostwo we Wszechzwiązkowej Akademii Nauk. Ten jednak propozycji nie przyjął, tłumacząc, że nigdzie poza Lwowem nie ma tak wspaniałych wszy. Mimo afrontu, Chruszczow zdecydował o rozbudowie Instytutu. Powiększono go o budynek po Gimnazjum Żeńskim im. Królowej Jadwigi i asygnowano dodatkowe środki na działalność. Na ul. Świętego Mikołaja zostały pracownie naukowo-badawcze, zasadnicza produkcja szczepionki przeniosła się w nowe miejsce. Weigl jeździł do Związku Radzieckiego z wykładami. W listopadzie 1940 roku odeszła żona uczonego Zofia Weiglowa. Zamknęło to pewien etap w relacjach rodzinnych i spowodowało rosnący dystans między ojcem a synem.

Profesor od wszy 4

Pomnik Rudolfa Weigla we Wrocławiu. Źródło: Wikipedia

30 czerwca 1941 roku Niemcy wkroczyli do Lwowa. Rosjanie uciekli, nie wypłacając pensji. Nie było prądu, wody ani gazu, więc trudno było produkować szczepionkę w normalnym trybie. Niemcy nie zlikwidowali Instytutu, ponieważ panicznie bali się tyfusu. Uważali go za śmiertelną chorobę przenoszoną przez Żydów. Weiglowi zaproponowali podpisanie Reichslisty (Volkslisty I kategorii, dla Niemców działających na rzecz Rzeszy). On jednak odmówił SS, twierdząc, że: „ojczyznę wybiera się jeden raz” (Urbanek). San-Bak stał się częścią Instytutu Tyfusu Plamistego i Badań nad Wirusami Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wehrmachtu (Institut für Fleckfieber und Virusforschung des Oberkommando des Heeres) i podporządkowany centrali w Krakowie. Na jej czele stanął 33-letni Hermann Eyer, privatdozent z uniwersytetu w Berlinie. Miał on zdecydowanie mniejszą renomę w świecie naukowym niż Weigl. Eyer na co dzień rezydował w Krakowie, a do Lwowa przysłał do kontroli podwładnych, oficerów służby medycznej, tzw. Oberstabarztów. Weiglowi pozostawiono technikalia i sprawy personalne. Miał w sumie dosyć dużą swobodę, co po wojnie interpretowano jako jakąś formę współpracy z okupantem. Niemcy wkrótce po zajęciu Lwowa podjęli decyzję o dalszej rozbudowie Instytutu. Mimo ponawianych ofert podpisania Reichslisty i wzywania na gestapo, Weigl propozycji nigdy nie przyjął.

Przez całą okupację przez Instytut przewinęło się kilka tysięcy osób, głównie karmicieli wszy. Weigl wykorzystując swoje wpływy, wyciągał ludzi z gett, dostarczał nielegalnie szczepionkę, chronił przed więzieniem, wywózką. Po wojnie świadectwo w Instytucie Yad Vashem złożyła córka Pauli i Henryka Meislów – Felicja. Pół wieku po swojej śmierci Rudolf Weigl otrzymał tytuł „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”.

Praca u Profesora dawała bezpieczne schronienie, skromny dochód oraz racje żywnościowe. Weigl chciał ocalić jak najwięcej pracowników naukowych i ich rodzin, rozumiejąc, że ich siły intelektualne będą potrzebne po zakończeniu wojny. Do karmicieli należeli m.in.: botanik Stanisław Kulczyński, biochemik Tadeusz Baranowski, bakteriolodzy Ludwik Fleck, Seweryn i Helena Krzemieniewscy, archeolog Stefan Krukowski czy matematyk Stefan Banach. Praca nie była całkiem wolna od ryzyka. Stała utrata krwi prowadziła do anemii. Większość zatrudnionych zapadało też prędzej czy później, na tzw. zakładówkę, nieco łagodniejszą wersję tyfusu, której przechorowanie zajmowało kilka tygodni. Z czasem do Instytutu Weigla dołączono także tzw. Instytut Behringa, który znajdował się przy ul. Zielonej. Wehrmacht żądał coraz większych dostaw szczepionki.

Świadkowie zdarzeń mówią też o znaczącej liczbie szczepień ludności cywilnej dokonywanych pod pozorem przeprowadzania doświadczeń. Lek trafiał też do zakonnic, które pracowały w szpitalach. Miejsca, w których mieszkali pracownicy Instytutu, były specjalnie oznaczone i niechętnie zaglądali tam Niemcy, obawiając się zakażenia chorobą. Stały się one bezpiecznym schronieniem dla osób ukrywających się. Kiedy Weigl dowiedział się, że w warszawskim getcie przebywa wybitny lekarz Ludwik Hirszfeld, wysłał mu kilkadziesiąt tysięcy szczepionek. Wiózł je syn Profesora ze współpracownikami w nieoznaczonych naczyniach, udając, że to czarna kawa. Wyprawa odbyła się pod pretekstem, że jadą szukać nowych szczepów bakterii wywołujących tyfus. Szczepionka dla warszawskiego getta oznaczała zwiększenie szans na przeżycie, gdyż tam każdego miesiąca na dur brzuszny umierało około 5 tys. ludzi. Weigl przymykał też oko na sabotaż pracowników, którzy osłabiali jakość szczepionki wysyłanej dla Wehrmachtu.

