Przemysław Wiszewski

Chochoły, Stanisław Wyspiański. Źródło: Wikipedia
Listy czasopism ogłaszane przez MNiSW odgrywają jedną istotną rolę: skłaniają środowisko akademickie do dyskusji nad swoim funkcjonowaniem. To cenne dla całego systemu. Natomiast jest jasne, że jeśli wybiera się miejsce publikacji wyników badań, kierując ministerialną punktacją, to nie ma to bezpośredniego związku z troską o udział w dyskursie naukowym. Debata właściwa dla odpowiedniej subdyscypliny czy pola badawczego toczy się bowiem zgodnie z własnymi zasadami: publikuje się tam, gdzie zaglądają i dyskutują najbardziej nowatorscy i aktywni badacze w ramach naszej subdyscypliny. A to nie muszą być wysokopunktowane czasopisma z list, bo wielu badaczy, często najlepszych, tam po prostu nie ma. Ba!, powiem nawet, że dla niektórych dyscyplin humanistycznych czasopisma mają drugorzędne znaczenie, bo z racji specyfiki celu poznawczego pierwszorzędną rolę odgrywają monografie. Lista ministerialna nie ma żadnego znaczenia i wpływu na rozwój nauki. Ale ma znaczenie dla polskich instytucji – a wtórnie dla ich pracowników – które poprzez zdobywanie punktów uczestniczą w mechanizmie zarządzania prestiżem. Przy tym budowanie prestiżu w oparciu o to i pokrewne narzędzia odbywa się wewnątrz niewielkiej grupy społecznej. Poza nią oznaki tego prestiżu nie mają żadnego znaczenia.
Podnosi się argument, że uzyskiwane w tzw. ewaluacji jakości badań (a częścią tego mechanizmu są owe listy) kategorie rzutują na finanse instytucji i dyscyplin. Jest to prawdziwe w bardzo ograniczonym stopniu. Po pierwsze dlatego, że ministerstwo nie dopuszcza do gwałtownych zmian kategorii wielu dyscyplin w jednej jednostce. Po drugie, ministerialny algorytm wyliczania subwencji blokuje głębsze zmiany finansowania z tytułu zamian kategorii. Po trzecie, to nie kategorie jakości badań w dyscyplinach decydują o poziomie finansowania uczelni. Dane obrazujące wzrost przychodów uczelni z tytułu przepływów środków z ministerstwa po ostatniej ewaluacji wskazują, że kluczowe znaczenie ma… wola ministra. A ta, jak na razie, nie szła w parze z fluktuacją kategorii jakości badań. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w poszczególnych instytucjach. Bo pamiętajmy, że subwencja finansuje uczelnie, nie poszczególne dyscypliny z ich kategoriami.
Nie ma żadnego powszechnego mechanizmu podziału środków subwencyjnych pomiędzy dyscypliny zgodnie z uzyskanymi kategoriami naukowymi. I tak 70-80% subwencji w jednostkach idzie na wynagrodzenia. Reszta jest dzielona głównie na potrzeby infrastrukturalne. Na badania przeznacza się realnie 5-10% sumy (to i tak bardzo dużo, większość instytucji mogła, według mojej wiedzy, pozwolić sobie na 1-2% realnego wsparcia badań środkami subwencyjnymi), którą dzieli umowa między kierującym instytucją i odpowiednimi grupami nacisku. Jako członek dyscypliny historia z kategorią A+ otrzymywałem kilkaset złotych rocznie na badania. Dużo mniej niż koleżanki i koledzy z uczelni, w których moja dyscyplina była oceniana na B+.
O tym, że spór wokół mechanizmów „oceny jakości badań naukowych” toczy się o prestiż, świadczą próby porównywania wyników punktowych między dyscyplinami. Jest to tak sprzeczne z przyjętą logiką systemu ewaluacji nauki, że trudno to zrozumieć. Ale taka praktyka staje się zrozumiała, gdy uznamy, że przedmiotem sporu jest nie obiektywna jakość wyników badań czy zarządzania aktywnością naukową, lecz subiektywny, wewnątrzgrupowy prestiż. Nie zamierzam odnosić się do takiej aktywności. Każda grupa społeczna buduje swoje struktury i stabilizuje je wyznacznikami prestiżu. Kształt tych mechanizmów, sposób ich ustalania i dyskutowania wskazują, co jest celem funkcjonowania grupy.
Po głębokich zmianach wprowadzanych pod wpływem najpierw wewnątrzgrupowych lobbystów, później sentymentów polityczno-religijnych ministrów dzisiejszy system oceny jakości badań naukowych mierzy wiele zjawisk, ale nie jakość badań. Dlatego za naturalne przyjmuję zmiany proponowane przez obecne kierownictwo MNiSW. W ich wyniku system jeszcze mniej – o ile to możliwe – będzie mierzył jakość badań. Natomiast będzie służył zaspokojeniu potrzeb politycznych kierownictwa resortu, potrzeb prestiżowych grup lobbystów, wreszcie będzie definiował rozkład sił w strukturach wewnątrz społeczności akademickiej w całym kraju. Polityczny charakter procedury spowoduje zaś, że ulegnie ona zmianie wraz ze zmianą ministra, a już najpewniej wraz z powstaniem nowej koalicji rządzącej.
Wykorzystywanie skonstruowanego przez ministra Czarnka mechanizmu zarządzania sektorem nauki i szkolnictwa wyższego, w którym z pomocą formalnych i nieformalnych bodźców ręcznie i w zgodzie z intencją polityczno-ideologiczną kieruje się całym sektorem, ma dla nas – nie dla polityków! – swoje konsekwencje. Na skutek skoncentrowania dyskusji na wewnętrznych mechanizmach budowania prestiżu postępuje alienacja środowiska naukowego w społeczeństwie. Z tego zaś wynika malejący wpływ grupy akademików na otoczenie i adekwatne dostosowywanie działań polityków względem nas. W początkach pracy rządu premiera Tuska zwracałem uwagę, że na naukę nie będzie pieniędzy, jeśli nie przekonamy polityków i społeczeństwa do szybkich zysków ze wsparcia nauki. Korzyści dotykalnych, szeroko komentowanych w przestrzeni medialnej, odczuwalnych jako swoje przez większość obywateli. Nie podjęto tego tematu. Nasze skomplikowane raporty trafiają tam, gdzie politycy hodują pająki. W rezultacie odbiór społeczny nauki kształtowały problemy z Collegium Humanum. A to nie sprawiało, że politycy w obecnej sytuacji czuli presję na finansowanie sektora o marginalnym oddziaływaniu społecznym.
Czy władzom politycznym naszego sektora zależy na jakości nauki i edukacji wyższej? Wszystkie oznaki po dwóch latach sprawowania władzy wskazują, że nie. Gdyby było inaczej, mielibyśmy już kompleksową ocenę i propozycje zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym i nauce. Dyskutowalibyśmy o wynikach ewaluacji skutków działań PKA dla aktywności dydaktycznej w powiązaniu z wynikami zatrudnienia i wysokością wynagrodzeń absolwentów (lekko zapomniana ELA). Posiadalibyśmy adekwatny do zróżnicowanych celów jednostek mechanizm finansowania. I wreszcie – moglibyśmy analizować system oceny wydajności finansowania jednostek w odniesieniu do ich celów. Tymczasem dziś żaden z tych elementów nie może zostać poddany dyskusji, bo… nie istnieje. Ewentualnie znajduje się w ciągłej dyskusji kolejnych komitetów. Zmiany w ustawie PSWiN dotyczą rzeczy drugorzędnych. Ułatwią one administrowanie jednostkami, ale nie poprawią fundamentalnych możliwości uczelni. Procedowanie ustawy o Polskiej Akademii Nauk pokazuje brak mechanizmów merytorycznego namysłu nad celem funkcjonowania tej instytucji i determinacji w usprawnieniu jej funkcjonowania. Dyskusja nad mechanizmami oceny jakości badań jest… No cóż, jaka jest, każdy zainteresowany widzi.