Pod koniec stycznia 1944 roku Niemcy ogłosili, że Instytut będzie ewakuowany. Stali pracownicy mają się zapisywać na listę chętnych do wyjazdu, czego nie robili. Sprzęt został jednak wywieziony, a sam Profesor zmuszony do wyjazdu do Krakowa. Po zajęciu Lwowa Rosjanie wezwali pozostałych w mieście pracowników Lwowskiego Instytutu Epidemiologii i Mikrobiologii do powrotu. Niemcy nie zdążyli ewakuować filii Instytutu Weigla, wspomnianych Zakładów Behringa przy ul. Zielonej. Placówkę ponownie uruchomił wieloletni współpracownik Weigla Henryk Mosing. Sam Profesor po ewakuacji osiadł w Krościenku nad Dunajcem. Mieszkał w pensjonacie „Stary Dwór”. Tam urządził skromne laboratorium produkujące szczepionkę. Działało do końca wojny.

Kolaborant?

Rudolf Weigl po wojnie próbował odzyskać sprzęt i odbudować swój Instytut. Rozważał nawet propozycję Chruszczowa, żeby wznowić produkcję szczepionki w Związku Radzieckim, ale sprzeciwiła się temu jego druga żona Anna Herzig. Od lipca 1945 roku uczony objął Katedrę Bakteriologii Ogólnej na Wydziale Medycznym UJ. Miał obowiązek prowadzenia wykładów i badań naukowych. Uruchomił niewielkie laboratorium przy ul. Świętego Sebastiana, gdzie zatrudniał lwowskich współpracowników. Pozornie wszystko było jak przed wojną. Sam Weigl był jednak coraz bardziej zmęczony i zniechęcony. We Lwowie był gwiazdą, w Krakowie intruzem. Instytut przy Św. Sebastiana nazywany był „lwowską wyspą” (Urbanek). Nowe władze nie mogły jednak pozwolić, żeby taka instytucja istniała prywatnie. Ostatecznie laboratorium musiało funkcjonować pod nadzorem Państwowego Zakładu Higieny i Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej. Na ampułkach nie było już nazwiska Weigla, a uczony musiał ze wszystkiego pisać sprawozdania.

Wiosną 1946 roku zaczęto plotkować, że praca Weigla dla Niemców podczas wojny nosiła znamiona kolaboracji. Oceniano, że obowiązki swe wykonywał zbyt chętnie i skutecznie oraz przyjaźnił się z okupantami. Pomówienia miały na pewno wpływ na to, że Profesorowi odebrano nadzór nad produkowaniem własnej szczepionki. Przejęły to dwa inne laboratoria. Jedno w Częstochowie (kierowane przez Stefana Kryńskiego, ucznia Weigla), drugie w Krakowie (kierowane przez Zdzisława Przybyłkiewicza). Weigl negatywnie ocenił pracę habilitacyjną tego drugiego, czego mu nie zapomniano. W dokumentach Hermanna Eyera, niemieckiego szefa Instytutu podczas wojny, znaleziono dowód na rzekomą kolaborację Rudolfa Weigla. Była to fotografia uczonego z dedykacją „Mojemu młodemu przyjacielowi”, którą Weigl musiał podarować Eyerowi. Poruszając tą sprawę, Przybyłkiewicz nie wspomniał już, że sam też z Eyerem pracował i nawet opublikował z nim wspólny tekst. Konsekwencje całej sprawy były jednak takie, że Weigla zepchnięto na boczny tor w kwestii produkcji szczepionki. Nie zgłaszano też więcej kandydatury bakteriologa do Nagrody Nobla.

Jesienią 1947 roku Weiglowie przenieśli się do Poznania na Wydział Lekarski UAM. Uczony wracał do Krakowa co parę dni, bo tam nadal istniało laboratorium. Po przekształceniu wydziałów medycznych w akademie medyczne Weigl próbował zachować swój zakład na uniwersytecie. Po 3 latach czekania na decyzję w sprawie uruchomienia produkcji szczepionki w Poznaniu poddał się i postanowił przejść na emeryturę.

Zwycięstwo nad tyfusem

Uczony doczekał wynalezienia tetracykliny – antybiotyku, który był skuteczny w walce z tyfusem plamistym. Mimo to choroba pozostała do końca tematem badań Weigla. Interesowało go, co się dzieje z zarazkami tyfusu, gdy epidemia wygasa. Czy przechowują się one w organizmach ludzi, czy zwierząt? Czy jakąś rolę odgrywają w tym procesie szczury? Nie zdążył odpowiedzieć na te pytania.

Rudolf Weigl zmarł w Zakopanem 11 sierpnia 1957 roku. Przyczyną był udar mózgu. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Rada Państwa pośmiertnie nadała mu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Wróć