Politycy mają swoją „agendę”. Potrzebują spokoju społecznego i stabilnego utrzymania własnej pozycji, a potem awansu w swoim środowisku na podstawie realizacji celów „prezesa”, „kierownika” lub „gospodarza”. Jeśli sektor nauki nie stawia im wymagań i nie burzy ich spokojnego snu, jeśli spolegliwie akceptuje narzucaną politykę, nie może spodziewać się ze strony polityków projakościowych działań, bo to nie leży w ich interesie.
Dyskusja nad listą czasopism nie przybliża nas do żadnego z kluczowych celów naszego sektora: istotnego uczestnictwa w światowym dyskursie naukowym; spełniania funkcji centrum dystrybucji wiedzy naukowej (ogólnoświatowej) w polskim społeczeństwie; pozyskiwania doskonałości dydaktycznej wynikającej z dwóch pierwszych punktów; służeniu społeczeństwu poprzez promowanie racjonalnej, otwartej dyskusji jako sposobu rozwiązywania sporów i uporczywe przypominanie, że nie ma demokracji bez kierowania się przez obywateli wiedzą tak obiektywną, jak to tylko możliwe. Ba!, pogłębia podziały sztucznie wywołane przez brak zrozumienia różnorodności szkolnictwa wyższego i Polskiej Akademii Nauk przez polityków. Uczelnie i instytuty naukowe w praktyce realizują różnorodne cele i w konsekwencji mogą odpowiadać na różne potrzeby społeczne. Nie znam żadnej instytucji – ale to może moja niewiedza – której wszyscy pracownicy są wybitnymi naukowcami, a ona cała poświęca się wyłącznie wsparciu nauki. Uważam, że zdecydowana większość instytucji nie jest w stanie zapewnić warunków do prowadzenia badań naukowych na przyzwoitym poziomie. Nie tylko ze względów finansowych. Bardzo często jest to skutek pielęgnowanej od lat kultury pracy, w której nie dostrzega się wspólnego poszukiwania prawdy o świecie jako wartości. I nie ma potrzeby, byśmy desperowali z tego powodu.
Jako naukowcy powinniśmy trzeźwo opisywać rzeczywistość. Zapytać się, jakie cele stawiają sobie instytucje? Jak chcą uzasadniać zapotrzebowanie na środki publiczne? I dopiero w odniesieniu do odpowiedzi na te fundamentalne pytania warto skonstruować system oceniający wywiązywanie się z planów i obietnic. W tym systemie – podkreślam: trzeźwej oceny realiów – kluczowe znaczenie musi odgrywać system grantowy, w którym jednostki i tworzone przez nie zespoły podejmują ryzykowną grę o odpowiedni poziom finansowania jakości badań naukowych. I jeśli instytucja naukowa nie chce lub nie może być ośrodkiem badawczym na poziomie przynajmniej europejskim w danej dyscyplinie, powinna dawać szanse pracownikom na realizację poprzez granty ich własnych ambicji i na ich komunikowanie otoczeniu.
Bo najważniejszym atutem sektora nauki nigdy nie były hierarchie wewnętrzne. Profesor w tramwaju jest dziś wart dla otoczenia równie wiele, co księgowy lub spawacz: albo jest kulturalnym współpasażerem, albo kłopotliwym natrętem. Jednocześnie erozja autorytetu społecznego całej społeczności akademików zachodzi od lat. Jest zjawiskiem globalnym, połączonym ze zmianami wartościowania informacji w przestrzeni publicznej. Ale w Polsce stała za nią także akceptacja przez środowisko naukowe roli milczącego bądź w przypadku niektórych osób i instytucji aktywnego wsparcia dla kolejnych partii władzy. Dziś deklarowanym celem społeczności akademickiej jest maksymalizowanie korzyści jej członków w oparciu o środki z budżetu państwa. Politycy mogą łatwo wykorzystywać ten mechanizm, by grając na podziałach wewnętrznych, uzależniać od siebie kluczowych aktorów naukowej sceny. Ale czy w rezultacie społeczeństwo wie, dlaczego ma nas finansować? Jeśli tak, to powinno wywierać presję na polityków, by dosypywali środków. Tymczasem nie widać takich działań.
Historycznie źródłem szczególnego autorytetu środowiska akademickiego było przekonanie, że jest to grupa ludzi mających unikalne kompetencje do poszukiwania prawdy i propagowania dróg dochodzenia do niej. W pragmatycznej tradycji amerykańskiej oznaczać to powinno materialne, łatwo mierzalne korzyści z aplikowania nowej wiedzy do potrzeb społecznych. W tradycji europejskiej prawda była wartością autoteliczną, nie wymagała uzasadniania dopóty, dopóki dążenie do niej było klarowne, a wyniki doceniane przez społeczeństwo, bo były aplikowane do życia tak kulturalnego, jak społecznego i gospodarczego z korzyścią dla obywateli.
Gdy religia traciła monopol na objaśnianie świata, nauka oferowała trudne, ale wiarygodne recepty na korzystanie z życia tu i teraz. Kształcąc opiniotwórcze elity, a pośrednio krytycznie myślących obywateli, budowała kościec dla społeczeństw demokratycznych. W świecie, gdzie dogmat nie ma znaczenia, pewność ma dawać nauka otwarta na krytykę i wsparta na weryfikowalnej jakości osiąganych wyników. Praca nad poszukiwaniem prawdy jako wartość sama w sobie, komunikowanie wyników tych poszukiwań obywatelom jako aktywność formująca cały system polityczno-społeczny to nasz, akademików, unikalny wkład w demokrację znajdującą się w tak głębokim kryzysie, jaki dziś obserwujemy.
To są wyjątkowe wartości, ważne dla całego społeczeństwa z samej swojej istoty. Nikt poza nami nie może ich realizować. To oferujemy otoczeniu. Ścieżki, jakie wybieramy w tym celu, powinniśmy oceniać krytycznie, w perspektywie korzyści dla tych celów. Czy dyskusje nad punktami na listach do czegoś nas przybliżą? Wątpię, ale to nie jest zarzut skierowany do kogokolwiek. To nie jest też sugestia, że „odeszliśmy od ideałów akademickich” albo że „politycy myślą tylko o sobie”. To wezwanie, byśmy skupili się na rzeczach ważnych. Wezwanie skierowane do osób i instytucji kierujących dyskursem dotyczącym organizacji naszego sektora.
W przestrzeni publicznej hasła powiązane z wartościami akademickimi wciąż krążą: bezinteresowne poszukiwanie prawdy, kształcenie w tym duchu młodzieży, otwartość na dyskusję z użyciem argumentów, nie zaś siły, wreszcie – niezależność od sekciarskich interesów, działanie dla dobra całej ludzkości. Wartości akademickie wciąż mają wielki autorytet, bo są ucieleśnieniem uczciwego, szczerego, a przez to godnego zaufania życia. Strząśnijmy z siebie narzucane nam, powierzchowne i czasami wręcz dramatycznie płytkie spory o wewnętrzny prestiż. To deprecjonuje wysiłek pokoleń naszych mistrzów. Wysiłek ludzi pragnących zdobyć wiedzę o rzeczywistości, by zastosować ją w życiu.
Twardo postawmy przed politykami nasze wartości i realne cele, jakie chcemy osiągać. Nie dajmy się omamić udziałem w kolejnych sieciach wpływu graczy lekceważących nasze wartości: komisjach, kongresach, ciałach doradczych i rozważających. Politycy powinni służyć społeczeństwu. Powiedzmy im, jak można wykorzystać naukę i nasz sektor dla dobra Polaków, Europejczyków, ludzi. Nie bójmy się wyjść z chocholego tańca bezużytecznych sporów. Życie jest za krótkie na lęk.
Przemysław Wiszewski, Uniwersytet Wrocławski